Przejdź do zawartości
I jak tu nie zapamiętać nazwiska autora?

Drabina sukcesu

Reading Time: 5 minutes

Na początku hihnt z bloga Historie Przyszłości, w notce na temat stareńkiej gry Phantasmagoria, napisał, że twórcy gier mieli stać się tak samo sławni, jak wielcy reżyserzy i producenci filmowi, ale coś po drodze nie wyszło i tylko niektórzy zyskali status gwiazd. Potem misiael z Mistycyzmu Popkulturowego rozwinął nieco temat, dowodząc, że pierwszy bloger się pomylił, a sławnych twórców gier nie brakuje, na dowód wymieniając kilkanaście nazwisk.

Obaj panowie mają rację. Obaj też się mylą.

Tytuł to podstawa

Ben „Yahtzee” Croshaw, który w serwisie Escapist prowadzi kanał z wideorecenzjami o wiele mówiącym tytule Zero Punctuation zwrócił ostatnimi czasy uwagę na trzy tendencje w nazywaniu gier. Po pierwsze, można w miejsce literek wstawić cyferki, patrz chociażby seria F.E.A.R. albo Thief. Po drugie, często wykorzystuje się podtytuły w rodzaju Revelations albo Revolutions, czyli niewiele mówiące, wielkobrzmiące i pasujące do każdej okazji słowa. Po trzecie wreszcie, pojawiają się tytuły resetowanych (rebootowanych, jak to się ładnie po angielsku mówi) serii, pozbawione cyferek i teoretycznie niepasujących do poprzedników (patrz Devil May Cry, Syndicate, Wolfenstein). Dorzuciłbym jeszcze pozbawione logiki numerowanie kolejnych odsłon danego cyklu (patrz Resident Evil), ale miały być trzy.

Co to ma wspólnego z tematem? Ano to, że Yahtzee nie wskazał – albo wskazał, tylko z jego pozbawionej przerw paplaniny nie szło tego wyciągnąć – na fakt, że w tytułach czasem pada również nazwisko głównego twórcy. Pierwszym takim tytułem, który rzucił mi się w oczy, było Sid Meier’s Alpha Centauri. Gra ma już swoje lata, została bowiem wydana w roku 1999, co w przemyśle rozrywkowym równa się kilku epokom. Czternaście lat, odkąd autor podpisał się pod własnym dziełem w tak widocznym miejscu.

Czternaście? Nope. Wikipedia szybko przekonuje, że jest inaczej. W roku 1987 świat ujrzała gra o piratach, opatrzona jakże oryginalnym tytułem Sid Meier’s Pirates! Od dwudziestu sześciu lat w obiegu jest dostępny produkt, który na okładce miał umieszczone imię i nazwisko twórcy. Co gorsza ten sam artyukuł na Wiki tłumaczy, że ani Pirates!, ani tym bardziej Alpha Centauri to nie są wyjątki. Do dnia dzisiejszego wyszło trzynaście gier o tytułach zaczynających się na Sid Meier’s. Trzynaście, w tym wiele klasyków, takich jak Civilization. Co prawda nie przypominam sobie, by wielu recenzentów, wspominając o takich skarbach, podawało ich pełne tytuły, ale klienci musieli je widzieć. W końcu mówimy o czasach, gdy pudełka były jedyną możliwą formą dystrybucji, a sieci P2P dopiero ukazywały się w snach wizjonerów. I to w ich głowach powinny najmocniej utkwić inicjały gościa, który dostarczył im dziesiątki godzin rozrywki.

Skoro przez ponad ćwierć wieku jeden z najbardziej uznanych w branży game designerów podpisywał się pod własnymi grami, to jak można uznać go za nieznanego? Czy nagle wszystkich odwiedzających sklepy z grami nawiedziła ślepota? Nikt nie czytał opakowań, nie śledził newsów, nie wychwytywał nazwisk podanych przy tytułach? Owszem, tak zwani casuale pewnie nie, ale w momencie premiery Cywilizacji takie pojęcie jeszcze nie istniało i śmiem twierdzić, że grający byli zdecydowanie bardziej zaangażowani niż obecnie. A może chodzi tu o brak większej oprawy, wielkich ceremonii wręczania nagród dla utytułowanych twórców, swoistej gali oscarowej branży video, gdzie designerzy mogliby się zaprezentować i wbić w pamięć graczom? Zresztą Meier nie jest jedyny, bo podobnie do sprawy podchodzi American McGee, patrz cykl o Alicji.

Kończąc ten wątek – King Kong według Petera Jacksona również otrzymał bonusowe dwa słowa do tytułu. Nie wiem, czy w jakikolwiek sposób pomogło to filmowi. Podejrzewam jednak, że większości kinomaniaków nazwisko reżysera kojarzy się bardziej z Władcą Pierścieni oraz Hobbitem.

Studio, nie nazwisko

Zgodziłem się z misiaelem, to teraz czas na przytaknięcie hihntowi. Mianowicie, dla przeciętnego usera nazwisko twórcy nie stało się marką. Stało się nią studio. Z tym, że i ono nie jest na pierwszym miejscu, bo na szczycie łańcucha pokarmowego znajduje się tytuł. To on jest umieszczany w najbardziej widocznym miejscu pudełka, podkreślany, odmieniany przez wszystkie przypadki. Logo firmy jest zawsze mniejsze, stojące nieco z boku. Owszem, znane studia mogą się pochwalić słowami: „Twórcy X i Y prezentują”, ale to wciąż będzie tylko komentarz do tytułu.

Nie ma w tym niczego złego. Gra jest produktem, studio jest producentem. Producent chce zarobić na swoim produkcie i pragnie, by to on był rozpoznawalny. Nie szef ekipy, nie scenarzysta, nie wreszcie firma, tylko produkt. Studio jest na drugim miejscu, grzejąc się w blasku sukcesu swego dzieła. Jest to zdrowe i powszechne podejście. Z literaturą jest bardzo podobnie. Owszem, nazwiska autorów są niekiedy równe tytułowi, ale wydawnictwo zawsze stoi gdzieś z boku. Czasem by dowiedzieć się, kto odpowiada za przeczytany przeze mnie wspaniały kawałek powieści, muszę zerknąć na stronę tytułową, gdyż nigdzie indziej stosownej informacji nie ma.

Trudno powiedzieć, jak wiele osób po podaniu im tytułu gry automatycznie rzuci nazwą studia oraz nazwiskami twórców. Podejrzewam, że im bardziej szczegółowe informacje, tym liczba wiedzących, co w trawie piszczy, spada. Dla mnie to rzecz całkowicie normalna. Z punktu widzenia specjalistów od sprzedaży mam wiedzieć, czym jest Mass Effect i dlaczego jest to dobra gra. To, że przy projekcie siedział niejaki Muzyka jest ważne dla inwestorów, ale dla mnie stanowi tylko ciekawostkę, nie wpływającą na ostateczny zakup. Wszak nawet autorom z dużym dorobkiem zdarza się popełnić niestrawne potworki.

Oczywiście wyjątek stanowią osoby pokroju Notcha, ale to tylko dlatego, że są sobie sterem, żeglarzem, okrętem, twórcą i studiem. W takim przypadku rzeczywiście, być fanem gry i nie znać nazwiska jej autora to trochę wstyd. Identyczna sytuacja w przypadku Dwarf Fortress i dwóch braci Adams.

Gracze niezaangażowani

Przyznam szczerze, że przez długi czas nie wiedziałem, kim jest niejaki Jesper Kyd. Prawdopodobnie wynikało to z faktu niegrania w Hitmany i przygody asasynów w białych ciuszkach. Nazwisko wpadło mi do głowy w czasie przesłuchiwania soundtracków. Trzyliterowe słowo tuż obok nazwy utworu szybko wryło mi się w pamięć i kiedy tylko dostrzegałem je w newsach, od razu przed oczy wyskakiwała mi fotografia Duńczyka, wiszącą tuż obok jego biografii w serwisie Last.fm. W taki właśnie sposób, czystym przypadkiem, każdy gracz może zdobyć dodatkowe informacje na temat ludzi, dzięki którym mogą mordować potwory i bawić się w budowanie zamków.

W tym momencie nie ma znaczenia, czy muzyki słucha casual czy hardkorowiec (tak swoją drogą – strasznie nieostre i krzywdzące określenia), bo podane na tacy nazwisko twórcy prędzej czy później wryje się w pamięć. Pomińmy tu sytuacje, gdy dana osoba nie czyta recenzji, nie przegląda newsów, nie czyta nazw oglądanych filmików. Jak słusznie zauważył Misiael, nawet grający raz na pół roku osobnik będzie wydawał swoje pieniądze ostrożnie, nie chcąc opróżnić portfela na coś niesatysfakcjonującego. Również przy pakietach gier indie po sześć dolców za całość trzeba skorzystać z google, jeśli żaden z tytułów nic klientowi nie mówi. A przy okazji zawsze coś wpadnie – nazwa studia, nazwisko twórcy i tak dalej. To jak z imionami postaci z League of Legends. Wystarczy odpowiednio podpisany motyw przewodni każdej z nich, a bez grania wiem już, kto jest kim.

Sławni nieznani

Misiael ma sporo racji pisząc, że poza paroma nazwiskami, nawet reżyserzy kasowych hitów pozostają dla większości ludzi osobami nieznanymi. Mimo to nawet wśród osób będących w stu procentach konsumentami zawsze znajdzie się ktoś o nieco szerszych horyzontach i głębszej wiedzy. Idąc jednak o krok dalej – potraficie powiedzieć, jakie studio wypuściło krążki Iron Maiden? Jaki marketingowiec stoi za sukcesem Biebera? W jakich galeriach sztuki wystawia się prace Picassa? Podejrzewam, że nie. Musicie? Nie. Wystarczy, że rozpoznajecie szczyt piramidy sukcesu. Niższe piętra to wiedza dla chętnych, obowiązkowa jedynie dla osób inwestujących swoje pieniądze w branżę rozrywkową. Ich powinno interesować, kim jest niejaki Muzyka i dlaczego warto go mieć w swojej ekipie. Pozostali mogą, ale nie muszą.