Przejdź do zawartości

Baltikon 2015

Rok temu napisałem, że reaktywowany Baltikon był w porządku, ale to i owo należałoby poprawić. Te same słowa pasują również do tegorocznej edycji.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – Baltikon 2015 wypadł znacznie lepiej od edycji 2014. Widać było, że orgowie wiedzieli, co ostatnim razem poszło nie tak i dołożyli starań, by tym razem było lepiej. Nie zmienia to faktu, że błędy się pojawiły, niekiedy bardzo proste, na innych imprezach tego typu dawno wyeliminowane. Zakładam, że częściowo wynikały z pośpiechu, częściowo z ograniczeń budżetowych (spekuluję, ale że to wciąż jest mały konwent na północy kraju, więc nie może szastać kasą), a częściowo z faktu, że wpadki to nieodłączna część każdego spędu ludzi zainteresowanych czymkolwiek. Nie przeszkodziły mi jednak dobrze się bawić (przynajmniej przez większość czasu) i planować odwiedzenia imprezy w przyszłym roku. Ostatecznie to wciąż jeden z niewielu (jedyny?) konwent w Trójmieście, do tego młody i potrzebujący wsparcia, by przetrwać. A ja chcę, by przetrwał, nawet jeśli nie jestem jego głównym targetem.

Podobnie jak ostatnim razem poniżej nie znajdziecie klasycznej relacji, tylko listę rzeczy udanych i tych wymagających poprawek. Przy czym pisząc „wymagających poprawek” czasem mam na myśli lekkie korekty, innym zaś razem solidną przebudowę.

Co działało

Baltikon2015
W zeszłym roku konwent posiadał plakat. Tegoroczny również posiadał plakat, tylko znacznie lepszy. I trailer.

Strona imprezy. Co prawda linki w tabeli programowej sugerują, że miało się tam znaleźć coś więcej (i znajdowało, ale na innych podstronach), niektóre punkta programu opisy miały, a inne nie, a aktualności skończyły się na ogłoszeniu uruchomienia strony, ale czego potrzebowałem, to tam znalazłem. Duży plus za mapkę dojścia na teren imprezy, jakże istotną dla osób spoza miasta, na przykład tych przybywających z okolic Krakowa.

Identyfikatory. Cud miód anielica w niepełnym pancerzu, sporo miejsca na podpis oraz smycz, czyli standard. Chyba że obróci się go na drugą stronę, gdzie można było znaleźć wiadomość, że wszelkich informacji trzeba szukać na akredytacji, hasło do wi-fi oraz, co ważniejsze, telefon do konwentowego medyka. Znacznie to sensowniejsze od umieszczania ich w informatorze, gdzie łatwo o przegapienie. Co prawda wi-fi działało jakby bardzo chciało, ale nie potrafiło, ale lepsze to od całkowitego braku sieci.

Obsługa. Orgowie pod ręką, gdy byli potrzebni, gżdacze za każdym rogiem (pewnie dlatego, że szkoła mała i nie mieli gdzie się schować), informowanie prelegentów, że zaraz skończy im się czas i dostatecznie dużo wody, by nie odebrało im głosu. Pomijając jedno opóźnienie i konieczność czekania na sprzęt nie spotkałem się z przykładami pokpienia sprawy przez ekipę konwentową. Plus wspomniany sprzęt na miejscu najczęściej był, a jeśli nie, to szybko się pojawiał. Na przykład poprzez zamianę sal, bo z dwóch sąsiadujących bloków jeden miał częściej korzystać z rzutników (co okazało się dopiero po starcie imprezy, o dziwo).

Sklepy. Wbrew temu, co przeczytacie kawałek niżej byłem całkiem zadowolony z oferty konwentowych sklepików, gdyż w moim odczuciu dobrze pasował do charakteru imprezy. Wokół mnóstwo ludzi znacznie młodszych ode mnie, co to chętnie kupią wisiorek Hydry, koszulkę z Teemo albo polskie wydanie mangi, a tego typu rzeczy na konwencie oferowano całkiem sporo. Głównie dlatego, że istotną rolę w jego organizacji pełnił sklep Maginarium, który wyrósł na jednego z większych dostawców geekowych rzeczy w kraju i dysponował znacznych rozmiarów stoiskiem. Plus kupiłem pierwszy tom Berserka, wrażenia wkrótce.

Cosplay. Co prawda nie jest to coś, za co konwent odpowiada bezpośrednio, ale sama obecność Maleficent, Thorina, Brolafa, kilku Asasynów oraz Ilithida znacznie podbiła jego wartość. Stanowi bowiem dowód na to, że ludzie traktują go na tyle serio, by przytaszczyć swój strój, porobić foty ze zwykłymi uczestnikami czy zaprezentować się na pokazie. Poza tym zawsze miło zobaczyć poprzebierane dzieci w towarzystwie rodziców, co by zrozumieć, że konwenty od dawna nie są niszą brodatych nerdów w przepoconych koszulkach. Baltikon łapie też plusa za umieszczone na pierwszym piętrze studio zdjęciowe. Niby nic, ale dobrze, że ktoś o nim pomyślał.

Wyżywienie. Ok, w praktyce na terenie konwentu były tylko napitki, ale biorąc pod uwagę weekendowy gorąc oraz oddalony o pół minuty spacerkiem duży spożywczak więcej nie było potrzeba. A jak komuś było, no to przecież kilka minut dalej znajdował się zatłoczony Monciak, a na nim więcej kawiarni i restauracji, niż przeciętny nerd kiedykolwiek by potrzebował.

IntegracjaW tym roku były dwa oficjalne lokale konwentowe, z czego gdyński Padbar polecał się na piątek, a gdański RockOut oferował zniżki w sobotę. Wspominam o tym, bo oba znajdowały się rzut kamieniem od terenu imprezy (SKM-ka, góra dziesięć minut jazdy i jesteśmy), co stanowi progres w stosunku do zeszłorocznej imprezy, gdzie – o ile pamięć mnie nie myli – liczba pubów konwentowych wynosiła okrągłe zero. Plus RockOut to mój ulubiony alkoholowy lokal w mieście, więc miałem dodatkowy powód do zaciągnięcia tam znajomych.

Atmosfera. To sprawa czysto subiektywna i tylko częściowo zależna od organizatorów, lecz czy to w sali z Rockband, czy na prelekcjach, czy wreszcie podczas przechadzek korytarzami ciężko mi było pozbyć się wrażenia, że wszystkim wokół zależy, by było sympatycznie i starają się, by tak właśnie było. Może poza ochroniarzami, ale ci mieli wyglądać groźnie i odpychająco. Poza tym Baltikon to mały konwent odbywający się po staroszkolnemu, czyli w szkole (ba dum tss), więc stanowi odświeżającą odmianę dla rozrośniętego aż do przesady Pyrkonu. Miło być na wielotysięcznym festiwalu, ale w ramach odtrutki trzeba też odwiedzać mniejsze imprezy, gdzie rzutnik stoi na krześle stojącym na stole, a w toalecie można trafić na mało subtelną opinię na temat czyjejś matki.

Co należy poprawić

Zdobycze konwentowe. Tym razem bez rysunkowego bobera, bo Ilona to leniwa buła i nie zrobiła nowego komiksu, a Dema nie było.
Zdobycze konwentowe. Tym razem bez rysunkowego bobera, bo Ilona to leniwa buła i nie zrobiła nowego komiksu (Revv zresztą też), a Dema nie było.

Miejscówkę. Nic poważnego, bo sale były w sam raz duże, układ pomieszczeń prosty do ogarnięcia, sale sypialne na miejscu (wraz z prysznicami), a jadłodajnie i sklepy nieopodal. Jedyny problem miałem z korytarzami. Po prawej stoisko, po lewej ciąg komunikacyjny, w którym zmieści się góra półtora osoby i w tym wszystkim ja, z torbą przerzuconą przez ramię, o którą co i rusz ktoś się obijał, pragnący w miarę szybko przejść z jednego końca korytarza na drugi. Nie miało to za bardzo sensu, bo wszędzie korki, zwłaszcza jak grupa konwentowiczów zatrzymywała się przy większym stoisku. Metoda „przepuść wszystkich ludzi idących z naprzeciwka i dopiero wtedy idź” okazała się koniecznością.

Sklepy. To w sumie nie jest wada, skoro konwent był w pierwszej kolejności mangowy (kolejność słów na plakatach ma znaczenie), ale miło byłoby zobaczyć w sklepach coś więcej, niż koszulki, kubeczki, wisiorki czy mangę. Bo jeśli pominąć stoiska Gindie oraz Kryształów Czasu, to gier planszowych i książek ze świecą było szukać. Może w gamesroomie, gdzie moja stopa w tym roku nie postanęła, ale nie sądzę, by sprzedawano tam Ticket to Ride albo produkty Portalu. Odrobinę więcej różnorodności byłoby więc w cenie.

Akredytację. Możliwość kupienia biletu z wyprzedzeniem z powoli kurczących się, coraz droższych zestawów – ok, całkiem motywujące i dające nadzieję na szybkie wejście. Mniejsza kolejka ludzi pragnących kupić bilet na imprezie? Żaden problem, w końcu ludzi oszczędnych w tym kraju nie brakuje, a ja swój bilet mam (nawet dokumentu nie musiałem podawać. Numeru rezerwacji zresztą też nie, tylko nazwisko. Duży plus za to, bo szybko poszło). Konieczność stania przez pół godziny na gorącej, sopockie ulicy, bo serwery systemu NAGATO padły? Niefajnie. Niby podobne potknięcia zdarzają się jak kraj długi i szeroki (kaszl, kolejkon, kaszl), ale delikatny niesmak pozostał.

Informator. Miło, że mapka terenu konwentu wisiała na każdym piętrze, bo z początku ciężko było zapamiętać, gdzie znajdują się toalety i że męska to ta dolna. Mimo to wolałbym dostać ją w pakiecie z informatorem. Wiem, że szkoła mała i po kwadransie zwiedzania mogłem dotrzeć wszędzie z zamkniętymi oczyma, zwłaszcza że sale ustawiane były według klucza zgodności (kulturowa obok naukowej, Rockband obok Singstara itp), jednak gdyby nagle dotarło do mnie, że chcę posłuchać o anime, to musiałbym poświęcić parę minut na znalezienie mapy, przestudiowanie jej i dotarcie na miejsce, miast zerknąć w informator. Ten sam informator, w którym nie było opisów punktów programu, za wyjątkiem działu dla gości. O czym jest prelekcja „Fandomy dwa”, bo sala mangi i anime to dla mnie za słaba podpowiedź? Albo „Całkowicie nowa Wielka Dwójka” w sali kulturowej? Proste tytuły punktów programu albo ich opisy w informatorze, ładnie proszę, bo inaczej nie wiem na co się piszę. I nie interesuje mnie, że część z nich znajdowała się w internecie. Atrakcje na konwencie wybieram zazwyczaj na konwencie i wolę, by tak pozostało.

Program bloków. Niektóre prelekcje były lepsze (głównie prowadzone przez ludzi mających chociaż luźne powiązania ze światem nauki), inne gorsze (o dziwo również głównie prowadzone przez ludzi mających chociaż luźne powiązania ze światem nauki), a niektórych nie tknąłbym z powodu samej tylko nazwy. To konwentowy standard i nie ma sensu się go czepiać, a będzie dawał o sobie coraz mocniej znać wraz ze wzrostem liczby uczestników (w zeszłym roku tysiąc, w tym ponad tysiąc i pół, ale ile dokładnie, to nie wiem). Czepiać za to powinno się list punktów programu, które na większych konwentach wiszą na drzwiach każdej z sal, a których to w Sopocie pierwszego dnia nie było, zaś drugiego nie wszędzie. Wyglądało to szczególnie zabawnie przy sali naukowej, która plan posiadała i sąsiadowała z salą kulturalną, gdzie próżno było go szukać. Plus na rozpiskach dostrzegłem opisy punktów programów, więc biorąc pod uwagę ich brak w informatorze tym większa szkoda, że stanowiły rzadkość.

I to z grubsza tyle. Było miło, ale liczę na to, że za rok będzie milej.

PS: Bycie uczestnikiem po wielu latach tworzenia programu było dziwne. Jak powrót na uczelnię dziesięć lat po jej ukończeniu w celu ubicia interesu z panią z dziekanatu. Za rok przywiozę prelekcję, ewentualnie trzy.