Przejdź do zawartości

Copernicon 2014

Wersja dla bardzo leniwych – siedziałem trzy dni, bawiłem się świetnie, organizm domaga się urlopu, już zbieram grosiwo na przyszły rok. Wersja dla trochę mniej leniwych poniżej.

Lokacje programowe

Jeśli większość konwentu udało się upakować w trzech budynkach stojących o rzut kamieniem od siebie, to wiedz, że organizatorzy wykonali dobrą robotę. Dobrą, lecz nie doskonałą, o czym świadczy cichy płacz Młodzieżowego Domu Kultury, zmuszającego konwentowiczów do morderczego, pięciominutowego spaceru toruńską starówką. Do tego leżącego nieco na uboczu trasy Collegium Maius-jadłodajnie-szkoła sypialna, co zapewne zniechęciło niemało leniwych buł takich jak ja. Z drugiej strony w środku znajdował się cały czteroczęściowy blok japoński, a fani Naruto i spółki należą do osób skłonnych do poświęceń, plus przeniesiono tam kilka sesji i LARP-ów, więc zapewne i temu miejscu okazano trochę miłości.

Drugim wielkim plusem okazało się wykorzystanie budynków konwentowych. Daleki Wschód ulokowano w MDK, wystawców, karciankowców i planszówki upakowano w Centrum Sztuki Współczesnej, erpegi i gry wideo trafiły do Collegium Maius (LARP-y znalazły swe miejsce w piwnicy i fakt ten znajduję wyjątkowo zabawnym), a w Minusie gadano o nauce, literaturze i przeprowadzano konkursy, co mój germański umysł uznał za wyjątkowo uporządkowane rozwiązanie. Poza tym byłem zainteresowany jedynie kilkoma blokami programowymi, więc odpadła konieczność bicia rekordów prędkości, co by dostatecznie szybko pokonać dwie ulice i łącznie sześć pięter. W zasadzie jedynym, co dawało mi się we znaki był bezlitosny dla moich wymęczonych stóp toruński bruk i konieczność stałego zerkania za siebie w czasie marszu wąskimi ulicami, co by nie zawrzeć zbyt bliskiej znajomości z samochodem.

Legowisko

Zestaw
Zestaw małego konwentowicza.

Fakt spania w dużej sali pełnej nieustannie gadających ze sobą ludzi niespecjalnie mi przeszkadza. Zwłaszcza o drugiej nad ranem, gdy po intensywnej integracji z innymi nerdami nawet koncert Rammsteina nie wyrwałby mnie ze snu. Przeszkadza mi za to brak wyraźnie wytyczonych ścieżek między śpiącymi. Co prawda stale zapalone światło pozwalało na skuteczne lawirowanie między ciasno ułożonymi obok siebie zwłokami, zajmującymi niekiedy zdecydowanie zbyt dużo miejsca (materace wielkości jednoosobowych łóżek i takie tam), ale liczba konwentowiczów na metr kwadratowy podłogi wręcz zachęcała do spowodowania małego wypadku. Na przykład nadepnięcia na butelkę albo czyjąś zakopaną w śpiworku głowę. Albo potraktowania kogoś butem za puszczanie relaksacyjnej muzyki o szóstej nad ranem. Z drugiej strony hala sypialna prędko okazała się zbyt mała (stawiałbym, że zapełniono ją w piątek koło 20), żądne snu istoty prędko pozajmowały korytarze i jeśli mnie pamięć nie myli w sobotę uruchomiono również zapasową szkołę, więc może to i lepiej, że nie wytyczono ścisłych miejsc na zrzucenie śpiworka. Za to chętnie poznałbym geniusza, których uznał jeden natrysk i jeden zlew za optymalne wyposażenie męskiej szatni. Tamtejsi uczniowie muszą być mistrzami szybkich pryszniców.

Jadłodajnia

Tegoroczny Pyrkon posiadał katering na miejscu, aczkolwiek jego ceny były w najlepszym wypadku znośne. Copernicon ograniczył się do współpracy z paroma lokalami i naniesienia ich lokalizacji na podręcznej mapce (wydrukowanej zarówno w programie, jak i tabelce atrakcji, co się chwali), ale głodny konwentowicz mógł wywalić ją przez ramię i po prostu ruszyć w teren, bo okolica pękała w szwach od restauracji, pierogarni czy innych kebabo-pizzerii  A że Torunianie najwyraźniej lubią dobrze zjeść, to poranna wizyta w makaronerii wystarczyła mi na (prawie) cały dzień, jak zaś głoszą plotki konkurencja była jeszcze okrutniejsza, serwując posiłki przekraczające możliwości zwykłych śmiertelników. W zasadzie największym problemem okazało się znalezienie zwykłego spożywczaka, co by nie krążyć po konwencie o suchym gardle. Kawa z automatu mnie nie interere, a prelekcje, a co za tym idzie dostawę paliwa, miałem zaplanowane dopiero na sobotni wieczór, więc wicie, rozumicie.

Forma programu

Opatrzony zacną grafiką w klimatach Shadowruna program złożony został dość nietypowo, bo blokowo i według budynków. Tym sposobem przynajmniej jedna znana mi osoba została postawiona przed trudnym zadaniem regularnego przerzucania stron w te i we wte, kląc przy tym na innowatora i wszystkich jego przodków do dwudziestego pokolenia. Sama książeczka wygląda bardzo estetycznie (pomińmy drobne braki w kropkach czy zbędne nawiasy w tytułach atrakcji) i posiada, prócz standardów w rodzaju regulaminu, trzy strony z poradami dla konwentowych świeżaków i opowiadanko Anety Jadowskiej. Tego ostatniego żem jeszcze nie przeczytał, bo nie za bardzo miałem kiedy, ale liczy tylko dwie strony, więc zanim się ruszę to Święta przyjdą. Strzałem w dziesiątkę okazało się połączenie mapy terenu konwentu oraz tabelki programowej i krótkiego poradnika przetrwania na niegościnnej toruńskiej ziemi. Dzięki temu wędrując po mieście nie musiałem trzymać w łapkach ponad stustronicowej cegły, a i erraty nigdzie się nie gubiły.

Z drobnych uwag na przyszłość: przydałoby się oznaczyć toalety, zwłaszcza jeśli ich target różni się w zależności od piętra. Dopisanie „nie ma przejścia” na fragmencie korytarza między bufetem i larpowniami także stanowiłoby miły prezent. Nie obraziłbym się również na jakąś strzałkę wskazującą na wejście do budynków,  zwłaszcza jeśli są z czterech stron otoczony ulicami, a ja mam ledwo dziesięć minut na dotarcie na miejsce, w którym jeszcze nie postanęła moja stopa.

Treść programu

Bober, któremu można zaufać.
Bober, któremu można zaufać.

W ostatnich latach bywałem na konwentach wyładowanych po brzegi atrakcjami (na ciebie paczę, Pyrkonie) i tegoroczny Copernicon nie próbował łamać tej reguły. Nawet wykreślając blok dziecięcy, strefę Magic: The Gathering czy LARPy wciąż miałem do wyboru zbyt wiele interesujących rzeczy, dostępnych od 10 do 23, a nawet i później, specjalnie dla ludzi cierpiących na bezsenność. Znaczy miałbym, gdybym wciąż żył w przeświadczeniu, że konwenty służą głównie chodzeniu na prelekcje (szokująca prawda – nie służą). Nie zmienia to faktu, że było w czym wybierać (weterani konwentowi powiedzą, że nie, ale ich opinia jest dla mnie równie istotna, co ceny śniegu na Karaibach)  i nawet spotkania z osobistościami pokroju Dema nie były w stanie wchłonąć wszystkich konwentowiczów. Pewnie z powodu zbyt małych sal, do czego jeszcze dojdziemy.

Co ciekawe, program, jak przystało na każdy szanujący się konwent, otrzymał erratę. Errata była szokująco gruba, bo liczyła całą jedną stronę i w sporej części składała się z przenosin punktu X do pustej lokacji Y. Czytaj twórcy programu nie dali ciała, tylko orgowie uznali, że sesje nocne wcale nie są takim złym pomysłem. Żeby zaś upewnić się, że wszystko gra, ludzie w czerwieni namiętnie dzwonili bądź wysyłali prelegentom sesemesy z pytaniem, czy aby na pewno stawią się przed ratuszem w samo południe. Ponaglenia prelegenci traktowali jako zło konieczne, ale wydaje mi się, że w większości przyjęli je pozytywnie, jako przejaw troski czy czegoś równie uroczego.

Program w praktyce

Collegium Minus stanowi część uczelni, co każda osoba mająca przynajmniej kilka dni doświadczenia z fabrykami bezrobotnych uzna za potencjalne zagrożenie. Obyło się na szczęście bez powtórki z Pyrkonu, gdzie zainteresowani nazistowską myślą techniczną ludzie gotowi byli bić się o wolne miejsca, ale nie raz i nie dwa widziałem zajęte wszystkie krzesła i kawałek podłogi. Nawet w sobotę o 23, gdy wyczerpany Bober w głębi duszy liczył na skromną frekwencję, ale rzeczywistość miała inne plany. Jasne, ludziom zdarzało się opuszczać dwugodzinne prelekcje, ale robili to ze słowami „chętnie byśmy zostali, ale musimy lecieć”, które uznaję za szczere i tej wersji będę się trzymać. Dziwnym trochę okazał się fakt, że taka Popkultura 1 wystartowała dopiero o 17 w piątek, a Popkultura 2 już dwie godziny wcześniej, lecz cóż, najwyraźniej taka była wola boska.

W kwestii przygotowania twórców programu nie mam wiele do zarzucenia. 5 sposobów aby prowadzić sesję! okazało się nieprzeładowane informacjami, lecz jego słuchaczami okazały się zainteresowane tematem świeżaki, więc nie ma co się czepiać. 42 powody, dla których (nie) warto szykować się na apokalipsę co prawda z samym tematem nie miało wiele wspólnego – przynajmniej nie na pierwszy rzut oka – lecz nie obraziłbym się na przedłużenie jej o godzinkę, ewentualnie osiem. Konkurs wiedzy o grach pod względem poziomu trudności okazał się dość hardkorowy, nawet jeśli pytania wymyślano w locie, a prowadzący wyglądał jak Szatan w przebraniu, jednak piętnaście lat gapienia się w ekran oraz solidna ekipa zrobiły swoje i pozwoliły na wyjście z workiem golda. Z kolei Konkurs Ogólnokreskówkowy sprawił, że przez dwie godziny mocno odmłodzone stadko staruchów wspólnie nuciło czołówkę z Laboratorium Dextera. Co prawda mógłbym się przyczepić do konkursu kucowego, którego organizatorce niestety zbyt szybko skończyły się pytania (liczyła na mniejszą frekwencję, typowy błąd), lecz uczestnicy stanęli na wysokości zadania i ku uciesze widzów zaczęli sobie nawzajem rzucać kłody pod nogi.

Na swoich uczestników też nie mam co narzekać. Jasne, na niedzielny konkurs growy przyszły całe trzy osoby, ale czego ja się spodziewałem o 10 rano ostatniego dnia imprezy? Zresztą podeszliśmy do sprawy na luzie i spędziliśmy dwie godzinki w przyjemnej atmosferze. Poza tym dobrze było usłyszeć w sobotę szczery śmiech osób po raz pierwszy w życiu oglądających Złego Wilka w nazistowskim mundurze, bezskutecznie atakującego bunkier trzech świnek oraz podyskutować z pasjonatami na temat możliwości i wad konstrukcyjnych czołgów o zbyt dużym tonażu i swastyce na przednim pancerzu.

Z rzeczy drobniejszych miałem okazję zagrać w iGranie z Gruzem w towarzystwie Ilony vel Ślimak i doceniam jej wkład w budowanie więzi rodzinnych wśród Polaków oraz obadać zawartość Games Roomu, która w przeciwieństwie do samego Roomu była jak najbardziej zadowalająca. Znaczy fajnie, że przyjechało kilka firm reklamować swoje tytuły, ale jeśli wszystkie stoliki są zajęte, z czego pi razy oko połowa posiada albo karteczki z pięknie napisanymi nazwami bądź wielkie słowo „rezerwacja, bo konkurs”, to organizm zaczyna coś mamrotać o wzroście ciśnienia. Z drugiej jednak strony planszówki są oblegane na każdym konwencie bez wyjątku, więc czego ja wymagam?

Orgi, gżdacze i inne potwory

Boberpierogowy3
Pierogowy bober.

Helper, Igor bądź inne Wsparcie Konwentowe przynoszące zmęczonemu prelegentowi wodę tuż po starcie prelekcji zasługuje na pochwałę. Helper, Igor bądź inne Wsparcie Konwentowe, które robi to jeszcze przed prelekcją powinno zostać bonusowo wytulany. Zwłaszcza jeśli ma poranny dyżur i najchętniej zakopałby się pod stosem koców. Na ludzi w zielonych nie mam więc zamiaru narzekać, bo i nie dali mi ku temu powodów, a nawet zarobili dodatkowe punkty za obdarowanie mnie dużą butelką płynnej dobroci. Dobrą robotę wykonaliście, liczę na powtórkę za rok. Z kolei orgowie mają u mnie zarówno sporego plusa za stalkowanie prelegentów, pilnowanie czasu i dostarczanie konwentowej waluty w odpowiednim momencie, jak i minusa za pominięcie jednego z konkursów bądź dostarczanie niepełnych kwot (możliwe, że nawaliła mennica państwowa, ale co mnie to?). Znaczy ok, to ostatnie tyczy się tylko jednego, żeby nie było wątpliwości. Wiele więcej nie napiszę, bo mój kontakt z ludźmi w czerwieni w większości przypadków ograniczał się do korzystania z tego samego korytarza. To chyba dobrze o nich świadczy?

Albo nie, ponarzekam sobie. Otóż – gdzie był kolejkon? Chcecie mi powiedzieć, że Polcon był w stanie stworzyć kilkugodzinny zator przy wejściu, a Coperniconu nie było stać nawet na poważniejszą awarię sprzętu? I do tego akredytację rozbito między budynki, co by lud konwentowy mógł szybciej skorzystać z atrakcji? Me no gusta i weźcie się ogarnijcie, bo to przecież nie przystoi.

Wesoły był weekend w Toruniu

Nawet bardzo. Co prawda Pyrkon uzmysłowił mi, że trzy wypełnione atrakcjami dni mogą zmienić zdrowego mężczyznę we wrak człowieka, ale to chyba wynikało ze skali. Jasne, w niedzielę wieczorem marzyłem tylko o wyrku, ale z perspektywy poniedziałku nie obraziłbym się na konwent dłuższy o dzień, może dwa... Słów napisałem dużo, ale krytyki niewiele, bo w zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Było wiele atrakcji, zacna miejscówka i ludzie na poziomie, czyli wszystko, czego potrzeba do udanej imprezy. Nie powinno więc dziwić, że tegoroczny Copernicon przyciągnął rekordowe dwa tysiące osób. Było świetnie, dziękuję, widzimy się za rok.