Przejdź do zawartości
Większość zdobiących ten wpis tapet można znaleźć tutaj.

Dwadzieścia cztery misje agenta 007

Dokonało się. Po ponad trzech tygodniach nocnego oglądania, ziewania zastąpionego przez autentyczne zainteresowanie, bolesnych ciosów w czoło przeplatanych szczerym zachwytem i głupkowatym śmiechem, nucenia pod nosem motywu przewodniego z Goldfingera oraz licznych, a nieudanych prób zapamiętania kolejności filmów tylko po tytułach, udało mi się obejrzeć wszystkie kanoniczne przygody agenta 007. Ponad pięćdziesiąt lat historii kinematografii upakowane w dwudziestu czterech, całkiem dobrze starzejących się filmach. Teoretycznie takich samych, bo korzystających z podobnych, niekiedy identycznych założeń i motywów, jednak w praktyce różnie z tym bywało.

Poniższy wpis zawiera garść spoilerów do wszystkich Bondów, ze Spectre włącznie. Czujcie się ostrzeżeni.

The World Is Not Enough

Cykl Bondowski ma na karku dokładnie pięćdziesiąt trzy lata, więc podchodząc do Dr. No zakładałem, że przynajmniej połowa z wchodzących w jego skład filmów to mocno zestarzałe paździerze, które dziś można oglądać najwyżej jednym okiem i w stanie półsennym. Co prawda miałem okazję poznać trochę horrorów z lat 50 i okolic i zorientować się, że spokojnie poradziłyby sobie w czasach rozbuchanego CGI i dominacji superbohaterów, ale jakoś nie byłem w stanie podejść z tym samym optymizmem do przygód jednoosobowej armii, co to zatłucze setkę wrogów, wysadzi podziemną bazę i ucieknie w stronę zachodzącego słońca z tajnym urządzeniem pod lewą pachą i najseksowniejszą dziewoją w promieniu tysiąca kilometrów pod drugą. Pierwszy film z Connerym zresztą potwierdził moje przypuszczenia, okazując się być nieco zbyt wolną, strasznie naiwną i ostatecznie nudnawą skamieliną. From Russia With Love próbowało mnie przekonać, że nie będzie tak źle i odniosło na tym polu umiarkowany sukces, ale wciąż nie było tym, czego oczekiwałem. Imprezę rozkręcił dopiero Goldfinger. Potem było różnie, ale generalnie znacznie lepiej, niż zakładałem.

Nie wiem, czy nie zabrzmię kontrowersyjnie, ale na moje większość filmów bondowskich całkiem dobrze zniosła próbę czasu. Tak, jest w nich wiele wątków, które (ponoć? Być może?) nie pasują do współczesnego świata i tak, toporność efektów specjalnych czy choreografii walk bije po oczach z siłą Oddjoba, lecz szkielet, na którym są umocowane, wciąż trzyma się świetnie. Głównie dlatego, że motyw superłotra z morderczym ochroniarzem, nieograniczonymi funduszami i złowieszczym planem przejęcia/zniszczenia/wielkiej przebudowy świata nie jest ani nowy, ani przesadnie oryginalny, a co za tym idzie dobrze wszystkim znany. Powiedziałbym nawet, że stanowi jeden z filarów (pop)kultury, gdzie uberzłych przywódców, naukowców i przestępców znaleźć można w każdej szafie. Nie jest przy tym ważne, czy mówimy o złym lordzie Sauronie i dziewięciu uporach Pierścienia, eko-terroryście pragnącym wybić 99% populacji planety, organizujących dożynki Żniwiarzach czy nawet Bestii, co to przyjdzie w Dniu Ostatnim i urządzi największą imprezę w dziejach, bo wszyscy oni w ten czy inny sposób podpadają pod ten schemat. Są groźni i mają niszczycielski, obejmujący cały świat cel, a źródło ich mocy oraz posiadanie – bądź nie – rogów to kwestie drugorzędne.

JamesBond2

Ta sama zresztą reguła tyczy się bohatera, specjalisty od mokrej roboty, samotnie lub z grupką przyjaciół ratującego dzień. MI6 nie rozbiło Spectre, Bond rozbił, tak jak Inkwizytor pokonała demony, Wybraniec wgniótł w ziemię (w morze?) Enklawę, Honor Harrington wygrała beznadziejnie trudną bitwę, Iron Man odparł inwazję kosmitów i tak dalej. Można się oczywiście zżymać, że Shepard i szeregowy agent brytyjskiego wywiadu to kapkę inny kaliber, ale ich cele są na podstawowym poziomie identyczne, a sukces nieunikniony, gdyż są bohaterami przez duże B. Zawsze zwycięzcy, nawet jeśli pod koniec misji uwalani krwią, walczący w imię większego dobra. Tutaj również nie ma znaczenia, czy interesujący nas bohater chowa pod pachą zjednoczoną flotę całego organicznego życia w galaktyce, czy tylko Walthera PPK oraz tubkę wybuchowej pasty do zębów. Ważny jest cel i chęć niesienia innym pomocy.

Bezinteresowna walka o większe dobro jest zresztą jedną z tych rzeczy, które czynią z Bonda Bonda. Wielu widzi w agencie męską fantazję, która umie strzelać, walczyć wręcz, ogrywać innych w karty, rozwali księżycową bazę i kolejne trzy dni spędzi z cudną lesbijką jednym spojrzeniem nawróconą na właściwą seksualność, ale na moje taka interpretacja jest nie dość, że z deka krzywdząca, to przede wszystkim niepełna. Bond jest nie tyle fantazją młodych chłopców – średnio dobrą, bo jednak pozbawioną władzy i bogactwa, posiadanych chociażby przez Conana – co nas wszystkich. To sprawiedliwy, który w chwili kryzysu przyjdzie i wszystko naprawi, nie prosząc o nic w zamian, bo taka jest jego praca. Goldfingera można traktować jako złoczyńcę pragnącego wzbogacić się na kryzysie złota w USA, jak i metaforę problemów ekonomicznych, zaś On Her Majesty’s Secret Service łatwo odczytać jako historię o terroryzmie z użyciem broni biologicznej. Epoka Brosnana, chociaż przeszarżowana w wielu miejscach, oferowała manipulujących potentatów prasowych, wciąż groźne pozostałości po Związku Sowieckim, patrz GoldenEye i początek Tomorrow Never Dies, wreszcie zmilitaryzowaną, agresywną Koreę Północną. Filmy z Craigiem nieco przy tej formule namieszały, ale wciąż zawierają jednoosobową armię, która z drobną pomocą zdolnych towarzyszy daje odpór międzynarodowej organizacji przestępczej. Rozwiąże problemy trapiące ludzi, często zanim staną się problemami. Bond stanowi w takiej sytuacji przypomnienie, że na świecie wciąż istnieją ludzie, którzy nas bronią, bo taka jest ich praca i tyle. To pocieszające, zwłaszcza w dobie różnych kryzysów.

Tomorrow Never Dies

JamesBond3

Bondy to jednak nie tylko metafora – czy raczej zestaw metafor, które nie do każdego zresztą trafią – ale również najdłuższy serial świata. Jego sezony są co prawda krótkie i mocno między sobą rozrzucone, do tego zawierają różną liczbę odcinków – w najbardziej skrajnym przypadku tylko jeden – ale za każdym razem oferują coś nowego. Czasem będzie to inny aktor grający double o seven, co jakiś czas nowy reżyser, niemal co film całkiem inna muzyka, nade wszystko zaś nie do końca identyczna formuła. Bondy to osobny gatunek filmowy wraz z pokaźną grupką bękartów, krewnych i parodii, to prawda, ale w ramach tego gatunku można było eksperymentować i nierzadko to robiono. Skyfall to wciąż świeży przykład niebondowskiego bonda, ale przecie przed nim powstało jeszcze całkiem spokojne, momentami wręcz senne On Her Majesty’s Secret Service, dosłownie i w przenośni kosmiczny Moonraker, nadzwyczaj brutalne i niepokojąco mroczne License to Kill czy pełne akcji GoldenEye. To są cztery filmy wchodzące w skład jednej serii, a diametralnie od siebie różne, gdy mowa o motywie przewodnim, tempie czy złożoności fabuły, że o muzyce nie wspomnę. Dość powiedzieć, że jeden z nich oferuje widzom utwór przewodni bez wokalu, rzecz w Bondach bardzo rzadko spotykana.

Ta międzyfilmowa różnorodność to chyba główny powód, dla którego wciągnąłem się w okolicach Goldfingera, zawsze ciekaw, czym tym razem uraczy mnie następny Bond. W najgorszym wypadku były to urok i dowcip tytułowego agenta, w najlepszym interesujące gadżety albo rozwiązania fabularne, jak siedziba MI6 w na wpół zatopionym statku handlowym, z wystrojem wnętrz dostosowanym do jego mocno skrzywionej pozycji. Nawet, wydawałoby się, kosmetyczna zmiana motywacji głównego złego potrafiła przyciągnąć uwagę, bo co innego efekt nazistowskich eksperymentów pragnący utopić Dolinę Krzemową, a co innego potentat prasowy planujący wywołać międzynarodową wojnę dla wysokich słupków oglądalności. Zwłaszcza jeśli tego pierwszego gra uroczo aryjski Christopher Walken. Tak, zmiany bywały stosunkowo niewielkie, patrz cała seria z Brosnanem, miejscami zaś mikroskopijne, jak między The Spy Who Loved Me oraz Moonraker, niemniej zawsze mogłem liczyć na coś nowego. Na przykład w departamencie scen pościgowych.

W necie nie brak zestawień najlepszych bondowskich pościgów, ale ciekaw jestem, czy ktoś próbował przyjrzeć im się w sposób akademicki bądź pod kątem rzemiosła filmowego, gdyż miałby materiału na długie miesiące pracy. Z pomocą czego agent 007 się nie ścigał! Jak nie samochody, to motorówki, jak nie narty, to para stylowych butów, ciężarówka z łatwopalnym ładunkiem, ewentualnie radziecki czołg pędzący ulicami Petersburga. Z perspektywy czasu wiele z nich może już nie robić takiego wrażenia, jednak wciąż doceniam pomysłowość ludzi, którzy potrafili połączyć stok narciarski wraz ze skocznią, trasą dla bobslejów i kawiarnią, motocykle, broń palną oraz narty w trzymającą w napięciu sekwencję pościgową. W tym samym zresztą filmie – For Your Eyes Only – mamy niezłą scenę wspinaczki na położony wysoko w górach klasztor i niemal nieudaną akcję schwytania szczwanego terrorysty. Po trzydziestu czterech latach wciąż wygląda to bardzo dobrze. Nie tak dobrze jak Skyfall czy Casino Royale, bo możliwości techniczne całkiem inne, ale wystarczająco, by z uwagą obejrzeć, a może nawet się zachwycić.

The Man With The Golden Gun

JamesBond4

Postać agenta 007 to jedna z ikon (pop)kultury, co jest interesujące, gdy weźmie się pod uwagę liczny zestaw prezentowanych przez nią wad. Bond jest przesadnie pewny siebie, nierzadko dążąc do konfrontacji z głównym złym i z pomocą aluzji dając mu do zrozumienia, że wie, co ten zrobił, a czego jako tajny agent powinien raczej unikać. Ciężko mi policzyć ile razy jego ego niemal doprowadziło do zawalenia operacji, a przynajmniej bardzo ją utrudniło. Bond wykazuje nadmierną uprzejmość w stosunku do kobiet trzymających jego stronę, ale nie zawaha się wykorzystać w charakterze tarczy taką, która w ten czy inny sposób go zdradziła. Tłuczenie po twarzy również wchodzi w grę. Pije zdecydowanie zbyt dużo, nie potrafi zadbać o sprzęt używany w czasie misji (utopienie samochodu w Tybrze w Spectre nie jest niczym nowym ani rzadkim w karierze Bonda), bijąc się zawsze musi dokonać mniejszych lub większych zniszczeń i miewa wyraźne problemy ze skupieniem się na zadaniu, gdy w pobliżu kręci się ładna para damskich nóg. W jednym ze starszych filmów (zabijcie mnie, ale nie pamiętam, w którym) jest nawet krótka scena, w której Bond mijając samochód z atrakcyjną panią za kierownicą głośno i stanowczo przypomina sobie, że przecież jest w pracy. Nie bez powodu w GoldenEye M ustawia go do pionu, nazywając reliktem Zimnej Wojny, gdyż Bond przed Craigiem tym właśnie był – produktem, którego gwarancja wygasła wieki temu i gdyby nie to, że wciąż całkiem nieźle wypełnia powierzone mu zadania, dawno trafiłby na śmietnik (historii). A powinien, bo może wtedy biedna Moneypenny znalazłaby sensowniejszy obiekt westchnień.

Tylko że double o seven działa i nie zamierza przestać, nawet jeśli zdarzają się potknięcia albo okoliczności okazują się niesprzyjające. Przed obejrzeniem Casino Royale tłumaczono mi, że nowe Bondy różnią się od starych tym, że agent popełnia błędy. Tylko że to nie jest nic nowego, bo agentowi nie raz i nie dwa zdarzały się ostre wtopy. W The Man With The Golden Gun Bond wpierw pozwala zabić ważnego naukowca, później zaś nie jest w stanie schwytać Scaramangi, któremu udało się porwać jego partnerkę, agentkę Goodnight. W tym samym filmie mamy uroczą scenę w tajnej kwaterze MI6, gdzie zirytowany i jednocześnie zmęczony kolejnymi klęskami M opierdziela za niekompetencję tak 007, jak i Q. Co na to Bond? Ano ma zamiar uwolnić porwaną koleżankę po fachu z wyspy leżącej na chińskich wodach terytorialnych, zaznaczając, że skandalu międzynarodowego nie będzie, bo M oficjalnie o niczym nie wie. Oto agent, który mimo błędów i krwi zalewającej mu oczy wciąż będzie próbował wykonać zadanie i dopnie swego. Najlepszym przykładem końcówka License to Kill, gdzie Bond jest zmęczony, czarny na twarzy od krwi i ognia i najchętniej to by się położył i przespał parę godzin, bo przed chwilą wysadził wrogą bazę i brał udział w morderczym pościgu, ale nie zmienia to faktu, że wykonał powierzone mu zadanie. Może dlatego ludzie wciąż chcą oglądać przygody 007? Bo wiedzą, że mimo przeciwności losu i piętrzących się trudności zawsze mu się uda?

Skoro mówimy o Bondzie, to nie sposób wspomnieć o jego gadżetach, co jest o tyle ciekawe, że podczas maratonu nie znalazłem ich wcale tak dużo, jak głosi stereotyp. Było ich ogółem znacznie więcej, niż w Bondach Craiga, gdzie szczytem możliwości jest radio i pistolet czytający odciski palców, ale wciąż zadziwiająco mało jak na cykl z tego typu zabawkami kojarzony. Dr. No? Z takich sensowniejszych (licznik geigera gadżetem?) mamy samoniszcząca się torbę oraz papierosa z cyjankiem, z czego tej pierwszej nie widać na ekranie, a drugi użyty został nie przez agenta, a szeregowego złolca w celu uniknięcia przesłuchania. Plecak odrzutowy z Thunderball? Użyty raz, jeszcze przed napisami, i porzucony. Wikipedia wymienia mnóstwo gadżetów przewijających się przez wszystkie filmy, ale ile z nich naprawdę zasługuje na ten tytuł? Fałszywy trzeci sutek z The Man With The Golden Gun? Tankowiec, a tak naprawdę mobilna baza z The Spy Who Loved Me? Bo jeśli zrobić ostrą selekcję i wyciągnąć średnią, to co film Bond dysponuje jednym, góra dwoma przedmiotami, które z czystym sumieniem mógłbym nazwać gadżetem. Przynajmniej gdy mówimy o epoce Daltona i starszych, bo Brosnan miał kieszenie wypchane wielofunkcyjnymi urządzeniami i materiałami wybuchowymi. Mam podejrzenie, że mit „Bond bez gadżetów to nie Bond”, którym niektórzy moi znajomi uzasadniają niechęć do filmów z Craigiem, powstał między GoldenEye oraz Die Another Day. W starszych sprzęt do zadań specjalnych też się pojawiał, ale znacznie rzadziej i mniej ostentacyjnie, zmuszając Agenta do kombinowania z tym, co miał pod ręką, miast sięgać po telefon zdolny do otwierania zamków, rażenia prądem i wstrząsania martini.

The Spy Who Loved Me

JamesBond5

Epoka gadżetów kończy się na Bondach Craiga i powiem wam, że trochę martwi mnie hurraoptymistyczne podejście do nich (filmów, nie gadżetów), na jakie nierzadko natrafiam w ponurych otchłaniach Filmwebu albo dowolnego dużego serwisu filmowego. Martwi mnie, ponieważ ocena „ten nowy, realistyczny Bond to jest prawdziwy Bond, a nie te stare głupoty” nie dość, że ignoruje ponad pięćdziesiąt lat historii serii, na którą składa się sporo wciąż dobrze trzymających się filmów, nie dość, że przymyka oczy na niemałą ilość jak najbardziej bondowskich „bzdur” w czterech ostatnich produkcjach, ale trochę za bardzo kojarzy mi się z pozytywnym podejściem do fanowskiego projektu Power/RangersTo, że ludzie chętnie by obejrzeli historię o tłukących kosmitów wojownikach w spandeksie, gdyby dorzucono do niej seks, krew i mrok nie jest dla mnie niczym nowym, ostatecznie Man of Steel oraz batmanowa trylogia Nolana swoje zarobiły, jednak źle mi z tym, że uśmiechnięty Bond z gracją ratujący świat przed szwarccharakterem i jego persem jest dla nich gorszy od ponurego Bonda cierpiącego z powodu śmierci ukochanej. Dlaczego? Bo czyni go to bardziej poważnym i dojrzałym, a przez to wartościowszym? Bo cynizm i ciemne kolory są dla dorosłych, a pastele dla dzieci? Kiedy pozwoliliśmy sobie wmówić coś takiego i dlaczego nikt za to nie oberwał?

Sęk w tym, że Bondy Craiga wcale nie są przesadnie realistyczne czy sensowniejsze od swoich poprzedników, a co widać już na pierwszy, najpóźniej drugi rzut oka. Przecież w czterech ostatnich filmach pojawiły się: międzynarodowa organizacja tak tajna, że o jej istnieniu wiedzą tylko członkowie i podmioty stowarzyszone, z szefem zasiadającym w najciemniejszym miejscu sali obrad; oddział około dwudziestu siepaczy, który ze wsparciem helikoptera i cekaemu nie jest w stanie ubić jednego agenta MI6, jego podstarzałej szefowej i równie niemłodego odźwiernego; ukryta w zegarku bomba całkiem sensownych gabarytów; tortury polegające na grzebaniu w konkretnych obszarach mózgu w celu schrzanienia pamięci i rozpoznawania twarzy; pozbawiony pasażerów pociąg metra użyty jako broń i pułapka jednocześnie; hotel na środku pustyni z niestabilnym systemem zasilającym, które wystarczy szturchnąć, by eksplodowało. Casino Royale ograniczało się jak mogło – chociaż tam mieliśmy motyw tajnego agenta ogrywającego przestępców w kasynie, na co puryści realizmu mocno kręcą nosem – ale już film później w sekwencji początkowej pojawiły się tańczące kobiety z deficytem ubrań, a kochanka bohatera skończyła wysmarowana czymś śmiertelnym, a cennym. Czym różni się ciało oblane naftą od ciała pomalowanego złotą farbą i dlaczego to drugie ma być głupsze od pierwszego?

Nie znaczy to, że Bondów z Craigiem nie lubię. Casino Royale okazało się dużo mniej mroczniackie, a znacznie bardziej bondowskie, niż zakładałem (na przyszłość – nie oglądać trailerów, nie czytać opinii, zawsze sprawdzać samemu), a Skyfall okazało się świetnym Bondem głównie przez niebycie Bondem. Tak się bowiem składa, że cykl o double o seven robił się najlepszy, gdy scenarzyści bawili się formułą. Licence to Kill mocno odstaje od The Living Daylights, ale dzięki temu oba zyskują, stając się dwoma różnymi filmami, a nie jednym i tym samym, tylko z nowym przeciwnikiem i nie mniej nową dziewczyną Bonda. Tymczasem Brosnan grał w czterech z grubsza podobnych filmach, co ostatecznie zadziałało na ich niekorzyść. Mimo swojego akcyjniakowego charakteru GoldenEye po Licence to Kill było odświeżające, Tomorrow Never Dies okazało się kolejną porcją tego samego, a przy Die Another Day zacząłem tęsknić za jakimkolwiek urozmaiceniem. I nie, dawanie złolcom coraz bardziej przegiętych zabawek nie jest urozmaiceniem. To jest też powód, dla którego koniec końców lubię On Her Majesty’s Secret Service, jakże inne od You Only Live Twice. Wszak to ten Bond, w którym agent zyskuje, a później traci żonę. Tragizm, który w starszych przygodach agenta 007 występuje w ilościach skromnych, wręcz niezauważalnych.

Goldfinger

JamesBond6

Bondowska muzyka (jestem leniwa bestia, więc łapcie kompletną playlistę) to temat rzeka, ale również, tuż obok technologii (starczy porównać komputery z A View to Kill oraz GoldenEye – różnica jest kolosalna), doskonały miernik upływającego czasu. Inaczej brzmią bondy lat sześćdziesiątych, inaczej osiemdziesiątych, inaczej te z przełomu wieków. Starczy zerknąć na pierwsze w dziejach Bonda, który otwiera nie tylko słynny motyw przewodni, ale również Three Blind Mice, jeden z najbardziej niebondowskich utworów w historii, przy którym Writing’s On The Wall brzmi jak następca GoldenEye. Jednak już dwa lata później w kinach pojawia się Goldfinger, a wraz z nim rodzi się tradycja. Tradycja bondowskich piosenek, tworzonych specjalnie z myślą o kolejnych filmach, których tekst i muzyka miały określać ton następnych dwóch godzin seansu. Piękna tradycja, ale nie zawsze przestrzegana. Na ten przykład utwór przewodni z On Her Majesty’s Secret Service w ogóle nie posiada wokalu, Thunderball śpiewane jest przez faceta (ach!, Tom Jones, ach!), zaś Live And Let Die to dzieło zespołu, podobnie zresztą jak The World Is Not Enough.

Kobiecy aspekt bondowskich piosenek może wydawać się nieistotny, jeśli jednak przyjrzymy się uważniej historii serii, to wyjdzie na to, że wszystkie najlepiej oceniane bądź najpopularniejsze piosenki towarzyszące przygodom agenta 007 zostały wyśpiewane przez kobiety. Z wyjątkiem Writing’s On The Wall, co do jakiegoś tam stopnia rozumiem, ale nie szanuję. Goldfinger przetarł szlak i chociaż później różnie bywało, to między The Man With The Golden Gun oraz Octopussy mamy dziewięć lat różnicy i aż pięć piosenek z kobiecym wokalem. Potem przerwa dwufilmowa i znowu to samo – od Licence to Kill aż po Die Another Day kolejnych pięć filmów z damskich wokalem. Przy filmach z Craigiem kombinowano z różnorodnością, ale nawet tutaj mamy wynik dwa do czterech, z fenomenalnym Skyfall od Adele na czele. Dorzucamy You Only Live Twice oraz Diamonds Are Forever, pamiętając przy tym o psującym statystykę, bezwokalowym On Her Majesty’s Secret Service i nagle staje się jasne, skąd wzięło się skojarzenie piosenka bondowska = kobiecy śpiew.

Kilka razy już to sygnalizowałem, ale teraz napiszę wprost – nie lubię Writing’s On The Wall. Nie pałam również miłością do For Your Eyes Only, Die Another Day oraz jeszcze paru innych piosenek, które jako samodzielne utwory mogą dawać radę, ale nie jako część filmu o agencie 007. Writing’s On The Wall w połączeniu z cyfrowymi ośmiornicami z czołówki Spectre jest zwyczajnie śmieszne, For Your Eyes Only to romantyczna ballada kiepsko pasująca do treści filmu, a Die Another Day… Powiedzmy, że nie tego spodziewałem się, widząc Koreańczyków torturujących double o seven. I nie, nie kojarzę Bonda jedynie z pieśni pokroju GoldenEye, Goldfingera czy Diamonds Are Forever, ponieważ lubię Live And Let Die, Tomorrow Never Dies oraz potrafię godzinami słuchać The World Is Not Enough, nie mówiąc o Thunderball. Mimo szacunku dla twórców, kombinujących z coraz to innymi gatunkami i wykonawcami, niektóre piosenki zwyczajnie nie działają. Jako samodzielne dzieła, składowa filmów z Bondami, bądź oba.

Diamonds Are Forever

JamesBond7

Przygody agenta 007 oglądałem długo po tym, jak internet żył sprawą Idrisa Elby jako następcy Craiga, co pozwoliło mi na spokojnie sprawdzić, czy teoria o Bondzie jako pseudonimie nadawanym kolejnym agentom, która pozwoliłaby wykazać się w tej roli niebiałym Brytyjczykom, ma rację bytu. Dwadzieścia cztery filmy później twierdzę, że nie i to z kilku powodów.

Przede wszystkim tylko w jednym filmie pojawia się sugestia, że Bond to faktycznie jest pseudonim. Mowa o On Her Majesty’s Secret Service oraz wypowiadanych bezpośrednio do kamery słowach:

This never happened to the other fellow.

Mających w teorii odwoływać się do Connery’ego. Problem w tym, że tenże Connery pojawia się film później, a niepisaną regułą jest traktować kolejne Bondy jako chronologicznie następujące po sobie. Przynajmniej do Casino Royale, bo reboot. Można uprawiać mentalną gimnastykę i argumentować, że stary agent zrobił sobie misję przerwy, wrócił na Diamonds Are Forever i znów zniknął, ale dla mnie brzmi to jak desperacka próba obrony straconych pozycji. Tym bardziej, że agenci posiadają swoje numery, służące jako swego rodzaju pseudonimy. Na co im zatem podwójne pseudonimy? Dla szpanerskiego podwójnego zero?

Problem drugi – przeszłość Bonda. Z On Her Majesty’s Secret Service wiemy, że 007 ma szlacheckie korzenie oraz motto, słynne Świat to za mało. Posiadał również żonę, zabitą przez Blofelda i wspominaną w kilku późniejszych filmach. O ile motto pojawia się bodaj dwa razy na dwadzieścia filmów, tak kwestia martwej żony wypływa częściej, i to niezależnie od aktora grającego Bonda. Czy to możliwe, by trzem różnym agentom, oficjalnie nazywającym się James Bond, zdarzyło się stracić ukochaną w tragicznych okolicznościach? Czy otrzymanie statusu Bonda wymaga przedstawienia aktu zgonu partnerki? Bo potrafię sobie wyobrazić, że to część przybranej tożsamości, ale w takim razie skąd autentyczny ból na twarzy Daltona? I po co bawić się w coś takiego, skoro i tak Bond prędzej czy później ujawni, kim jest?

JamesBond8

Problem trzeci – Moneypenny. Przez dwadzieścia pierwszych Bondów przewinęło się pięciu aktorów wcielających się w rolę 007. Ze wszystkimi Moneypenny flirtowała dokładnie w ten sam sposób, niezależnie od tego, kto ją grał. Ten nigdy nieskonsumowany, ciągnący się latami flirt ma sens tylko w sytuacji, gdy Bond Connery’ego i Brosnana to jedna i ta sama postać. Oraz jeśli przyjmiemy, że pięć pań grających miss Moneypenny również wcielało się w jedną i tę samą postać. Jak bowiem inaczej wyjaśnić scenę z okularami wirtualnej rzeczywistości z Die Another Day, będącą niczym innym, jak ciągiem dalszym dowcipu liczącego prawie pół wieku? Oczywiście możemy też przyjąć, że Moneypenny to po prostu kochliwa istotka, a każdy agent przybierający nazwisko Bond charakteryzuje się zwierzęcym magnetyzmem, ale ciężko mi w to uwierzyć.

Problem czwarty – Q. To przypadek szczególny, gdyż Q przed Benem Whishawem odgrywały tylko dwie osoby, ale jasnym jest, że nie wcielały się w tę samą postać. W Die Another Day John Cleese mówi wprost:

As I learnt from my predecessor, Bond, I never joke about my work.

Przed Die Another Day mamy więc osiemnaście (bez Dr No) filmów z tym samym aktorem wcielającym się w Q oraz pięcioma odgrywającymi Bondów. Q w żadnym momencie nie zwrócił uwagi na to, że Bond wygląda inaczej. Regularnie za to dawał Jamesowi do zrozumienia, że jest dziecinny, jego poczucie humoru go nie bawi i powinien nauczyć się lepiej traktować otrzymywany sprzęt. Na przykład w końcu przywieźć go do bazy w jednym kawałku. Zupełnie jakby traktował go jak jedną i tę samą osobę.

Wreszcie problem piąty – M. Bardzo prosty problem, sprowadzający się do jednej sceny, rozmowy na początku GoldenEye, gdy nowa szefowa MI6 wyjaśnia agentowi, co o nim sądzi. Tego typu scena teoretycznie powinna pojawić się w serii cztery razy – może więcej, jak zaczniemy myśleć nad Diamonds Are Forever – i dotyczyć agenta 007, lecz, ponownie, nie ma jej. Wszyscy wiedzą, że pojawiła się nowa M – pada nawet komentarz, że tym razem jest kobietą i jak Bond się z tym czuje – ale o nowym 007 nawet słowa. Zupełnie jakby nigdy nie było nowego 007.

Bondów Craiga w tym wszystkim nie liczę, bo raz, że są rebootami oddzielonymi grubą kreską od poprzednich dwudziestu filmów – chociaż tak naprawdę to nie do końca, patrz Spectre – a dwa, że i tam jasnym jest, że James Bond to nie pseudonim, tylko imię i nazwisko. A przynajmniej nie znalazłem żadnej sugestii, by ostatnie cztery filmy podchodziły do tej kwestii inaczej.

Casino Royale

JamesBond9

Tak dużo tekstu, a tyle ominiętych kwestii. Gdzie chociaż kilka słów na temat kobiet Bonda? Gdzie jakiś ranking jego przeciwników? Gdzie komentarz o parodystycznym Casino RoyaleAustinie Powersie czy chociażby Kingsman? Gdzie cytaty, lista pitych rzeczy (martini z wódką to nie wszystko), komentarz społeczny czy wreszcie kolejne powody, dla których ludzie wciąż tłumnie idą do kin oglądać przygody trzycyfrowego agenta? Ano nie ma, gdyż jeśli miałbym poruszyć wszystkie kojarzące mi się z Bondami zagadnienia, to zamiast pojedynczego, rozrośniętego wpisu zyskałbym kolejny cykl. Bondy jest bowiem bardzo wdzięcznym materiałem do analizy. Nie dość, że jest go bardzo dużo, to na dodatek można łatwo podzielić go na mniejsze fragmenty. Przyglądać się uważnie pojedynczym filmom, mini-seriom różniącym się głównymi aktorami czy epokom, w którym przyszło im pracować. Inaczej ogląda się Bondy toczące się w trakcie i po Zimnej Wojnie, inaczej do roli podchodzili Connery i Dalton, inne jest natężenie akcji w filmach Brosnana i Craiga, inne podejście do gadżetów, złoczyńców oraz roli kobiecych. Schematy i klisze niby pozostały te same, w końcu filmy bondowskie to praktycznie osobny gatunek, ale łatwo dostrzec ich ewolucję na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat. Spectre jest diametralnie inne niż Dr No, ale na wielu poziomach również bardzo podobne. Ostatecznie oba to filmy bondowskie, które, jak miałem przyjemność się przekonać, w większości starzeją się z gracją.

Dlatego sugeruję dać szansę całej serii, od Dr No aż po Spectre, nawet jeśli nie mieliście okazji lub nie chcieliście wyjść poza Bondy Craiga, bądź też gatunek jako taki w ogóle was nie interesuje. Też tak miałem, póki nie spróbowałem i nie żałuję. Tak, zdarzały się słabsze seanse (Spectre, Die Another Day i tak dalej), ale prawie cztery tygodnie oglądania Bondów ogółem uznaję za udane.