Przejdź do zawartości
Autorem tej wysokiej jakości, ironicznej grafiki jest Pyruvate.

Bestia zwana fandomem

Reading Time: 6 minutes

Fandom. Setki tysięcy rozproszonych po świecie ludzi. Dzieli ich miejsce zamieszkania, płeć, kolor skóry, religia i poglądy polityczne. Łączy jedno, miłość do danej marki. Miłość tak wielka, że czasami przerażająca.

W zeszłą sobotę zakończył się trzeci sezon My Little Pony (ja sem brony, deal with it). Jeszcze przed premierą finałowego odcinka doszło do kilku sugerujących dość istotne zmiany przecieków, które Hasbro potwierdziło wypuszczeniem nowej linii zabawek. Jednych „kontrowersyjne”, mogące mieć duży wpływ na potwierdzony sezon czwarty decyzje scenarzystów ucieszyły, innych wkurzyły, jeszcze innych zmusiły do refleksji i publicznego wyjaśnienia, dlaczego dany pomysł jest w porządku (albo nie). Sytuacja nienowa, bo ciągnąca się praktycznie przez cały trzeci sezon, podsycana przez spekulacje fandomu (który w niejednym fanfiku opisał coś, co potem stało się faktem w serialu. Celowy zabieg ze strony Hasbro czy przypadek?).

Jednak o dziwo, gdy czyta się komentarze pod tekstami na Equestria Daily, trudno jest znaleźć głosy skrajnie krytyczne, bluzgi pod adresem twórców, głośne deklaracje porzucenia serialu i zajęcia się czymś bardziej pożytecznym. Nawet pod analizą ostatniego odcinka, gdzie padło kilka celnych pytań, a liczba komentarzy dawno przekroczyła siedemset. Możliwości są trzy. Raz, moderatorzy działają sprawniej, niż w polskiej części Internetu. Dwa, mięso zostało przykryte pod zdaniami bardziej wyważonymi (co dobrze świadczy o fandomie i jego mechanizmach samoregulacji). Trzy, fani kucyków potrafią kulturalnie wyrazić swą opinię (patrz nawias obok).

Diabeł zapłakał

DMC: Devil May Cry grafika porównująca Dantego do Edwarda Cullena ze Zmierzchu
Nowy Dante nie ma łatwego życia.

Powyższy przykład pokazuje, że fandom jest konstrukcją stosunkowo delikatną. Wystarczy wykonać jeden nieodpowiedni ruch, dokonać zmian w marce, a zaraz podniosą się głosy krytyczne. Uchowajcie bogowie, jeśli ktoś wpadnie na szalony pomysł grzebania przy fundamentach, na przykład przefarbuje głównego bohatera, albo wbije go w nowe ciuszki. Można być wtedy pewnym, że w Internecie zapłoną stosy.

Odmłodzony syn Spardy wzbudził i dalej wzbudza skrajne emocje. Wystarczy wejść w Google, wpisać „New Dante” i przejść do grafik. Nie wiem, czy Ninja Theory zdawało sobie sprawę z tego, jak bardzo nadepnie na odcisk starym fanom serii. Może wiedziało, tylko miało to gdzieś? Może chciało przeprowadzić eksperyment i udowodnić brak możliwości stworzenia własnej wizji postaci? Poprzez działania pokazać, że fandom to beton, który będzie pluł jadem i siarką, jeśli nie otrzyma kolejnej porcji tego, co już zna i lubi? Trudno powiedzieć. Fakty są jednak takie, że czarnowłose wcielenie łowcy demonów zostało przyjęte z mieszanymi uczuciami i mocno odbiło się na ocenie gry. Angry Joe wystawił jej siódemkę, podpierając swoje zdanie solidnymi argumentami na temat przystępności, szaty graficznej, muzyki. Sensowny głos, biorąc pod uwagę osoby, które wystawiając jedynki na Metacriticu postrzegały wszystkie elementy tytułu jedynie przez postać na okładce.

Masa krytyczna

Co się działo po premierze trzeciego Mass Effect, raczej nie muszę przypominać. Cały hejt na nowego Dantego jest niczym bójka dwóch zakutych w gips staruszków w porównaniu z chaosem strefy wojny, w jaką zmieniło się forum BioWare. Znaczy się, do tej pory nie słyszałem, by ktoś chciał podać Ninja Theory do sądu albo zażądał zwrotu pieniędzy za grę. Oba tytuły znalazły się jednak w innej sytuacji. W przypadku DMC zmiana imidżu głównego bohatera była znana i szeroko komentowana na długo przed premierą. W przypadku Efektu Masy problem z feralnym zakończeniem ujawnił się dopiero po premierze i stanowił wyraźny dowód na to, że słowa twórców nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością.

Czy fandom zareagował zbyt agresywnie? Cóż, jeśli autorzy przekonywali o wadze wszystkich podjętych w czasie gry decyzji, o możliwości wybrania własnego przeznaczenia i tak dalej i dalej, to będąc fanem, po ujrzeniu efektów ich pracy również bym się wkurzył. Poświęcając setki godzin na przejście wszystkich zadań pobocznych, czytając wszystkie dialogi, sięgając po komiksy i książki osadzone w uniwersum podbijam swoje oczekiwania względem kolejnych premier, przywiązuję się do marki, chcę coraz więcej i coraz lepiej. Dostając byle co i słysząc, że tak miało być tracę zaufanie do firmy. Tu nie chodzi o złość, narastającą przy porównywaniu obietnic i stanu faktycznego. Chodzi o porysowanie przepięknego kryształu, jakim jest dla mnie marka. Jako fan mogę wybaczyć wiele, ale i ja mam swoje granice wytrzymałości.

No właśnie, granice. Fandom traktowany jest jako całość. Nieistotne, czy ktoś jedynie przeszedł raz grę i ją po prostu lubi, czy też tłucze w nią już czwarty raz i jara się pod każdym newsem na jej temat, nawet jeśli składa się jedynie z dwóch plotek i jednego screena. Elementem łączącym te osoby jest tytuł, logo, charakterystyczne postacie, zwroty. Winter is coming, rzuci ktoś w towarzystwie i natychmiast odnajdzie bratnią duszę. To trochę jak tajne hasła masonów, tylko powszechnie znane i zrozumiałe. Sęk jednak w tym, że dowolne dwie osoby spojrzą na daną sprawę całkowicie inaczej. Jeden na widok nowego Dantego wzruszy ramionami, inny się zainteresuje, jeszcze inny z mordem w oczach pójdzie wylewać żale na forum. Można napisać, że fandom się podzielił, ale nie ma fandomu pro-Dante i fandomu anty-Dante. Bo fandom jest jeden, na czym cierpi przy co większych aferach. Nikt nie chce obrywać za najgłośniej krzyczących, zwłaszcza jeśli nie ma powodów do darcia szat.

Strzaskana tarcza

X-COM Enforcer screen z rozgrywki
X-COM Enforcer. Wielka odskocznia od korzeni serii i obiekt szczerej nienawiści fanów.

Marka to już nie tylko produkt. Dany tytuł daje poczucie wspólnoty, pewnej tożsamości. Trochę jak religia, stowarzyszenie, państwo bądź dowolna inna instytucja grupująca ludzi. Gram w Dwarf Fortress, lubię przesadnie skomplikowane tytuły z brzydką grafiką. Czytam Czarną Kompanię, lubię fantastykę z elementami militarnymi. Wiem, że gdzieś na świecie żyją inne, podobne do mnie osoby, jestem więc członkiem większej wspólnoty, marnującej godziny życia na obserwowanie życia cyfrowych krasnoludów albo oglądających animowane seriale o superbohaterach. Mogę przyglądać się ich twórczości, porozmawiać na temat jakiejś postaci, pozachwycać się nad zapowiedzianym filmem pełnometrażowym. Wiem, że nie jestem sam i dobrze się z tym czuję.

To wszystko do momentu, gdy ktoś nie chce mej ukochanej marki zmienić. Dla przeciętnego zjadacza popkultury nie jest to nic wielkiego. Lubił tamtego bohatera, więc może polubi i tego. Może też nie polubić, zdarza się. Ale jak ktoś czuje się członkiem fandomu i fakt ten jest dla niego bardzo ważny, jeśli naprawdę kocha dany produkt, to w jego przypadku sytuacja wygląda całkiem inaczej. Dokonywane są zmiany w czymś dla tej osoby fundamentalnym, co lubi, ba! kocha wręcz. Wydaje pieniądze na gadżety, jeździ na konwenty, jest na bieżąco z jej ulubioną marką i nagle autorzy wbijają mu nóż w plecy? Czym sobie na to zasłużył?

Wciąż pamiętam moją pierwszą reakcję na wieść o tworzeniu A Game of Dwarves. Dwarf Fortress nie ucierpiało na tym fakcie, dalej jest rozwijane, ale poczułem się źle na myśl, że ktoś wziął mój ukochany tytuł, przy którym nawet największe hardkory wymiękają i przerabia go na prostą zabawkę dla casuali. Dziwne, prawda? Ale tak działa fandom.

Młodsi gracze mogą nie wiedzieć, ale między serią UFO: After… oraz tymi pierwszymi pierwszymi UFO do czasu Apocalypse istniało kilka gier udowadniających, że nie mając dobrego pomysłu na kontynuowanie marki należy ją po prostu zostawić w spokoju. O tych tytułach rzadko się wspomina, zwłaszcza w kontekście całej serii, bo jak tu mówić dobrze o grze, która odziedziczyła po poprzednikach jedynie tytuł oraz motyw przewodni? A na dodatek nie była zbyt dobra?

Tak, po trzech całkiem niezłych strategiach z dużym naciskiem na taktycznie rozgrywane bitwy, gracze mogli wpierw postrzelać do obcych w kosmosie (X-COM Interceptor), a potem wbić się w pancerz wspomagany i robić z grubsza to, czym wcześniej zajmowały się dowodzone przez nich grupy uderzeniowe (X-COM Enforcer). Można się śmiać z tego, jak żałośnie na tle poprzedników wypadł trzeci Myth i jak śmiesznie nazwana ekipa się za niego zabrała, ale on przynajmniej dalej był taktyczną strategią. A tutaj?

Mając przed oczyma tytuł, który całkowicie zaprzecza idei serii nie dziwię się, że czasami fandom zachowuje się jak obrońcy krzyża. Ja również nie chciałbym odkryć któregoś dnia, że kolejny tom Pieśni Lodu i Ognia będzie opowieścią dla dzieci, bez seksu, krwi i wielkiej polityki, z akcją osadzoną gdzieś na uboczu Westeros. Dlatego może i dobrze, że od czasu do czasu fani głośno wyrażają swoje niezadowolenie i mogą wpłynąć na twórców (patrz Mass Effect 3). Przynajmniej wiadomo, że im zależy, a skoro zależy, to jest dla kogo się starać.