Przejdź do zawartości

Copernicon 2015

Reading Time: 7 minutes

Tegoroczna edycja flagowego konwentu Torunia okazała się być Pyrkonem, tylko bez liczby uczestników odpowiadającej populacji małego miasta. Innymi słowy było bardzo przyjemnie i odświeżająco kameralnie, ale nie obyło się bez problemów różnego kalibru.

Poniższy tekst nie jest standardową relacją z konwentu, bo taką napisałem rok temu i nie chce mi się powtarzać, skoro miejsce to samo, organizatorzy ci sami, bloki programowe (z grubsza) te same i w zasadzie tylko knajpa konwentowa oraz szkoły sypialne inne. Z czego to ostatnie tylko dlatego, że poprzednia nie wyrobiła się z remontem. Miast tego, wzorem tegorocznego Baltikonu, pokrótce opiszę co się udało, a co nie za bardzo. Tego drugiego będzie, na szczęście, sporo mniej, bo ekipa z Torunia nie organizuje konwentów od wczoraj, a nawet gdyby tak było, to i tak miałaby od kogo ściągać.

Co działało

Strona konwentu. Może dlatego, że co roku ta sama, tylko w nieco innej oprawie. Ma program, mapę terenu imprezy i okolic, listę gości i generalnie wszystko, czego przeciętnemu konwentowiczowi do szczęścia potrzeba. Co prawda jej wersji mobilnej przydałoby się trochę miłości (wybaczcie, zboczenie zawodowe), ale hej, nie można mieć wszystkiego.

Informator. Jak co roku ładny i czytelny, z poradami dla początkujących, wyszczególnionymi dyżurami autografowymi i programem dzielonym według sal i bloków. I spisem treści, który w książkach konwentowych liczących 100+ stron, w tym garść reklam, winien się znajdować zawsze. Jeśli zaś ktoś nie potrzebował tego grubasa, to do pełni szczęścia wystarczała tabela programowa wraz z mapami budynków konwentowych i okolic. Po prawdzie dałoby się przetrwać cały konwent tylko z nią, gdyby nie mały szkopuł, o którym później.

Identyfikator. Z przodu miejsce na podpis i cudny rekin albo inny zwierzęcy pirat (arrr!). Ładny, ale standard. Za to z tylu adresy lokali gastronomicznych, klubu konwentowego oraz, co znacznie ważniejsze, telefon do medyków oraz miejsce na numer ICE. Niby nic, ale znacznie większy i starszy Pyrkon tego nie robi, obojętnie czy mówimy o wersji szkolnej, czy targowej. Co powinno być zawstydzające, gdyż podobną praktykę stosuje nawet niedawno reaktywowany, niewielki jeszcze Baltikon.

LokalizacjaSklepy, restauracje, bary mleczne? Z Collegium Maius prosto i na lewo, pięć minut spacerkiem. Sto tysięcy lokali oferujących kofeinę w płynie albo złociste trunki? Patrz wyżej. Zero zabaw z komunikacją miejską. Nawet nie trzeba było zaglądać do mapki okolic konwentu, bo praktycznie co krok znajdowały się lokale gastronomiczne albo sklepy, od Biedronki i Żabki przez lokalne spożywczaki. Ba, trzy kroki na lewo od Maiusa stała pizzeria dla wyjątkowo leniwych. Co prawda konwentowa Makaroneria była regularnie zapchana, co wydłużało czas czekania na posiłek, ale czy to jej wina, że oferuje dobre jedzonko? Ok, jej, ale wiecie, o co mi chodzi.

Szkoły sypialne. W zeszłym roku jedna, w tym dwie, z czego jedna na starówce nieopodal terenu konwentu, a druga kawałek dalej, za to z prysznicem. I malowniczym widokiem na cmentarz. Genialny ruch (odległość, nie bliskość cmentarza, chociaż…), bo do drugiej szkoły mniej ludzi przyszło, przez co w środku zastałem więcej miejsca, a w kontenerze sanitarnym mniej brudu i więcej ciepłej wody. Pobudka o ósmej, pół godzinki porannych rytuałów (opłacało się zgolić łeb) i można było iść na miasto coś wszamać przed pierwszym punktem programu o dziesiątej.

Podział budynków według programu. Cała manga i anime została wysłana do Młodzieżowego Domu Kultury, hala targowa znajdowała się w Centrum Sztuki Współczesnej, LARPy, RPG i inne planszówki zgromadzono w Collegium Maius, a bloki prelekcyjne w Collegium Minus. Ktoś nie cierpiał widoku mangówek i chłopców z kocimi uszkami, a bardzo chciał całe dnie tłuc sesje? Nie ma problemu, mógł cały czas siedzieć w tym samym budynku z okazjonalnymi wypadami na miasto po zaopatrzenie. Poza tym bliskość sal konkursowych, popularno-naukowych i innych komiksowo-literackich skutecznie ograniczała tłok w środku. Znaczy jasne, nierzadko brakowało dla ludzi miejsca, ale zawsze można było przejść do sali obok albo piętro niżej, więc problem rozwiązywał się sam.

Program. Ok, przysypiałem w sobotę, bo miałem za sobą mało snu i długi piątek, ale nie mogłem narzekać na treść. Prelekcje (konkursów w tym roku nie odwiedziłem) były bowiem różne różniste, bo jak nie o superkomputerach albo radzieckim programie kosmicznym, to o zapomnianych filmach superbohaterskich, historii bomby atomowej, seksie w wiekach średnich, wpływie muzyki na mózg albo prawie polskim w kontekście posiadania broni. Jak to zwykle bywa niektórzy prelegenci nie potrafili przemawiać (dykcja i takie tam), a inni mieli wyraźny problem z trzymaniem się tematu, ale większość z nich podołała zadaniu. Plus cieszy mnie, że pierwsze prelekcje startowały o dziesiątej. Dawało to dostatecznie dużo czasu na ogarnięcie się po wieczorno-nocnej integracji.

Woda. Dla prelegentów. I laptopy. I głośniki. I w ogóle (prawie) wszystko, czego do szczęścia było trzeba. Niby standard, ale każdy konwent pamiętający o gardłach biednych mówców, zwłaszcza w tak ciepły weekend jak tamten wrześniowy, zasługuje na szacunek.

Obsługa. Wiem, że to standard – a przynajmniej powinien nim być – ale doceniam, gdy organizator dzwoni albo śle esemesa, że za pół godzinki mam prelekcję i czy będę. Albo że erraty pojawiają się tak szybko, jak to możliwe. Albo że zagadnięty znienacka gżdacz wie, o której otwierają szkołę sypialną. Albo że mogę do organizatora zadzwonić i wyciągnąć od niego hasło do internetów (a przynajmniej potwierdzenie, że powinno być już wbite w system). Jasne, potknięcia się zdarzały i zdarzać będą, ale widać, jeśli są niechcianym produktem ubocznym dobrej organizacji, a nie jej integralną, nadrzędną częścią.

Rozmiar. Duże konwenty i festiwale mają swój urok, lecz tylko na mniejszych można spotkać znajomego za każdym rogiem. A ja lubię spotykać znajomych za każdym rogiem, zwłaszcza tych z dawna nie widzianych bądź mieszkających na drugim końcu kraju, nawet jeśli ograniczymy się do minuty rozmowy i rozejścia się. Co ja poradzę, że takie drobne wydarzenia działają na mnie pozytywnie?

Co należy poprawić

Copernicon 2015. Zdjęcie przedstawiające informator konwentowy z rysunkiem smoka, tabelę programową oraz identyfikator z humanoidalnym rekinem marynarzem
Zestaw małego konwentowicza.

Kolejkon. Bo w tym roku albo go nie było, albo pojawił się tylko na moment i zaraz pojechał dalej. Co to za konwent bez porządnego kolejkonu?

Tabelka programowa. Nie wiem, czy to efekt braku czasu (najpewniej), niekompetencji (wątpię, bo to nie pierwszy toruński konwent) czy zwykłego gapiostwa, ale tegoroczną przygotowano dość niechlujnie. Ok, jeśli w kolumnie godzinowej mamy 12, 12 i 14, to łatwo się zorientować, co jest nie tak, ale dwukrotne wstawienie tego samego punktu programu jeden pod drugim? Co w efekcie zepchnęło pozostałe o dwie godziny, wprowadzając wszystkich uczestników nie korzystających z informatora albo stosownej aplikacji (tam wszystko było ok) w błąd? Nie bolałoby to mnie jakoś szczególnie, bo błędy wykryłem już w piątek i prędko przekazałem, komu trzeba, ale najwięcej bzdur znalazło się w bloku gier wideo i czort wie, jak to wpłynęło na frekwencję na moich punktach programu. Znaczy tych, które miały miejsce o ludzkich godzinach przed niedzielą, bo ostatniego dnia to na mniejszych imprezach różnie bywa.

Przerwy między punktami programu. Jeśli założeniem jest, że prelekcja trwa pięćdziesiąt minut i koniec, to niech będzie to egzekwowane. Ponoć było, ale ja nie doświadczyłem. Zamiast tego niejeden prelegent zerkał na zegarek, stwierdzał, że ma jeszcze dziesięć minut i mówił dalej. Co prawda zdarzało się, że gżdacz u wejścia krzyknął, że wkrótce pora kończyć, ale mało kto zdawał się go zauważać, nie mówiąc o podążaniu za jego sugestiami.

Szkoły sypialne. Ok, to nie jest bezpośrednio wina Coperniconu, ale mało wygodnym było czekanie najpierw na trzynastą na start akredytacji (w mieście byłem przed południem, bo zakładałem, że szybko zgarnę identyfikator i na miasto), potem na trzecią na otwarcie szkoły konwentowej, wreszcie na siódmą, aż sala sypialna zostanie otwarta. Przy czym to ostatnie to też nie do końca, bo wystarczyło rozłożyć się na którymś szerszym korytarzu i problem z głowy. Nawet nie było po co narzekać na hałas, gdyż ten, z racji ograniczonej liczby ludzi, nie dawał się zbytnio we znaki. Tak więc tutaj zmian większych nie trzeba. Ot, miałem potrzebę ponarzekać.

Podział bloków między budynkami. Sensowny, z jednym wszakże wyjątkiem – prelekcje planszówkowe i na temat gier wideo ulokowano nie w Minusie, tylko w Maiusie. Może ma to sens z punktu widzenia fana planszówek, bo zaraz obok na korytarzu znajdował się Games Room (nie byłem, ale zakładam, że nikomu to nie wadziło), ale nie zdziwiłbym się, gdyby te dwa bloki cieszyły się mniejszym powodzeniem od pozostałych właśnie z powodu lokalizacji. Gdy w jednym budynku znajdują się trzy sale literacko-komiksowe, dwie konkursowe, filmowo-serialowa, horrorowa i dwa razy naukowo-popularne, nie widzę za bardzo powodów do odwiedzenia sąsiedniego budynku w celu posłuchania o grach wideo. Przynajmniej mi się nie chciało, póki nie musiałem pójść na moje prelekcje. Narzekam, gdyż 2/3 mojego programu to były właśnie gry wideo, a biorąc pod uwagę, ile osób w niedzielę o pierwszej odwiedzało sale popularno-naukowe podejrzewam, że ulokowanie ich wszystkich w tym samym budynku wyszłoby grom na dobre.

Sprzęt. W sali popularno-naukowej 1, największej na konwencie, doskwierał brak mikrofonu. Zarówno gdy stałem za biurkiem, jak i siedziałem naprzeciw, bo niektórzy prelegenci mieli problem z dykcją albo za słaby głos (czort wie, czy ludzie z tyłu mnie słyszeli, gdy gadałem o powojennej przebudowie Berlina, za co przepraszam). W sali gier wideo z kolei znajdował się laptop, który miast pakietu office miał czytnik plików doc i ppt. Niby nic, bo działał, ale nie odtwarzał filmików. Znowu niby nic, bo pod ręką był internet, ale przynajmniej na trzech prelekcjach w różnych blokach widziałem materiały wideo w prezentacjach. I bądź tu człowieku mądry, jak ci laptop nie chce współpracować, a nie masz filmików ani na YouTube, ani w chmurze, ani na dysku zewnętrznym (albo, jak jedna prelegentka, prezentacji w dobrym formacie). Co jest zabawne, bo ze wszystkich rzeczy, które mogły się w czasie prelekcji wysypać akurat tej nie wziąłem i nigdy nie brałbym pod uwagę.

To w zasadzie tyle, co przychodzi mi do głowy. Konwent na piątkę z dużym plusem i jak czas i środki pozwolą, to za rok również go odwiedzę. Choćby po to, by odpocząć od kapkę zbyt dużego i zdecydowanie zbyt głośnego – zwłaszcza o trzeciej nad ranem – Pyrkonu.