Przejdź do zawartości
Wszystkie grafiki autorstwa Melaamory.

Dlaczego nie oglądam Gry o Tron

Kilka dni temu najbardziej punktualny Jutuber świata, MrBtongue, opuścił swą pustelnię i wyjaśnił światu, dlaczego uważa Grę o Tron za niezbyt wierną swojemu materiałowi źródłowemu. Jego argumenty pomogły mi zebrać do kupy powody, dla których do dziś nie obejrzałem nawet jednego odcinka serialu i w najbliższych latach raczej tego nie zrobię, a które dla spokoju ducha postanowiłem wreszcie spisać. Dla porządku będzie w punktach, kolejność w miarę przypadkowa.

Overhype

W momencie premiery pierwszego sezonu GoT był po prostu kolejnym serialem. Bardzo obiecującym, bo stworzonym na podstawie znanej serii książek za pieniądze HBO, niemniej wciąż jednym z wielu ubiegających się o czas oraz serca widowni. Wystarczył jeden sezon, by ewoluował on w NadSerial, drugie przyjście The Walking Dead, Futuramy oraz Breaking Bad razem wziętych. W krótkim czasie świeżutki na rynku GoT stał się serialem fantasy – szlag, serialem w ogóle – XXI wieku, idealnie wpasowującym się w gusta publiki oraz nastrój epoki i z hapjem utrzymującym się na absurdalnie wysokim poziomie, nawet jeśli liczne artykuły krytyczne oraz narzekania znajomych sugerowały jego lekki spadek w okolicach sezonów czwartego i piątego.

Bijąca wszelkie rekordy popularność zniechęciła mnie do serialu, gdyż tak działa na mnie większość zbiorowych pop(kulturowych) masturbacji. Wyjątkiem tytuły polecane mi przez zaufane osoby albo należące do cenionych przeze mnie serii, oczywista. Pieśń Lodu i Ognia była przyjemną i nierzadko zaskakującą lekturą, ale do zajęcia stałego miejsca w moim sercu sporo jej zabrakło. Gdy więc pół internetu ogłosiło Grę arcydziełem naszych czasów i Chrystusem (pop)kultury, zwątpiłem. Może miliony much nie mogą się mylić, ale ich nieustanne bzyczenie szybko wytwarza we mnie mechanizmy obronne. Jedna mucha zresztą też wystarczy, o czym miałem okazję przekonać się jakieś osiem lat temu (szlag, jaki ja stary jestem…), gdy po wielu tygodniach głośnych zachwytów nad Two Steps From Hell na sam dźwięk nazwy nabierałem ochoty na ćwiczenia terenowe z siekierą. Jakiś czas później swoją cegiełkę dorzuciła zresztą sama wytwórnia, dla moich uszu grając praktycznie ciągle tę samą, do porzygu nudną Epicką Muzykę, ale była to mniej istotna część równania.

Od tamtego czasu zmieniło się parę rzeczy, w tym moje postrzeganie kwestii hajpu (zapamiętać, napisać ten tekst od nowa), czerpania radochy z (pop)kultury, zbiorowych zachwytów nad czymkolwiek i tak dalej. Wraz ze zmianami częściowo znikła też niechęć do GoTa jako czegoś, co oglądać warto, trzeba, należy, najlepiej dzień przed premierą i w strachu przed spoilerami. Powstałe w ten sposób miejsce zajęły inne argumenty za nieoglądaniem.

Odstępstwa od książki

Gra o Tron tapeta autorstwa Melaamory z trójgłowym smokiem rodu Targaryenów oraz ich zawołaniem Fire and Blood

Nie w tym sensie, o którym właśnie pomyśleliście. Książki podobały mi się w czasie pierwszej lektury kilka lat temu, ale nie jestem do nich w żaden sposób przywiązany, a co za tym idzie nie widzę powodów do ich fanatycznej obrony. Bardziej od zmieniania wątków czy kolejności wydarzeń doskwiera mi odstępstwo od czegoś, co MrBtongue nazwał duchem oryginału.

Widzicie, ja lubię dzieła uznawane za mroczne albo ponure. Lubię dwie pierwsze części serii Myth, lubię Dark Souls i gotów jestem zainwestować tonę pieniędzy w Berserka, chociaż póki co przeczytałem jedynie pierwszy tom. Wymagam tylko, by owa mroczność miała sens i była odpowiednio dozowana. Dlatego preferuję filmy Marvela od tych DC. Trzy najmłodsze filmy z MCU, Age of Ultron, Ant-Man oraz Civil War, umiejętnie łączą momenty ponure z zabawnymi. Trzy najmłodsze filmy od konkurencji, The Dark Knight Rises, Man of Steel oraz Batman v Superman, taplają się w mroku tak intensywnie, że dramat zmienia się w komedię i ten sam przygniatający mrok dostrzegam we wszystkich artykułach na temat GoTa, recapach odcinków, komentarzach i wreszcie fragmentach serialu, na jakie miałem okazję trafić. Ciemne kadry, skrzywione psychicznie postaci, potwory za Murem i w sercach ludzi, zbliżająca się zima przez duże Z, tortury, krew, gwałty, zło i cierpienie. Martin w internetach posiada reputację książkowego mordercy i sadysty, a dyskusje na temat serialu często i gęsto obracają się wokół jego cynizmu, brutalnego realizmu i podobnych, „dojrzałych” motywów, które zdają się podobać publice, ale w tak silnej, skoncentrowanej dawce odrzucają mnie. Nadmiar cycków zresztą też, zwłaszcza że odbieram je jako chamską próbę podbicia słupków oglądalności z pomocą kontrowersji, o czym później. I tak, zdaję sobie sprawę, że w serialu są również momenty zabawniejsze – Dothrakowie parodiujący słynną scenę z Conana na temat najlepszych rzeczy w życiu, kochający kurczaki Sandor Clegane, większość scen z Tyrionem i tak dalej – ale docierają do mnie znacznie rzadziej od tych poważniejszych, malując cały serial w zbyt ciemnych, a przez to zniechęcających barwach.

Co gorsza popularność Gry o Tron przyćmiła Pieśń Lodu i Ognia w praktycznie każdym aspekcie, co spowodowało dominację serialu w umysłach odbiorców, a w efekcie uczyniło jego zawartość bardziej kanoniczną, nadrzędną. To nieistotne, że Żelazny Tron z budzącej grozę i szacunek konstrukcji stał się trochę za dużym krzesłem, co zresztą sam Martin potwierdził. To nieistotne, ponieważ mówiąc o Żelaznym Tronie 99% rozmówców skojarzy ten serialowy, a nie książkowy i tak samo kojarzyć będzie twarze aktorów albo lokacje, aniżeli rozmaite, rozproszone po sieci i oficjalnych wydawnictwach wizje artystyczne. Tyrion serialowy dominuje nad swoimi znacznie brzydszymi braćmi z karcianek oraz planszówek. Identycznie rzecz się miała z Lord of the Rings. Konia z rzędem temu, komu Mordor nie kojarzy się z nadmiarem ostrzy i szpikulców na hełmach oraz brzydkimi jak noc orkami, elementami obecnymi zarówno w filmach, jak i fanowskich grafikach oraz licencjonowanych grach wideo, do Shadow of Mordor z 2014 włącznie. Doszło do tego, że na świecie zdaje się już nie być Pieśni Lodu i Ognia. Jest Gra o Tron serial, Gra o Tron w kilku tomach, które wyszły oraz Gra o Tron w co najmniej dwóch kolejnych, które pewnie nigdy nie wyjdą. To jest błąd popełniany nagminnie przez wszystkich, nawet osoby znające obie wersje dziejów Westeros. Tak było w okolicach premiery sezonu drugiego i prawdopodobnie będzie trwało nawet kilka lat po zakończeniu emisji ostatniego.

Gra o Tron tapeta autorstwa Melaamory z lwem Lannisterów i zawołaniem rodowym Hear me Roar

Męczy mnie to. Po części dlatego, że wciąż nie wyleczyłem się z perfekcjonizmu i fakty się muszą zgadzać, a częściowo z powodu spychania książek na drugi plan i traktowania jako podrzędnych w stosunku do serialu. Serialu, który w pierwszej kolejności jest obliczony na przyciąganie widzów, a dopiero w następnej na tworzenie ciekawej opowieści. Co dotyczy praktycznie wszystkich produkcji telewizyjnych, jasne, ale niektóre przypadki są bardziej bijące po oczach od innych. Gra o Tron nigdy nie była subtelna w kwestii krwi i seksu, ale w porównaniu do konkurencji wyznacza całkiem nowe standardy. Kiedy ostatni raz widzieliście tak długo trwający i głośny gniew z powodu gwałtu poza kadrem albo tuż obok zwłok dziecka, ewentualnie histerię z powodu wesela zamienionego w ludobójstwo? Kiedy ostatni raz duży serwis internetowy oficjalnie postanowił wpisać jakiś serial na swoją czarną listę, a twórcy tegoż serialu gęsto tłumaczyć się ze swoich decyzji? Który inny serial wywołuje tak liczne dyskusje na temat nagości w telewizji albo stanowi bodziec dla statystyk pod tytułem „średnia liczba gołych piersi na odcinek”? Nazwijcie mnie sklerotykiem, ale nie przypominam sobie niczego podobnego i chętnie dowiem się, że nie mam racji.

Znam i rozumiem powody, które zmuszają scenarzystów do pisania licznych scen z kategorią R, jednak ich nadmiar mnie zwyczajnie odrzuca. Jest to zresztą jednym z głównych powodów, dla których prawdopodobnie nigdy nie powtórzę Rzymu. Podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Black Sails stawianie na seks i brutalność traktuję jak wielki transparent z napisem „Oglądaj mnie! Błagam, oglądaj mnie!”, gdy na tymże transparencie powinno być „Mamy zarąbistą historię, ciekawych bohaterów i unikalne spojrzenie na fantastykę!”. To po prostu nie są rzeczy, jakich poszukuję w tego typu produkcjach, nawet jeśli lubię od czasu do czasu zanurzyć się po szyję w krwi albo dostać w twarz potężną dawką fanserwisu. W końcu po co innego oglądałbym anime (Highschool of the Dead, już niedługo…)? Sęk w tym, że fanserwis zazwyczaj jest dla mnie jedynie dodatkiem, elementem obecnym gdzieś w tle, który pojawia się od czasu do czasu i nie przeszkadza w odbiorze reszty. Lubię DOOMa, ale poza krwią zapewnia mi również energetyzującą rozgrywkę. Lubię Kill la Kill, bo poza fanserwisem oferuje akcję, napięcie i zapadające w pamięć postacie. Nie trafiają do mnie produkcje z gatunku ecchi, zwłaszcza w dawkach większych niż minimalna, gdyż poza erotyką zazwyczaj nie oferują niczego więcej. Albo na takie tylko trafiałem, czort wie. Może Gra o Tron również posiada rozbudowaną ofertę, ale obawiam się, że „dorosłe” elementy szybko zaczęłyby dominować. Nie chciałbym znielubić serialu tylko z powodu swoich uprzedzeń.

Długa forma

Gra o Tron tapeta autorstwa Melaamory z jeleniem Baratheonów oraz zawołaniem Ours is the Fury

Praca na etacie, nawet z możliwością wykonywania jej w domu, ma brzydki zwyczaj pożerania jednej trzeciej dnia, co z połączeniu z paroma innymi czynnikami mocno ostatnimi czasy zniechęciło mnie do dłuższych form. Ich konsumowania znaczy się, bo pisanie to inna para kaloszy. 2015 był rokiem filmów, w 2016 obejrzałem ich póki co prawie 20, w tym chyba się parę powtórek trafiło. Od stycznia siedzę głównie w animacjach, anime i innych krótszych formach, jak artykuły albo filmy z YouTube, a od czasu do czasu również książki i komiksy, bo ładnie dzielone na rozdziały. Nawet gry zacząłem przechodzić z zegarkiem w ręku i od etapu do etapu, o ile oferują taką możliwość. Jeden odcinek serialu aktorskiego to godzina. Jeden odcinek animacji to góra 22 minuty, a to wycinek czasu znacznie łatwiejszy do umieszczenia w harmonogramie dnia albo skonsumowania wieczorową porą, gdy poza tym chce się jeszcze zrobić coś pożytecznego. Może całościowo wielosezonowa animacja i serial aktorski pożerają tyle samo czasu, ale łatwiej przyswajam mniejsze kawałki.

Skoro więc w tym roku porzuciłem praktycznie wszystkie seriale aktorskie i chwilowo nic nie zapowiada zmiany w tej kwestii, to i nie mam ochoty sięgać po GoTa. Może gdybym oglądał go regularnie od początku, ale to tylko gdybanie, bo Person of Interest porzuciłem w trzech czwartych przedostatniego sezonu. I tak, sezon liczący tylko 10 odcinków po 50 minut to wciąż dużo, zwłaszcza że mówimy o produkcji niedokończonej. 10 epizodów Gry o Tron to całe Kill la Kill, dwie trzecie Gravity Falls oraz ze trzy krótkometrażówki, a z serii niedokończonych całe dwa sezony Rick and Morty oraz dwa razy One Punch Man. Ostatnimi czasy wolę myśleć kategoriami małymi (kolejne tomy Berserka) oraz zamkniętymi (Batman: TAS). Zmieniła mi się perspektywa na starość, co ja na to poradzę?

Z internetem na bieżąco

O śmierci Neda wiedziałem na długo przez końcem pierwszego sezonu serialu. To samo tyczy się Krwawych Godów, narodzin smoków, bitwy o King’s Landing i śmierci Tywina oraz wielu innych, „szokujących” wydarzeń. Gdybym jednak nie czytał zawczasu książek, to każdorazowa eksplozja internetów wystarczyłaby mi do uzupełnienia braków w wiedzy. Wciąż zresztą wystarcza. Wiem, że John Snow znów żyje, bo Facebook mi powiedział. Znam genezę imienia Hodor, ponieważ widziałem na ten temat dziesiątki ćwierków, memów oraz przynajmniej jeden dłuższy artykuł. Gdzieś po drodze przewinął mi się również przynajmniej jeden gwałt, pięknie pokazana kuśka, kapłanka skrywająca mroczny sekret oraz śmierć septona Meribalda, zaś z jarającą się flotą Stannisa spotykałem się tak często, że znałbym jej genezę nawet w śpiączce i po lobotomii.

Jestem więc z serialem na bieżąco i to nierzadko na drugi dzień po emisji nowego odcinka. Jeśli zaś będę potrzebował dodatkowych szczegółów, to mam od tego recapy, na przykład u jednego znajomego co tydzień na twarzoksiążce. Zerknąć na nie, zerknąć do dyskusji, zadać pytanie albo dwa i wystarczy. Co prawda zawsze umkną mi jakieś detale, ale biorąc pod uwagę jak ciężkim do ogarnięcia burdelem jest fabuła serialu, jak pokawałkowaną ma narrację i jak czort wie gdzie to wszystko zmierza, to z grubsza wychodzi na to samo. Może tracę przy tym jakieś zarąbiste sceny, ale od tego wystarczy YouTube. Może też, wzorem innych, powinienem wybrać kilka postaci i skupić się tylko na nich, ale dla mnie brzmi to jak kiepska zachęta do marnowania czasu na wypełniacze, a ja niezbyt lubię wypełniacze.

Powroty

Gra o Tron tapeta autorstwa Melaamory z symbolem rodu Martellów, włócznią oraz słońcem, oraz zawołaniem Unbowed, Unbent, Unbroken

To jest argument dotyczący po równo książek i serialu, do tego współistniejący w pakiecie z nadmiarem fantastyczności. O ile jednak przejście od „w tym fantasy są co najwyżej smoki”, do „w tym fantasy mamy smoki, umarlaków, żywe cienie, wskrzeszenia i zabawy z czasem!” jestem w stanie z trudem przełknąć, gdyż Pieśń polubiłem za jej mocną niefantaziakowatość, tak wskrzeszanie postaci uznaję za całkowite zaprzeczenie jednej z najważniejszych reguł tej historii. Gdy Ned Stark na końcu Gry o Tron został ścięty mieczem wiadomym się stało, że tutejsi bohaterowie umierają. Krwawe Gody tylko potwierdziły ten fakt, nie mówiąc o pojedynku Gregora z Oberynem, zastrzeleniu lorda Tywina czy zgonie Johna Snow. Swoje do pieca dorzuciły internet i marketing serialu. Gdzie nie spojrzę widzę All Men Must Die, Everybody Dies, zdjęcia książek z zaznaczoną każdą śmiercią postaci, błagania o to, by postać X przetrwała albo komentarze „o, nowa postać. Ciekawe kiedy ją zabiją”. Gra o Tron = bohaterowie umierają.

Gdy więc opowieść tak niecackająca się ze swoją obsadą, tak za to chwalona, nierzadko utożsamiana z dramatycznie wysokim licznikiem trupów, po emisji co bardziej krwawych odcinków zmuszająca ludzi do tworzenia tysięcy memów oraz płaczliwych postów, pozwala niektórym postaciom wrócić, to nie wiem, jak inni, ale ja czuję się oszukany. Nagle GoT przestał być tą wychwalaną na lewo i prawo ultrarealistyczną i łamiącą konwencje historią, gdzie plot armor nie istnieje, a sztylet może trafić w dowolny kręgosłup. Tak jak wszędzie indziej, tak i tutaj mogę przestać się martwić o śmierć postaci. Istnieje w końcu spora szansa, że wróci. Może nie w stanie idealnym, może nie będzie się pojawiała zbyt często, ale wróci. A nawet gdyby nie wróciła, to na typ etapie kolejny zgon raczej nie zrobiłby już na mnie wrażenia. Zbyt dużo trupów padło i zbyt emocjonalne były reakcje internetów, żebym odpowiedział inaczej, niż wzruszeniem ramion. Może przejąłbym się śmiercią Tyriona, Aryi lub Daenerys, każdym z innych powodów, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie ważne, co się stanie, te postacie nie zginą.

To nie są wszystkie powody mojego nieoglądania GoTa, za to na pewno najważniejsze. Tak, są one dość małostkowe, nierzadko wynikają z niewiedzy i pewnie dałoby się je łatwo ominąć, jednak po pięciu latach aktywnego nieoglądania serialu obawiam się, że jest już dla mnie za późno. Gra o Tron mnie zwyczajnie nie jara i nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zaczęła.