Przejdź do zawartości

Cmentarzysko kultury

Birthright, jeden z settingów do Advanced Dungeons & Dragons, żył ledwo cztery lata. W tym czasie doczekał się kilkunastu przygód i suplementów, sześciu powieści oraz jednej gry wideo. Wszystkie te produkty dziś znane są jedynie grupce zapaleńców, dla których nie opłaca się tworzyć nowych edycji oraz remasterów. Na świecie istnieje skończona liczba papierowych produktów oznaczonych logiem Birthright1.

Z tego powodu dziwnie się czuję trzymając na półce Żelazny Tron, powieść osadzoną w tym świecie, na dodatek prequela erpega. Nie jest bowiem w stanie spełnić swojej głównej roli, jaką jest zachęcenie do kupna gry. Tej już nie ma, chętnych do wyciągnięcia portfeli ostała się garstka. Rozrywki też nie dostarczy, bo mimo obiecującego wstępu jest nudna w czort2. Od której strony nie spojrzeć jest tylko makulaturą. Smutnym wspomnieniem o dawno nieistniejącej i zapomnianej marce.

Podobnie sprawa wygląda z jej autorem, co jest trochę ironiczne biorąc pod uwagę jego karierę. Simon Hawke pisał powieści na bazie D&D, hałtury w stylu nowelizacji Predatora 2 albo Piątku Trzynastego części 1-4, ale również kilka swoich cykli i samodzielnych historii. Ostatnie jego dzieło wyszło stosunkowo niedawno, bo w 2003. Łącznie dwadzieścia dwa lata stukania w klawiaturę, z dedlajnami nad głową, marudnym redaktorem i domagającym się uwagi życiem osobistym. Dzieło życia autora, dawno skonsumowane i zapomniane.

Gdy patrzę na Żelazny Tron myślę o legionach pisarzy, o których mało kto dziś pamięta. Klasykach fantasy, ojcach gatunku, pamiętanych przez niewielu, zmuszonych do wiecznego przebywania w cieniu Tolkiena. Franku Herbercie, który w zbiorowej świadomości żyje głównie dzięki Warhammerowi 40K3. Autorach antologii, powieści na licencjach i nowelizacji. Rzemieślnikach na zlecenie, żyjących od projektu do projektu.

Myślę o ludziach takich jak Oliver Bowden, nadworny pisarz Ubisoftu. Profesjonalny autor, czterdzieści książek na koncie, ale kim byłby bez cyklu asasyńskiego? I kim będzie, kiedy przestanie być potrzebny? Będzie w stanie się przestawić? Może znajdzie inny projekt, inne zajęcie? Co myśli o swoich powieściach? Jest z nich dumny? Traktuje jak produkt? Reklamówkę innego, większego produktu, którym zresztą są?

Myślę również o Larrym Correi, którego poznałem przy okazji akcji Sad Puppies4. Pisarzu traktującym swoje zajęcie jako sposób na zarobek, pracę. Nie łudzącego się, że za trzydzieści lat ktoś będzie o nim pamiętał, ale czerpiącego radość z faktu, że czytany jest tu i teraz. Jak wygląda jego podejście dobrze obrazuje lista typów pisarzy na jego blogu, której ostatnie pozycje okupują m.in:

W List – Huge on Twitter: Author who fails to realize that the only type of follower who counts is the one who will give you money for your product.

Z List – The Guardian’s Village Idiot. Motivated by delusions of relevancy, crowd sources witch hunts against writers higher on the list.

R List – The Artiste. Authors who write for prestigious literary journals where they can be read by literally dozens (if you count the editorial staff).

Pisz dla ludzi, którzy chcą cię kupować. Pisanie to praca, jej celem jest zarobek. Nie prestiżowe nagrody czy sława, które prędzej czy później przeminą. Z takiej perspektywy Żelazny Tron nie jest porażką, ponieważ spełnił swoją rolę wtedy, kiedy miał ją spełnić. Co dzieje się z nim dzisiaj nikogo nie obchodzi i nie musi obchodzić, bo nie taki był plan. Komuś powieść wciąż się podoba? Ktoś ją chce kupić i trzymać na półce? Wróciła do łask dzięki jakiemuś recenzentowi albo fanowskiemu projektowi? Świetnie, tym lepiej dla niego. Autor pewnie uśmiechnąłby się z nostalgią, świat w większości ma to gdzieś, życie toczy się dalej.

Wniosek z tego banalny – nie przejmować się przyszłością. Trendy przychodzą i odchodzą, fani zmieniają zainteresowania, marki prędzej czy później upadają, stare klasyki zostaną zastąpione nowymi. Nawet nostalgia kiedyś się wyczerpie, wyeksploatowana przez niekończące się rebooty i wydawane wiele lat po fakcie sequele5. Tworzyć wystarczy (należy? Powinno się?) tu i teraz, z nadzieją, że ktoś się tym zainteresuje. Dłuższa przeżywalność, zwłaszcza w epoce absurdalnego nadmiaru, to miły, ale tylko bonus.