Przejdź do zawartości

Bo powaga zabija powoli

Czyli o niedocenianiu luzu i humoru słów kilkaset.

Smocza impreza

Wiecie, czym jest festiwal Dragon Bash? Osobom nieobeznanym ze światkiem MMO (do których również należę, ale mam pod ręką wiarygodne źródło informacji) wyjaśniam, że jest to jeden z eventów w grze Guild Wars 2, co to miał miejsce przed dwoma miesiącami. W świecie, gdzie największym złem są smoki, zwłaszcza jeden wyjątkowo duży i paskudny, zorganizowanie festynu z wielkimi gadami w rolach głównych może wydawać się niedorzeczne. Jednak jeśli rzeczony festyn ma podkreślić siłę ras rozumnych i ich zdolność do stawienia czoła łuskowatemu zagrożeniu, wydarzenie zaczyna nabierać intrygującego sensu. „Laugh in the face of fear!„, można przeczytać na stronie tej bogatej w atrakcje i posiadającej niezgorszą reklamę imprezy, niosącej nadzieję w dniach strachu i przemocy. Bardzo ciekawa inicjatywa, a przy tym, w moim odczuciu, dość rzadko spotykana.

Po napisaniu powyższego zdania spojrzałem po moich półkach z książkami i uderzyła mnie jedna rzecz. Niemal każda stojąca na nich powieść fantasy (a SF to już w ogóle) jest poważna. Opowiada poważną historię, prezentuje poważnych bohaterów na tle poważnego świata i tę powagę dumnie niesie przed sobą od pierwszej, do ostatniej strony. Próbuję przypomnieć sobie opisane w nich sceny radości, zabawy, dzikich hulanek w karczmach czy jarmarków – sceny wyróżniające się na tle innych luzem – i przychodzi mi to ze sporym trudem. Mój zapchany do granic mózg podpowiada Grę o Tron, bo miałem okazję odświeżyć sobie parę luźniejszych rozdziałów, Wiedźmina i może Siedem Królestw, a z SF cykl Imperium Człowieka oraz Bolo, bo absolutna powaga i David Weber nie egzystują w tej samej galaktyce. Nawet powieści Pratchetta, Douglasa Adamsa (to ten, co napisał Autostopem przez Galaktykę) czy Ostatni Smokobójca (autor brytyjski, więc ta sama parafia) z dość lekkich, komediowych komedyjek z każdą stroną/tomem stają się coraz poważniejsze. Ewentualnie wpierw walą absurdem po oczach, by dosłownie rozdział dalej snuć filozoficzne wywody o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Różnica między niedorzecznym momentami Kolorem Magii a Wiedźmikołajem czy Piątym Elefantem jest aż nadto widoczna. Albo to ja się zestarzałem.

W grach jest nieco lepiej, ale i z nimi mam spory problem, bo humor albo jest tak absurdalny, że chyba sam Monty Python by takiego nie zdzierżył (Deadpool) albo też stanowi szyderę na klasyczne motywy (Evil Genius, Overlord), jednocześnie próbując tu i ówdzie przemycić poważniejsze tematy. No dobra, w takim Baldur’s Gate czy innym Falloucie są sceny humorystyczne, piosenka Mordina z Mass Effect 2 rozbawiłaby każdego, a Saints Row 3 to jedna wielka beczna jazda bez trzymanki, ale na tle nowszych, mainstreamowych produkcji (patrz najnowszy Tomb Raider, The Last of Us, Remember Me), a nawet indyków (wszelkie story games z Dear Esther na czele, czy Gone Home) stanowią one niewielki procent. Nawet Yahtzee to widzi, a to jest gość grający dużo więcej i dłużej ode mnie. Z produkcji wybitnie humorystycznych w tym dobrym znaczeniu mamy zaś skamieliny pokroju Monkey Island, Day of the Tentacle czy Grim Fandango. Któraś część Sam and Max ma nieco mniej lat na karku, ale to wciąż pojedyncza sztuka. Prawdopodobnie (gdybam, więc odłóżcie te spluwy) tak samo jest w branży filmowej (z chwalebnymi wyjątkami w postaci ekranizacji komiksów Marvela), komiksowej i reszcie działów popkultury. Przynajmniej tych, z którymi jestem w miarę na bieżąco.

Why so serious?

Tapeta z Jokerem z The Dark Knight rysującym napis

Tymczasem jest mnóstwo okazji, by pokazać nieco niewymuszonego humoru i to w obrębie świata. A może dokładniej, wykorzystać prześmiewczo elementy świata do przedstawienia jego samego w szerszym kontekście. Wiecie, co zrobił jeden z moich graczy, gdy dawno temu prowadziłem kampanię w Starcrafta RPGOtóż tenże gracz, drużynowy medyk, tuż po morderczej bitwie z Zergami spytał, czy może upiec mięsko z hydraliska (albo ultraliska). Czy ono w ogóle jest jadalne. Jakiś czas później trzymał w lodówce spory zapas steków z zerglingów, a potem poszedł o krok dalej, pracując nad pionierską metodą destylacji z tegoż mięsa wysokoprocentowego alkoholu. W takich momentach pytam sam siebie, dlaczego w powieściach o wojnie w sektorze Koprulu nie natrafiłem na kantynę gdzieś na okręcie Dominium, gdzie serwowane są burgery z mutaliska (w świecie fantasy mogłaby to być pieczeń z gryfa albo, w wersji luksusowej, ze smoka)? Dlaczego opisywani marines nie przeprowadzali między sobą konkursów o to, kto ubije więcej wrogów i zdobędzie najładniejsze trofeum, niczym Gimli do spółki z Legolasem? Można powiedzieć, że to z powodu mrocznej atmosfery ponurego świata i tak dalej, ale w takim razie dlaczego w Heart of the Swarm mamy komediowy wątek Matta? Zgorzkniałą krewetkę Abathura? Niektóre teksty Kerrigan? Ewentualnie to wszystko jest gdzieś upchnięte w kolejnych książkach, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo Blizzard stawia na kinową epickość swoich dzieł, to szczerze w to wątpię.

Z innych przykładów: w Rycerzach Ulryka, zbiorze opowieści z uniwersum Warhammera, tego ponurego świata niebezpiecznych przygód, gdzie jak rzucisz w mieście kamieniem, to na 50% trafisz w łeb zakonspirowanego kultystę, szpiega Skavenów albo mutanta, a karczma bez palisady to widok rzadszy od komety o dwóch warkoczach, jeden z rycerzy zakonnych chłodził alkohol w chrzcielnicy. W niej też prawie utopił kolegę, gdy chciał go na moment uciszyć w obecności kogoś wyższego stopniem. Nie przeszkodziło im to parę opowieści później solidnie sprać paru kultystów i uratować miasto i nie uczyniło ani trochę mniej zarąbistymi. Albo bohaterowie Wielkiego Marszu Kinga, chodzące trupy, które pod czujnym spojrzeniem żołnierzy maszerują i rozmawiają o pierdołach, poszturchując się nawzajem albo dowcipkując, jakby byli na jakimś festynie. Albo wyżej wspomniane Imperium Człowieka, gdzie (spoiler alert) przykrywką dla operacji przywrócenia wygnanego władcy na tron jest kosmiczna restauracja serwująca egzotyczne mięso z dalekich planet, a niezaznajomieni z ludzką fizjonomią obcy palcem stukają w kobiece piersi, głośno się zastanawiając, na co komu potrzebny taki balast.

Więcej luzu, panowie!

Człowiek wylegujący się na zgiętym fragmencie metalowego ogrodzenia.
Chyba wiadomo, skąd to.

Piszę o humorze, ale chyba lepszym określeniem byłoby „luźne podejście”. Odsunięcie na bok terminu „poważna, dojrzała, z kijem w tyłku historia” i pozwolenie sobie na odrobinę swobody w sytuacjach, w których przeciętny człowiek również mógłby na moment zdjąć dramatyczną maskę. Wiking krzyczący: „Na jaja Odyna!” w chwili zdziwienia, albo nawet sadzący pospolitym polskim przecinkiem jest zdecydowanie bardziej ludzki i bliski mi od takiego, który w identycznej sytuacji rzuciłby jakimś górnolotnym tekstem. Przynajmniej póki nie piszemy poematu heroicznego czy innej kroniki, gdzie bohaterowie są tacy nieco odczłowieczeni, wyidealizowani. I zanim ktoś mi powie, że nienadający się do zapisania w księgach okrzyk psułby całkowicie nastrój historii pragnę zauważyć, że zbiór opowiadań Borowskiego (powinniście pamiętać je ze szkoły) Pożegnanie z Marią otwiera scena całkiem luźnej (i miejscami zabawnej) imprezy w okupowanej przez hitlerowców Warszawie, potem zastąpiona przez opisy niezłych szwindli robionych pod nosem okupantów, zaś jeden z tekstów nosi tytuł Proszę państwa do gazu. Mało górnolotnie (opowieści z Auschwitz mało górnolotne? Hańba!), co w niczym nie umniejsza zawartej w nim grozy. Bo sam fakt pisania epickiej historii nie musi od razu oznaczać, że trzeba to robić z kamienną twarzą, jak w Ogrodach Księżyca, gdzie idzie się utopić pod kolejnymi, sztormowymi falami patosu. Gdyby w tym kierunku szedł Abnett ze swoim cyklem o Komisarzu Gauncie, to owszem, przeczytałbym cały wydany w polskie pięcioksiąg, ale ze zdecydowanie mniejszym zapałem. A wystarczyło dać żołnierzom odrobinę poczucia humoru wtedy, gdy potrzeba i proszę, od razu lektura stała się przyjemniejsza, a opisywany świat nabrał życia i kolorów, których tak bardzo mi czasem podczas czytania brakuje.

W tym momencie powinienem wyjaśnić, że owszem, lubię horrory straszące w ten czy inny sposób albo wojenne opowieści obnażające grozę i bezsens konfliktów zbrojnych. Ale jednocześnie należę do osób ceniących równowagę i różnorodność. Historie koncentrująca się na ludziach muszą, w moim odczuciu, przedstawiać ich z każdej perspektywy. Żołnierze w okopie nie tylko krzyczą, krzywią się z powodu ran albo klną na przeciwników, ale również opowiadają sobie dowcipy, robią podejrzane szwindle albo opowiadają sobie nawzajem, ilu to nie zaliczą kobiet podczas najbliższej przepustki. W Full Metal Jacket jest scena, gdzie wietnamska prostytutka odmawia amerykańskiemu, czarnoskóremu żółnierzowi. Bo ma zbyt dużego. Czy z tego powodu dużo wcześniejsze sceny samobójstwa albo mieszania rekrutów z błotem straciły swoją wymowę? Nie. W nowszym Elizjum Max, zapytany przed pewną dużą akcją o to, czy się boi, wpierw odpowiada, że nie. A po chwili dodaje ze śmiechem: „Sram w gacie ze strachu”.

Brak chociaż odrobiny luzu jest tą rzeczą, która pogrążyła w moich oczach ostatniego Batmana. Poważne historie są ok tak długo, jak nie są przesadnie poważne, ewentualnie sensownie rzeczoną powagę i patos dawkują. Zwłaszcza jeśli fabuła naszpikowana jest bzdurami ignorowanymi przez bohaterów, a wywołujących na twarzy widza wielkie WTF. Bo durne, a traktujące się bardzo serious historie przestają być serious, a stają się funny. Niestety, granica jest cienka i łatwo jej nie zauważyć, chociaż nie brakuje osób potrafiących na niej balansować, patrz chociażby Leon Zawodowiec czy momentami absurdalny Fight Club.

Wojna jest piekłem

Zdjęcie przedstawiające żołnierzy armii USA używających rakietnic jako przedłużenia penisa. Jedno pochodzi z 1945 roku, drugie z 2009 roku. Podpis głosi "War, War never changes", czyli "Wojna, wojna nigdy się nie zmienia".

II Wojna Światowa jest jednym z tych wydarzeń, które uznaje się za olbrzymią tragedię, zwłaszcza w nauczaniu szkolnym. A starczy pogoglać, by dowiedzieć się coś niecoś na temat Wojtka, niedźwiedzia z 2 Korpusu generała Andersa, zobaczyć zdjęcia pancerniaków smażących jajka na pancerzach swoich potężnych maszyn czy driftujących motocyklistów. Fanpejdż II Wojna Światowa jakiej nie znacie codziennie dostarcza takich i podobnych materiałów. I ponownie, na Froncie Wschodnim zimą było potwornie, ale nie oznacza to, że cały konflikt należy traktować ze śmiertelną powagą. Bo walczący w nim ludzie również się śmiali, cieszyli drobnymi radościami, a nawet zawierali związki małżeńskie, patrz uczestnicy Powstania Warszawskiego. Co jest wadą historii podręcznikowej, bo ta ma w zwyczaju koncentrować się na faktach, a nie ludziach, zmieniając dzieje w ciąg pozbawionych emocji wojen, traktatów i odkryć, zapominając, że taki Kazio Wielki czy inny Henryk VIII to jurne chłopy były, a Karol Wielki lubił, niczym średniowieczny wędkarz, wraz z rycerzami przechwalać się, czego to na wyprawach nie dokonał.

Nie znaczy to, że trzeba zmieniać dramat w komedię. Again, to wszystko jest kwestią wyczucia, odpowiedniego dobrania składników. Nie zmienia to jednak faktu, że śmiejący się (by odreagować stres, nabrać sił na kolejny dzień służby, nie zwariować, rozerwać się) w okopach żołnierze są zdecydowanie ciekawsi od tych, co przez całą służbę nie uśmiechnęli się. Bo to znaczy, że albo autor nie potraktował ich (tych nieśmiejących się) jak ludzi, albo też są już tylko pustą, wypaloną przez wojnę skorupą. Łapanki i rozstrzelania w okupowanej Warszawie są straszne. Bal, którego okna wychodzą na łapankę jest straszniejszy, a przy tym bardziej interesujący i autentyczny, bo nie takie rzeczy się działy w tym i wielu innych miastach na przestrzeni dziejów. Pasek w swoich pamiętnikach wspomina o szlacheckiej imprezie w obleganym zamku, Ziemiański w Achai chyba też skorzystał z takiego motywu. Pozbawianie postaci albo i całego dzieła humoru jest odebraniem ludziom jednej z istotniejszych cech ich jestestwa. W końcu dowcipy są tak stare, jak cywilizacja, jeśli nie starsze.

„Przychodzi baba do lekarza…”

Dwa mężczyźni. Pierwszy mówi do drugiego: "coś taki jakiś przygnębiony się wydajesz ostatnio". Drugi odpowiada, wiążąc sznur na pętlę: "tak?".
Autorem grafiki jest Boli, a jego blog można znaleźć o tutaj.

Humor, czy też luz jako taki, jest traktowany trochę jak trędowaty przez autorów chcących napisać Poważne Historie, ale zdają się oni zapominać, że komedia stanowi nieodłączną część naszego życia. Po sieci krąży ponoć najstarszy dowcip świata, egipski, mający jakieś pięć czy sześć tysięcy lat. Dowcipkowali Grecy i Rzymianie (te wszystkie napisy czy rysunki na murach z serialu Rzym nie są z tyłka wziętymi wymysłami scenarzystów, a ktoś z wysokim google-fu na pewno odkopie antyczną wulgarną poezję), żartowali barbarzyńcy, od śmiechu nie uciekali ludzie średniowiecza. Wojna, Czarna Śmierć, Głód i podatki za oknem, a ci idą do karczmy albo pooglądać egzekucję, pośmiać się z sąsiada, co wywinął orła na progu albo faceta na ulicy, któremu wylano na łeb wiadro nieczystości. Dlatego często się śmieję (You see what I did there?), kiedy ktoś próbuje mi wyjaśnić, że Mroczne Wieki to naprawdę były mroczne i jeśli planuje się napisać w tych realiach powieść, to trzeba to zrobić na poważnie. Bo taki Mieszko I w czasie biesiad to na pewno nigdy nie rzucił grubym dowcipem, a mając kilka pogańskich żon pod bokiem z pewnością nigdy nie wymienił z nimi uśmiechu.

Tymczasem humor to wspaniałe narzędzie do charakteryzowania postaci. Szalony Larkin po tym, jak nie udał mu się ćwiczenie próbuje zamaskować stres pod zabawną odzywką. Dla Tyriona humor jest bronią mającą udowodnić jego wartość, pozwalającą przykryć niedostatki fizyczne. Lekarze wojskowi opowiadają sobie dowcipy o pacjentach, co by w czasie poważnej akcji nie zwariować, móc rozluźnić się w cholernie stresującej pracy, podobnie jak żołnierze, dla których stanowi on ucieczkę przed trudami dnia codziennego. Nie wszyscy komandosi na kartach powieści muszą być twardymi zabijakami, dla których podrzynanie gardeł to bułka z masłem. Jeden może to robić z uśmiechem na ustach, gdyż traktuje wojnę jak plac zabaw i jeśli przestanie, to natychmiast wsadzą go w kaftan. Czy wszyscy mieszkający w bliskim sąsiedztwie Piekła żołnierze z Black Hawk Down to poważniaccy mordercy?

Ktoś mógłby powiedzieć, że gadam jak jakiś zgorzkniały dziadyga z napadem słowotoku (do tego pewno powtarzający się w paru miejscach), albo miałem pecha do zbyt poważniackich dzieł, gdy dookoła pełno jest autorów podchodzących do swojej twórczości na luzie, z dystansem, filmów z idealnie dopasowanymi wstawkami komediowy i gier zabawnych niczym Portal. Mam nadzieję, że tak własnie jest, a ja się mylę i proporcje między stronami mocy zostały zachowane. Bo ja bardzo lubię poważne historie, ale bez przesady.

Chcesz mi udowodnić, że się mylę i masz na to twarde dowody? Może tutaj?