Przejdź do zawartości
Dzisiejszy wpis ozdabiać będą reklamy "raka rynku gier wideo", czyli pre-orderów.

Chory rynek, cudze portfele i rozrywka obowiązkowa

Dziś pobawimy się w odkrywców i prześledzimy tok myślenia przeciętnego bobera, który zobaczył w internetach prowokującą do dyskusji wypowiedź i podążył jej tropem. Będzie trochę chaotycznie i odrobinę (ha ha…) bez sensu, czyli dzień jak co dzień w tych okolicach.

Punktem wyjścia dla dzisiejszego lania wody będzie komentarz Puśka (odłóż tę strzelbę, kobieto!) opublikowany na łamach bloga Lektura Obowiązkowa. Brzmiał on tak:

„Strasznie wkurza mnie to zaglądanie graczom do portfela przez innych graczy. Kupujesz itemy w f2p? Jesteś frajerem! Pobiegłeś do sklepu i kupiłeś grę AAA na premierze? Co za debil! Zapłaciłeś za season passa? Ale kretyn! Co kogo obchodzi na co wydaję moje pieniądze? I czy naprawdę komuś przeszkadza, że kupię sobie rzecz A bo mnie stać/bo chcę/bo mam takie widzimisię? A potem słyszę jak to psuję branżę. No tak, bo przecież prawdziwy zatroskany o dobro branży gamer kupuje gry za grosze dwa lata po premierze, DLC się nigdy nie skalał, a w f2p „do wszystkiego doszedł ciężką pracą”. Świat jest pełen frustratów.”

Po jego przeczytaniu myśli przeciętnego bobera kształtowałyby się mniej więcej tak:

Myśl pierwsza – Jak to kogo to obchodzi? Mnie i tysiące innych osób, które nie chcą być krojone na DLC-kach z wyciętymi epilogami (Asura’s Wrath), grach tworzonych głównie pod wypuszczanie masy DLC (Sims 4, SimCity, Evolve) czy niedorobionych produkcjach po 60 ojro sztuka plus drugie tyle za Season Pass (AC: Unity). A dostają na to przyzwolenie, bo masa ludzi sięga po pre-ordery, bądź rzuca się na towar w dniu premiery, nawet jeśli ten jest zabugowany do ostatniego bajta albo nie działa z powodu serwerów o stabilności północnokoreańskich rakiet dalekiego zasięgu. Widzimisie widzimisiem, ale to jest psucie rynku, którego włodarze nie mają oporów przed wpychaniem ludziom mikrotransakcji w grze single, bo wiedzą, że znajdą się frajerzy gotowi dopłacić 120 dolarów, byle tylko obniżyć i tak dołująco niski poziom trudności ich produktów. Oni rzucają pieniędzmi jak głupi, a reszta na tym cierpi.

Myśl druga – Czy to wina wydawców, że chcą doić klientów czy klientów, że sami podstawiają wymiona? Ostatecznie to nie jest tak, że ktoś kogoś zmusza do zamawiania pre-orderów albo kupowania dziesiątek DLC oferujących jedynie dwa nowe gnaty i pancerz dla konia. Jasne, często można odnieść wrażenie, że bez tych drugich ma się w ręku niepełny, pocięty bądź niedokończony produkt, ale można sięgnąć tylko po wybrane, najlepsze dodatki. Albo zaczekać do wersji GOTY, zazwyczaj oferującej wszystko za pół ceny. Można również, co zdaje się niektórym umykać, skupić się na gołej podstawce, sięgnąć po nią w dniu premiery i rozłożyć ją sobie na rok. Jest sens irytować się na zakochanych w DA: Inquisition, skoro za 60 euro mają rozrywkę na sześć miesięcy po godzinkę, dwie dziennie? Ostatecznie kompletny poradnik do tego kolosa powstaje już trzeci miesiąc i końca nie widać. Przy tylko trochę mniejszym Unity siedziałem trzy intensywne tygodnie, a i to głównie dlatego, że mnie terminy goniły. Przeciętny gracz z nadmiarem obowiązków potrzebowałby ze cztery razy tyle, plus kolejny miesiąc na spokojna rozgrywkę wieloosobową. Niech kosztuje wtedy i 100 euro, dla nich stosunek ceny do spędzonego czasu i tak będzie korzystny. Poza tym kupno gry w czasie premiery to piękna oznaka przywiązania do firmy i/lub marki. Czegoś rzadko przeze mnie okazywanego, nawet w stosunku do tych paru szanowanych firm. Jak to się mówi? Że jestem odbiorcą-najemnikiem i moja lojalność na pstrym koniu jeździ?

Preorder2

Myśl trzecia – Ja chyba źle do tego wszystkiego podchodzę. Kiedy ostatnio miałem okazję spędzić cały dzień przy grze? Pomijając niektóre weekendy, które wolałem poświęcić na inne sprawy? Gdyby trzeci Mass Effect był głodnym psem, to dawno zdechłby z głodu, od czasu do czasu podgryzany przez resztę licznego, wygłodniałego stada. Nie stać mnie na nieustanną rozrywkę, więc dlaczego krytykuję ludzi o lepszej wypłacalności? Czy to zazdrość, że oni mogą a ja nie, czy zaszłość z czasów, gdy powrót ze szkoły oznaczał kilka godzin psucia dżojstików? A może niezrozumienie sytuacji, wynikające z faktu, że praktycznie wszystkie moje gry pochodzą z przecen, czasopism, bundli albo prezentów? Bo po prawdzie nie pamiętam, czy kupowałem kiedykolwiek grę w dniu premiery, nawet w czasach dużych pudełek i papierowych instrukcji. Może nigdy żadnej nie pragnąłem dostatecznie silnie. Bo przecież jeśli ktoś wydaje kupę kasy na nowość, to bardzo jej chce i jest w stanie poświęcić jej trochę wolnego czasu. W zasadzie jedynym trapiącym mnie problemem powinna być obawa o jakość tego, co kupują inni, ale hej, nawet ja czerpałem radość z Unity, chociaż siedziałem nad nim głównie z obowiązku. Plus niedawno obejrzałem niskobudżetowy horror z zombie-bobrami, który szczerze mi się spodobał. Kim ja jestem, by oceniać gusta innych?

Myśl czwarta – Zjadłbym kebaba. I ogarnął feedly, bo znów zarasta chwastami. I obserwowanych artystów na deviancie, z tego samego powodu. I pocketa. I… Dlaczego traktuję to wszystko jako zobowiązania, jakby mnie kto rozliczał z liczby przeczytanych artykułów na miesiąc? I dlaczego mam wrażenie, że nie jestem w tym osamotniony?

Myśl piąta – Plan z oglądaniem jednego filmu dziennie pomaga na perspektywę oraz priorytety. Przez ostatni miesiąc grałem głównie wtedy, gdy musiałem, na rozrywkowe molestowanie klawiatury poświęcając godzinkę dziennie od czasu do czasu. Jedna godzina w poniedziałek, jedna w czwartek, do końca głównej kampanii jeszcze ze dwadzieścia i nagle do człowieka dociera, że nowości wcale nie są drogie. Nie w momencie, gdy rzadko nadarza się okazja, by do nich przysiąść na więcej, niż jedno zadanie i może krótką przejażdżkę do nowej lokacji. Zwłaszcza w przypadku osób takich jak ja, posiadających szerokie zainteresowania i chcących czasem przeczytać książkę, obejrzeć serial albo zająć jakimś tajnym projektem, dajmy na to tomikiem wierszy. Gdzieś po drodze uleciał ze mnie koncept zaległości, przynajmniej w wersji „musisz poznać, bo umrzesz”, zmuszającej do zarywania nocy, bo tak trzeba. Prędzej „musisz poznać, ale nie spiesz się, masz na to resztę życia”. Ostatecznie i tak wiem, jak kończy się historia komandor Shepard, więc o co ten cały szum? Będą mnie z niej na studiach przepytywać?

Preorder3

Myśl szósta – Kiedy ja ostatnio zapłaciłem za coś w grze Free to Play? Pamiętam, ze zawsze chwaliłem pomysł ze skórkami z League of Legends, ale kupiłem je za coś więcej, niż darmową walutę od Riotu? I kiedy zacząłem sięgać po bundle – przed czy po porzuceniu LoLa? Chyba po, inaczej kasę wydawaną na paczki z komiksami przeznaczyłbym na skórki. Ostatecznie masę gier pominąłem właśnie z powodu braku finansów albo zbyt – w moim mniemaniu, oczywiście – wygórowanych cen. Co jest wyjątkowo głupie, bo 15 dolarów za dziesięć świetnych tytułów to zawsze lepiej niż 15 za jeden, a 10 za jedną skórkę dla ulubionej postaci to też nie jest tak dużo. Nie w momencie, gdy spędzam przy grze dwie godziny każdego dnia. Co prawda wychodzę z założenia, że jak cena wynosi „co łaska”, to mogę dać dolara i nikt nie powinien mieć pretensji. Z drugiej strony serwery kosztują, a ja z nich przez ileś miesięcy korzystałem. Powinienem czuć się z tego powodu źle? Chyba nie, ostatecznie słowo Free do niczego mnie nie przymusza. Twórcy sami wybrali taki model. W innym wypadku zdecydowaliby się na abonament. Chyba.

Myśl siódma – Ciekawe czy Pusiek pogrozi mi czymś ostrym, czy raczej zamarudzi na śmierć, do czego zresztą zobowiązuje ją drugi pseudonim. Chyba wolałbym to drugie, wreszcie bym się wyspał.

Myśl ósma – Zakładając, że rynek gier wideo jest chory, to czy można uzdrowić go poprzez kupowanie samych dobrych rzeczy i niewspieranie złych praktyk? Ten rynek bądź jakikolwiek inny? Jeśli kupowanie przepłaconych, dziurawych i pociętych pełniaków go psuje, to zgodnie z prostacką logiką ich niekupowanie powinno wyleczyć. Ale w jaki sposób to zorganizować, gdy na świecie są potencjalne miliardy obdarzonych wolną wolą klientów? Plus ile osób musiałoby dołączyć do bojkotu? Sto tysięcy? Milion? DMC sprzedał się dużo poniżej oczekiwań Square Enix, ale czy to z powodu olewania fanów ciepłym moczem, czy wziętych z kosmosu wymagań wydawcy? Czy to wina gry, że koszta jej wytworzenia przekroczyły zyski, bo paru księgowych wpisało o jedno zero za dużo w nieodpowiednich rubrykach? Ostatecznie Square Enix to mistrz potykania się na prostej drodze, patrz plany wydania Final Fantasy VII na PS 4 w niezmienionej, osiemnastoletniej wersji, gdy taka jedynka dostała śliczny remaster na PSP. Nie dziwota, że w czasie ogłaszania tego faktu na konferencji radośnie krzykliwa publika momentalnie umilkła, ogłuszona nadmiarem bezmyślności.

Preorder4Myśl dziewiąta – Poza tym czy nie jest prawdziwym prawo Sturgeona, według którego 90% wszystkiego to gówno? Czy masowy bojkot Twilight spowoduje, że nagle na rynku zaczną pojawiać się lepsze pozycje? Nie, bo w takim wypadku czytelnicy sięgną po inną, niezbyt wysokich lotów powieść i z niej zrobią bestseller. Albo wydawca wpakuje gruby szmal w jej wypromowanie, czerpiąc z niekończącego się źródła autorów kiepskich, średnich i wszystkich pomiędzy. Niektórzy twierdzą, że łykająca byle co, pozbawiona zmysłu krytycznego i gustu publika jest problemem, ale czy mówiliby to samo, gdyby na rynku istniały tylko dobre – przynajmniej w ich mniemaniu – rzeczy? Czy pewnego dnia nie odczuliby zgagi z powodu przejedzenia Camusem, Proustem i Dumasem i nie zażądali jakiegoś lekkiego horroru od Mastertona na poprawę trawienia? Ostatecznie sporo artystycznych gier indie powstało dla zrównoważenia wysokobudżetowych, nastawionych na czystą rozrywkę akcyjniaków, które w innym wypadku zapewne służyłyby jako odtrutka dla tych pierwszych. W końcu ile dni z rzędu można jeść kawior?

Myśl dziesiąta – Moment, czy mi w ogóle zależy na jakimkolwiek rynku? Przecie niedawno twierdziłem, że mam zapas (pop)kultury, którego nie zdołam skonsumować do końca życia moich praprawnuków, nawet gdybym próbował być przy tym wybredny. Niech wydawcy doją chętnych graczy na wszystkie możliwe sposoby i jeszcze sto kolejnych. Co mi to szkodzi, skoro mam pod dostatkiem gier i absolutny brak czasu na cieszenie się nimi? Nawet jeśli za dziesięć lat kolejne produkcje będą sprzedawane w małych pakietach „jeden poziom po 5 dolarów”, to przecież nikt nie potnie starszych, by podążać za tym modelem dystrybucji. A nawet jeśli to zrobi, to w przyszłości będą musiały istnieć rozmaite formy promocji, bo tego wymagać będzie coraz większy tłok na rynku i mało przyjazna konkurencja. W najgorszym zaś przypadku zapewne zadam sobie pytanie – co z tego? Moje życie nie stało się uboższe z powodu niezagrania w God of War, o którym zresztą wiem sporo z JuTuba. Jeśli w przyszłości rynek gier wideo mnie odrzuci, to pożegnam go grzecznie i udam się w swoją stronę, tyla.

Preorder5

Myśl jedenasta – Ja chyba zapomniałem, po co w ogóle konsumuję (pop)kulturę. Notki na blogaskach czytam z paru powodów, ale jednym z istotniejszych jest Karnawał Blogowy. Zwłaszcza odkąd się okazało, że istnieje grupa osób zainteresowana comiesięcznymi paczkami linków. Książki, gry, filmy? Rozrywka, poszerzanie horyzontów i tak dalej, ale skoro tak, to czy mam w związku z tym jakieś obowiązki? W końcu do niedawna tak na całą sprawę patrzyłem. Jako coś, co nie tyle mogę, a muszę zrobić. Bo praca, zainteresowania, plany, tematy do rozmowy, szersze horyzonty, transcendencja, człowiek kulturalny znać powinien to i owo i tak dalej. Mniej więcej z tych powodów planuję obejrzeć w tym roku 365 filmów, ale zamysł ten służy też innym celom. Film dziennie stał się nawykiem, na bazie którego będę chciał wykorzenić bądź wprowadzić inne. Co już przynosi efekty, bo jak ostatnio odpaliłem Mass Effect 3, to dałem radę wyłączyć je o wyznaczonej porze. Ok, pół godziny później, ale to wciąż lepiej od wcześniej stosowanej reguły „start o 18 i jedziem, póki nie padniem”. Przestało mnie ciągnąc do zarywania nocy. Do grania jako takiego zresztą też. Znaczy ok, wciąż ciągnie, ale już nie tak mocno, jak jeszcze dwa miesiące temu. Nawet zacząłem snuć ambitne plany ogarnięcia w lutym tylko jednego tytułu. Jeszcze dwa miesiące temu byłoby to nie do pomyślenia.

Myśl dwunasta – Zegarek pokazuje drugą. Pomyśleć, że miałem plan położyć się koło północy. Nie wyszło. Znowu!