Przejdź do zawartości
Balkon grozy.

Balkon z widokiem na miliony

Reading Time: 4 minutes

Duże, dysponujące pokaźnymi budżetami studia lubią przepalać pieniądze na rzeczy piękne, lecz bezużyteczne. Na przykład piękne widoczki.

W czwartym Asasynie, w siedzibie firmy Abstergo Entertainment, na bliżej nieokreślonym, wysokim piętrze, znajduje się biuro prezesa. Jedną ze składowych tegoż biura jest szeroki balkon z widokiem na pobliskie miasto. Stojący na nim gracz może dostrzec plac budowy w sąsiedztwie kościoła, niską zabudowę mieszkalną na tle odległych drapaczy chmur, mnóstwo zieleni, sporo zawalających ulice samochodów, a nawet pojedyncze ptaszyska krążące bez konkretnego celu. Wszystko to dane jest mu oglądać przez najwyżej parę minut, zanim fabuła się o niego nie upomni. Ewentualnie po ukończeniu głównego wątku, jak nie będzie miał niczego lepszego do roboty.

Co można robić na prezesowskim balkonie? Gapić się. Podziwiać idealnie gładką taflę jeziora, słońce wraz z efektami soczewkowymi czy kolumny pojazdów jadące z lewa na prawo i odwrotnie. Stać i w milczeniu doceniać efekty pracy zapewne niemałej grupy grafików i animatorów, odtwarzających Sim City na silniku Asasyna. I to w zasadzie tyle. Nie można wskoczyć na balkon albo rzucić się z niego na asfalt, gdyż gra nie przewiduje opcji skakania. Nie można na moment zejść na dół i rozejrzeć po okolicy, gdyż granice wieżowca firmy kończą się przy jego wejściu. Nie można nawet trzasnąć miastu zdjęcia, bo trzymany przez postać firmowy tablet nie obsługuje tak zaawansowanej funkcji. Można tylko stać i raczyć się widokiem, póki elektrownia nie odetnie zasilania. Co zresztą tyczy się również reszty budynku, pełnego ślicznych, ale w zdecydowanej większości nieinteraktywnych elementów.

Niestety, nie jest to żaden wyjątek, tylko smutna reguła dla wysokobudżetowych gier. Call of Duty z części na część coraz bardziej upodabnia się do przepięknego korytarza pełnego strzelanin i rasizmu, a tą samą ścieżką poszło również Ryse: Son of Rome, nawet jeśli udaje, że wcale nie. Mass Effect 3 oferuje podróże na planety znacznie większe od Ziemi, by potem pozwolić mi zwiedzić jedynie promil promila ich powierzchni i patrzeć na toczące się w tle walki ze Żniwiarzami. Kosztujące pół miliarda dolarów Destiny ukarze gracza śmiercią postaci, jeśli ten pomyli strzelankę od Bungie z MMO pokroju World of Warcraft i będzie chciał pozwiedzać jej obłędnie wyglądające mapy. Bo one nie są do zwiedzania, tylko patrzenia na nie i rozpływania się nad możliwościami współczesnej grafiki, zdolnej do realistycznego pokazania efektów spotkania silnego wiatru i długich włosów z dokładnością do jednego kosmyka.

Balkon2
Interaktywność poziom wirtualne muzeum.

Takie możliwości generują jednak olbrzymie koszta. Nad płaszczem Batmana w grach serii Arkham jedna osoba spędziła lata. Dokładne odtworzenie samej tylko katedry Notre Dame w AC: Unity pochłonęło kilka miesięcy wytężonej pracy. Nawet nie chcę wiedzieć, ile trudu wymagało stworzenie wszystkich przedmiotów z Lords of the Fallen, na przykład pancerzy cieszących oko masą szczegółów. To są wszystko grube pieniądze, liczone w setkach tysięcy bądź milionach dolarów, wliczając koszta kodowania/licencji silników, dorzucania nowych funkcji czy łatania bugów. A będzie jeszcze drożej, gdyż regularnie powstają coraz lepsze karty graficzne, coraz mocniejsze kości RAMu i coraz wydajniejsze procesory, zdolne udźwignąć generowanie drobinek kurzu w czasie rzeczywistym albo ruch każdej kropli z fali sztormowej. Cuda technologiczne, którymi twórcy lubią się przechwalać na targach pokroju E3.

Gry szpanujące przepiękną grafiką są drogie i drogie pozostaną, bo coraz bardziej rozpieszczani gracze nie będą chcieli patrzeć na postacie pozbawione pełnej synchronizacji ruchu ust z wypowiadanymi dialogami czy słońca niezdolne do wypaleniu gałek ocznych obserwatorowi. Może miłośnicy indyków, ale oni również mają swoje granice i nie będą bezmyślnie łykać brzydkiego pixel artu. Reszta regularnie wymienia pecetowe podzespoły albo kupuje konsole najnowszej generacji, reklamowane coraz wydajniejszymi bebechami. Tak było za czasów pierwszego PlayStation, tak jest i teraz i tak będzie w przyszłości, póki zgodnie nie uznamy, że więcej nie potrzeba. Czego nie zrobimy, bo jesteśmy tylko ludźmi i chcemy coraz więcej, nawet jeśli przestajemy dostrzegać różnice jakościowe między grami z 2012 i 2022.

Balkon3
Przynajmniej mają ładne miejsca pracy.

Czy to źle? Sam nie wiem. Jestem człowiekiem praktycznym, stąd traktuję miejsca pokroju wieżowca Abstergo jako marnotrawstwo. Ładną, ale niewykorzystaną dekorację, wymagającą udziału licznego zespołu ludzi, której koszt można było przeznaczyć na coś lepszego. Nowy typ przeciwnika na ten przykład. Poza tym duże produkcje growe, podobnie jak filmowe, zdają się zmierzać w stronę pustawego widowiska. Cieszącego oko, generującego mnóstwo lajków i pozytywnych komentarzy, ale wypadającego z pamięci parę dni po fakcie, by dać miejsce innym. Zwyczajnie martwi mnie liczba zer, jakimi operują księgowi Ubisoftu czy innego EA w czasach, gdy koszta wytwarzania gier wciąż rosną, konkurencja nie śpi, a stawiany przed klientami wybór staje się coraz większy. Sytuacja aż prosząca się o kłopoty i jakąś spektakularną porażkę.

Z drugiej strony ja też stałem na balkonie prezesa firmy i podziwiałem miasto w oddali, gdy szef tłumaczył mi jakąś zawiłą sprawę. Cieszyłem również oczy widokami z Just Cause 2, maszerującymi armiami orków z War in the North czy pięknem kosmosu z Homeworlda. Nawet nie zliczę ile czasu chwaliłem słońce w Dark Souls albo zwiedzałem podniebną Columbię, zastanawiając się, ile by ze mnie zostało po dotarciu na ziemię. Bo tak jak wielu innych graczy lubię ładną grafikę w jakości Ultra HD, pełne szczegółów modele postaci czy miejsca, w których mogę się na moment zatrzymać i podziwiać piękną okolicę.

Różnica jest taka, że w Just Cause 2 mogłem dotrzeć na tę piękną wyspę w oddali, a maszerująca armia orków była powiązana z fabułą, stanowiąc przedsmak kolejnej misji. Balkon w siedzibie Abstergo pełni tę samą funkcję, co niepotrzebnie rozbudowany opis w książce. Po prostu jest.