Przejdź do zawartości
Dzisiejszy tekst sponsorują utalentowane koty-pisarze.

Debiutancie, robisz to źle

Czytam pewnego Fantaziaka. O autorze wcześniej nie słyszałem, ale jedną powieść ma już na koncie, więc zapewne liznął nieco pisarskiego rzemiosła. Tytuł nie pozostawiał złudzeń co do typu lektury, ale sama historia okazała się niezgorsza, a momentami nawet zaskakująca, tak że parę pomysłów chętnie podkradłbym do własnych projektów. Tylko co z tego, skoro wszystkie lepsze kawałki przygniecione zostały przez stos rozwiązań wahających się między słabymi i beznadziejnymi? Podręcznikowymi błędami z listy „jak nie pisać powieści, a zwłaszcza fantasy”, które wałkuje się praktycznie co roku na blogach albo w rozmaitych opracowaniach.

Tak więc dziś pogadamy sobie o tym, co takiego pisarz może zrobić, by uczynić swoją potencjalnie dobrą powieść – gdyż powtórzę, ta właśnie przeze mnie czytana miała na to spore szanse – typowym średniakiem, jakich pełno na półkach Empiku. Tytułu, nazwiska i wydawnictwa omawianego dzieła nie podam, bo i nie ma takiej potrzeby, za to przykłady jak najbardziej. Znaczna część wad jest czysto subiektywna, ale mam wrażenie, że nie ja jeden za takowe je uznaję. A i zdaję sobie sprawę z faktu, że debiutancka to jest pierwsza powieść, ale biorąc pod uwagę ilość błędów występujących w drugiej tylko to słowo chce mi przejść przez klawiaturę. No, to jedziemy z tym koksem.

Używaj słów na wskroś współczesnych

Geralt pytający Renfri o jej batystowe majtki niespecjalnie mi przeszkadza. Geralt pytający Renfri o jej faceta wręcz przeciwnie. Tak samo gryzłaby mnie dupa na określenie ślicznej wojowniczki (nie „Geralt, spójrz na tę dupę!”, tylko „niezła dupa z ten Renfri”), ksywka w miejsce pseudonimu, wpierdol wszędzie poza blokowiskiem czy skrót impy na określenie ludzi z imperium. Dlaczego? Bo to słowa skutecznie wybijające mnie z opowieści z akcją osadzoną w entej Nibylandii. Nie, nie dlatego, że się ich w wiekach średnich nie stosowało, bo to dla mnie żaden powód, a Wiedźminland to nie Europa za Jagiellonów, nieistotne czego by na ten temat nie mówiono. Chodzi o zwykłe skojarzenia z osobami i miejscami, które mnie otaczają. Z ludźmi mówiącymi o matce stara, o kobietach laska, o kumplu łysy i tak dalej. Jeśli potężny mag albo szlachta fantaziakowatego kraju mówi podobnym językiem („powinnaś znaleźć sobie nowego faceta”, rzekła starsza księżniczka do młodszej), to mimo usilnych starań nie jestem w stanie potraktować powieści serio, przyzwyczajony do nieco innego, bardziej… wyszukanego? języka.

Przeprowadźcie zresztą mały eksperyment myślowy i nakażcie broniącemu Helmowego Jaru Gimliemu krzyknąć do orków „chodźcie, kutasy złamane, zaraz was wszystkich rozpierdolę!”. Podoba się Wam efekt? U Sapkowskiego taki numer mógłby przejść, ale gdzie autor Narrenturm, a gdzie inni pisarze. Wiedźminland może zawierać kurwich synów i genetykę, gdyż dzięki kunsztowi Asa słowa te pasują do całej reszty. W innym wypadku będą wyglądały zupełnie nie na miejscu. Tak jak użycie słów propaganda (szkoda, że nie goebbelsowska) na określenie siania nieprawdy i granolkoloza dla określenia poważnej choroby. Może jeszcze po łacinie?

Używaj języka gier

tumblr_m34fddPfUD1qgaucwo1_400Autor Fantaziaka wpadł na pomysł, by swoich magów podzielić według możliwości. Zamiast jednak sięgnąć po kręgi wtajemniczenia, stopnie czy inne klimatyczne pomysły, postanowił wprowadzić poziomy. Mamy więc maga przeciwwagi (do tego jeszcze dojdziemy) ósmego poziomu, zwanego pieszczotliwie Ósemką, maga ognia szóstego i jakieś słabiaki na czwartym. Jak w D&D czy którymś komputerowym cRPG, bo takie było moje pierwsze skojarzenie i wiem, że nie będę w nim osamotniony, bo to w obecnych czasach zwyczajnie niemożliwe.

Jak myślicie, dlaczego w połowie powieści fantasy można znaleźć wielkich mistrzów, arcymagów, piromantów, magistrów czy inne wymyślne tytuły? Dokładnie, żeby ich opisy nie brzmiały technicznie, a co za tym idzie nie przypominały pogaduszki na temat mechaniki gry wideo (kto kiedykolwiek w czasie sesji próbował określić potęgę swojej postaci bez uciekania się do liczb, ten wie, o czym mówię). Żeby nadać czarującym nieco należnej władcom czasu i żywiołów powagi, która natychmiast wyparowuje, gdy w miejsce Poważnych Tytułów w ruch idą cyferki. Zwłaszcza, jeśli osoba zdolna wzbudzać u innych moc zwana jest magiem magów. Mówcie co chcecie na temat czarodziciela, to słowo przynajmniej zapada w pamięć i nie brzmi pospolicie, niczym pierwsza myśl, która w czasie pisania wpadła autorowi do głowy i nie dała się wykurzyć.

Co z kolei tłumaczy, dlaczego wiele opisów jest bardzo… metodycznych. Postać ubrała na tors napierśnik, kolana osłoniła nagolennikami, do lewej ręki wzięła tarczę, w prawą miecz i jeszcze oczy wizjerem hełmu zasłoniła, a to wszystko w pojedynczych zdaniach. Albo najpierw wyszła z sali ona, za nią dwójka niewolników, potem matka z dzieckiem, książę bez brody, trzech kucharzy i dwóch magów zerkających ciągle za siebie. Oddział wojskowy nie jest duży, on liczy sto czterdzieści z hakiem osób, w tym dziesięciu łuczników itd. Normalnie jakbym widział przeprowadzaną w całkowitej zgodności z wszystkimi regułami sesję D&D, brakowało tylko spadającego licznika HP.

Pisz dużo o seksie

2ED8Fantastyczne krainy pozbawione elementu seksualności – słabe. Fantastyczne krainy przeładowane seksem, a nie będące miejscem akcji pornoopka – jeszcze gorsze. Czytam oto Fantaziaka, gdzie pierwsza z długiego szeregu postaci kobiecych (narracja jest trzecioosobowa, ale co jakiś czas w życiu głównego bohatera pojawia się nowa pani i to z jej perspektywy przedstawiana jest historia) przez kilka pierwszych stron wspomina swych kochanków. Druga szeroko opisuje swoje nieszczególnie dobre pożycie z brutalnym mężem i ma zdecydowanie zbyt długą rozmowę na temat poszukiwania dobrze wyposażonego zamiennika, przerwaną rozważaniami, że w mieście to tylko rzeźnik wie, jak zadowolić swoją żonę i może lepiej zdać się na siebie (If you know what I mean). Ale to pikuś w porównaniu do pani numer trzy (i jeszcze kilku innych, ale pomińmy je).

Pani numer trzy jest żołnierzem, jedyną kobietą w mieście gdzieś na zadupiu i kochanką z przymusu miejscowego dowódcy. Gdy główny hero przejmuje tę fuchę, nasza bohaterka przez kilkanaście stron myśli o tym, czy zaciągnie ją do łóżka. Inni żołnierze z niej kpią, bo ma ksywkę „siennik”, wiadomo dlaczego. Dowódca ukarał jej kolegę – no tak, ją też to trafi, jak nie da mu tyłka. Dostała promocję oficerską – no tak, pewnie w zamian za seks. Dostała kwatery koło jego sypialni – no tak, żeby miał do niej bliżej. Gdzieś w okolicach czwartej wzmianki mózg zaczął coś przebąkiwać o kominkach oraz podpałkach, by przy ostatnich rozdziałach wywrócić oczyma i machnąć ręką. Co prowadzi nas do…

Często się powtarzaj

writingcatGłówny bohater jest wieśniakiem? Przypominaj o tym co dwie strony. Inni mają go za nieobytego chama? Patrz rada obok. Plan ataku na wrogie miasto wydaje się szaleńczy? Niech wszyscy jego uczestnicy nieustannie łamią ręce nad tym faktem. Obsesję jednej z postaci na punkcie seksu mógłbym wytrzymać, ale nieustane użalanie się brzydkiej niewolnicy na swój przerąbany los albo utyskiwanie mieszczan na jednego gnojka o niewyparzonej gębie grozi połamaniem zaciętej płyty. Jeśli zaś postać koniecznie musi znów zwrócić na coś uwagę, to niech chociaż w ruch pójdą inne słowa, a nie tylko „nieokrzesany prostak”. Doskonale wiem, drogi autorze, że brak mu manier. Potwierdziłeś to w trzech ostatnich rozmowach i szesnastu opisach, chociaż dostępne ci słownictwo wyczerpałeś już przy trzecim. Pewnie dlatego potrafisz użyć tego samego słowa pięć razy w jednym akapicie, cały czas jadąc na zdaniach prostych.

Zresztą jeśli masz się już powtarzać, to pisz o rzeczach nie wynikających z narracji. Twój bohater jest dziwny? Na jakiej podstawie udało ci się wysnuć taki wniosek? Może ostatnich trzech rozdziałów, gdy było to widać jak na dłoni? Jest mistrzem miecza? No nie zaprzeczę, w końcu w pojedynkę położył setkę groźnych przeciwników i wygrał wyjątkowo trudny pojedynek w rekordowym czasie. Ja serio nie mam tak kiepskiej pamięci, żeby mi stale o tym przypominać. Zwłaszcza, że twoja powieść nie jest wcale skomplikowana, a i świat do oryginalnych nie należy, więc mój mózg nie cierpi z racji nadmiaru informacji do ogarnięcia. Może poza nazwami i tytułami, do czego jeszcze dojdziemy.

Nie wyjaśniaj reguł swojego świata

writer-kitty-experiences-difficultiZ jakiej przyczyny kapłanka bogini miłości nie może posiadać dzieci, podczas gdy kapłan tak, o ile zmajstrował je przed zmianą profesji? Dlaczego mogą się ryćkać między sobą, ale ożenek z kimkolwiek odpada? Dlaczego służka bogini miłości po zaciążeniu ma otrzymać talon na usunięcie dziecka i przeniesienie do innej świątyni w pakiecie, ale już ojcu nic się nie dzieje? Bo mężczyźni to dranie, czy też tak ci się uwidziało? Idąc dalej, dlaczego sąsiadujące z Imperium Cesarstwo (tak, to jest tego typu powieść) musi słać sąsiadowi trybut? Czy jest tak słabe militarnie, co zdaje się sugerujesz tu i ówdzie, czy też przyczyna leży całkiem gdzie indziej? Powiadasz, że twoi czarodzieje mogą korzystać ze wzmacniających moc kryształów, ale w jaki sposób się je uzyskuje? Ktoś je tworzy, są wykopywane, czy po prostu leżą na ulicach, chociaż drogie są do przesady? Nie żebym domagał się dwudziestu stron szczegółowych opisów, ale Fantaziak posiada trochę rozwiązań, które aż proszą się o szersze wyjaśnienie. Niech będą nudne jak flaki z olejem, obiecuję wytrzymać, tylko powiedz mi co, jak i dlaczego.

Nie pozwalaj postaciom wyciągać wniosków

funny-pictures-cat-has-writers-blocDrugi rozdział powieści to festiwal idiotów. Oto główny bohater wjeżdża do miasta. Ma magiczną zbroję, dziwny miecz i chwali się, że pokonał kilkudziesięciu przeciwników. Ma nawet czelność rzucać miejscowym wyzwanie, ale że jest wieśniakiem, to nikt nie traktuje go poważnie i każdy czeka na dzień pojedynku, gdy miejscowy mistrz areny pozbawi go głowy i godności. Zresztą pewnie inni walczyli, a on tylko ukradł co się udało i zgrywa twardego. Tego samego dnia główny bohater w pojedynkę pokonuje dziesięciu prawie-że-najlepszych wojaków w mieście, za uzbrojenie mając tylko własne dłonie. Reakcje ludzi? E, to na pewno przypadek, a jego przeciwnicy nie należeli do najmocniejszych. Gość na kilometr śmierdzi niezwykłością, co rozdział dokonuje rzeczy wielkich, wręcz niemożliwych i dopiero gdzieś w połowie książki ludzie zaczynają traktować go poważnie. A i to nie zawsze, co udowodnił dowódca pewnej twierdzy. Chłystek poprzednią zdobył z pomocą garstki ludzi, mieszkańców wziął w niewolę, uciął przebywającej w pobliżu księżniczce dwa paluchy, wreszcie teren wyrównał i solą posypał. I co? I nic, rzekł obrońca twierdzy. Mamy dziesięć razy więcej luda, od metra magów i grube mury, więc na pewno damy mu radę. Jeszcze przodem łuczników puścimy, utłuką go w zasadzce. To przecie tylko gówniarz ze wsi i pal licho, że został wybrany przez bogów (z czym wiąże się pierdylion darów, no bo przecież), na wojaczce na pewno się nie zna. Co można wytrzymać przez jeden, góra dwa rozdziały, ale na dłuższą metę stawia wszystkie postacie w bardzo niekorzystnym świetle.

Nie twórz nowych słów

Freelancing-CatTak jak nie jestem wielkim fanem spisywania wielotomowych słowników wymyślonych języków, tak lubię widzieć w książkach fantasy nowe, stopniowo wprowadzane wraz z narracją pojęcia. Diuna bez baszara sardaukarów, muad’diba i fremenów byłaby zupełnie inną książką, podobnie jak Władca Pierścieni pozbawiony Anduiny, Ereboru i reszty charakterystycznych miejsc, Wiedźmin bez scoia’tael czy Warhammer bez osobnych nazw na każdy wiatr magii. Prawdopodobnie każdy z tych światów poradziłby sobie z bardziej standardowym zestawem słów, lecz część ich uroku zostałaby bezpowrotnie utracona.

Tymczasem czytam sobie ksiunżkę, która posiada magów widzenia na odległość bądź dalekiego widzenia. Nie magów poznania, Ludzi o Szarych Oczach (dzięki nim widzą dalej) czy innych Widzących, tylko magów widzenia na odległość. Zapewne jeszcze zrzeszonych w gildii o stosownie długiej nazwie. To jak pisać o pojeździe samodzielnie się poruszającym w miejsce samochodu, albo czarodzieju specjalizującym się we wskrzeszaniu zmarłych i kontrolowaniu duchów zamiast po prostu nekromancie.

Wiem, że to niewielki problem, ale mając możliwość podglądania ludzi na sąsiednim kontynencie wolałbym nadać moim umiejętnościom jakąś ładną nazwę. Niekoniecznie budzącą grozę, ale nadającą im chociaż odrobinę powagi. Bojowy mag przeciwwagi brzmi znacznie lepiej, podobnie jak mag umysłu. Ale patrzenia na odległość? Bez jaj, brzmi to tak samo pospolicie źle, jak mag magów (osobnik posiadający możliwość wzbudzania u innych mocy, rzadszy od obniżki podatków), mistrz mistrzów (czemu nie wielki mistrz albo arcymistrz?) czy magołucznik. Chociaż nie, magołucznik jeszcze przejdzie, chociaż jest z deka kulawy, w przeciwieństwie do zupełnie sparaliżowanego dalglosu (takie urządzonko do rozmawiania na dalekie odległości). Świat z pospolitymi bądź pospolicie brzmiącymi słowami sam jest pospolity, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

Stwórz nowe słowa, ale nie wyjaśniaj ich znaczenia

catwritingPierwszy rozdział Diuny może świeżego czytelnika wprawić w osłupienie natłokiem nowych pojęć. Prawdopodobnie dlatego Herbert dorzucił do swojego magnum opus całkiem niezły słownik. Problem w tym, że pierwszy tom został wydany w 1965, prawie pół wieku temu, kiedy literaturę tworzono trochę inaczej niż obecnie. Teraz w dobrym tonie jest objaśniać nowe terminy, najlepiej krok po kroczku i najwyżej jeden naraz.

Wiedząc o tym i mając za sobą lekturę prawie całego Fantaziaka wciąż nie wiem, ile to jest kwadra. Przy czym nie mówię o fazach księżyca, tylko jednostce czasu. Nie mam również za cholerę pojęcia, ile to jest mała klepsydra oraz miecz. Znaczy domyślam się, że mała klepsydra może być minutą, kwadra godziną, a miecz miesiącem albo dniem (co jest mylące, bo słowo „dzień” też się pojawia, nawet bardzo często), ale nie mam żadnego na to potwierdzenia. Nie urywam łbów za tworzenie własnego kalendarza, pięciodniowych tygodni i podobnych bajerów, ale czy to tak wiele prosić o proste wyjaśnienie obcych mi rzeczy? Żeby bohater powiedział w którymś momencie „jadłbym przez wszystkie dziesięć dni tygodnia”? To jedno zdanie, może się pojawić byle gdzie, a zdecydowanie poprawiłoby moje zrozumienie tekstu, niemal w każdym innym miejscu uroczo łopatologicznego. Serio, dawno nie spotkałem lektury, która tak chętnie wykładałaby kawę na ławę. Aż gotów jestem wybaczyć Eriksonowi jego irytującą tajemniczość, bo przynajmniej nie traktował mnie jak idioty z problemami z koncentracją.

Używaj opisów i słów w miejsce imion i nazw

lolcatswriterblockDotarłszy do ostatniego rozdziału nie mam zielonego pojęcia jak się nazywa miasto, w którym główny bohater rezydował przez trzy czwarte opowieści. Nie wiem, jak się nazywa stolica Imperium, jak ma na imię Imperator, Wielki Kanclerz czy inne ważne osoby z dworu. Ba! Nie mam pojęcia, jak się nazywa „najpotężniejszy mag w mieście”. Co jest zabawne, bo imię padło ze dwa razy, ale częściej zastępował je „najpotężniejszy mag” właśnie, występujący w towarzystwie „młodszej siostry brata gubernatora”, którego to brata imię chyba w ogóle się do tej pory nie pojawiło. Wioski i miasta są po prostu wioskami i miastami („w naszym mieście”, rzekł bohater i zdanie to uznał za swoje ulubione), ważnych dla fabuły postaci nie idzie zapamiętać inaczej, jak przez ich funkcje, bo opisów wyglądu prawie nie ma i nawet prowincje podzielone są według kierunków świata. „Mistrz pragnął zdobyć tytuł mistrza powiatowego (tak, powiatowego), więc wyzwał na pojedynek innego mistrza, a walka będzie się toczyć w południowej prowincji, w mieście szabli”. Tak mniej więcej wyglądają zdania w tej książce, która średnio co trzydzieści stron kojarzyła mi się z Achają (bezimienny „król Troy” anyone?). To jak wybrać jako miejsce akcji średniowieczną Polskę i stale pisać „możny rycerz z południa królestwa”. Super, czyli skąd dokładnie? Rzuć mi jakąś losową nazwą, zwykły zbitek słów jest od zupełnej niewiedzy! Daj mi chociaż iluzję wrażenia, że powieść toczy się w jakimś konkretnym miejscu, a nie pustce pośrodku niczego!

To wszystko staje się szczególnie irytujące przy scenach grupowych. W sali był gubernator X. Obok niego siedziała jego druga żona, a po prawej lokalny mistrz. Obok niego stał najpotężniejszy mag w mieście, rozmawiający z drugim najpotężniejszym magiem w mieście, słabszym o poziom. Naprzeciw nich stał brat lorda i jego pierwsza śliczna żona. Obok niej druga starsza i nieco brzydsza żona. To już wolę Z zimną krwią Forysia. Tak, autor umieścił tam scenę z przesadnie długimi opisami epizodycznych postaci, ale przynajmniej wiedziałem, kim one są. A tutaj muszę czytać o Mistrzu, co się po nocach spotyka z drugą żoną brata Lorda w swojej rezydencji w mieście, a następnego dnia patrzy na lożę, gdzie siedzi szesnastu szlachciców, w tym jeden gustownie ubrany obok swojego mniej gustownie ubranego kuzyna. Imiona i nazwy jako przywilej, tego jeszcze nie grali.

Powtarzaj fragmenty rozdziałów w kolejnych rozdziałach

Jest w powieści scena nieudanego zamachu, w czasie którego prawie ginie jedna z niewolnic głównego bohatera. Kolejny rozdział otwiera ta sama scena, tylko z perspektywy drugiej kobiety, która akurat miała pecha znaleźć się na miejscu. Tylko zamiast „X została dźgnięta, więc teraz patrzymy na świat oczyma Y”, autor poszedł drogą „X została dźgnięta. Teraz zróbmy powtórkę z dźgania, tylko oczyma Y. Zmarnujemy parę stron, ale kto bogatemu zabroni?”. To ponownie jest drobiazg, na dodatek możliwy do wyłapania przez redaktora, jednak mam wrażenie, że akurat przy tym fantaziaku takowego nie było, nawet jeśli stopka oraz znajdujące się na końcu podziękowania twierdzą coś zupełnie innego.

Popełnij mnóstwo innych błędów

Writer CatTakich jak uczynienie z głównego bohatera niezwyciężonej istoty z fortelem na każdą okazję, opisywanie pojedynków czy walk jako takich z przesadną dokładnością, przerobienie dialogów na wymianę długaśnych, ekspozycyjnych monologów (jakoś trzeba wyjaśnić czytelnikowi, co się działo przez ostatnie minuty, prawda?), wtrącanie zdań w rodzaju „wkrótce miała się o tym przekonać”, służących jedynie jako sztuczny nabijacz liczby znaków, wstawienie do powieści scen toaletowych (czytelnik musi wiedzieć, jak wygląda szalet w twoim świecie i czym się kto podciera) i tak dalej. To z pewnością podbije sprzedaż i zapewni książce miejsce wśród światowych bestsellerów.

Na koniec przyznam się, że przygarnąłem Fantaziaka z ciekawości, w ramach doszkalania się z kiepskiej literatury. Bo biorąc pod uwagę tytuł i wydawcę nie mogła to być dobra literatura, nie było szans. Nie miałem tylko pojęcia, że będzie aż tak zła. Zła, męcząca, wreszcie nijaka. Wielka szkoda, bo widać, że autor ma pomysły. Szkoda, że wykonanie kuleje, by użyć delikatnych słów.

PS: Tytuł podam, jak uporam się z recenzją. Co prawda zakładam, że nikt z Was nie będzie chciał po książkę sięgnąć, ale kto wie, może znajdzie się jakiś desperat.