Przejdź do zawartości

TL;DR dla leniwych.

Fabryko Słów, robisz to tragicznie źle

Jak może część z Was wie okazjonalnie piszę recenzje dla serwisu Efantastyka. W ostatnich miesiącach głównie filmów, bo łatwiejsze w konsumpcji, a z wolnym czasem różnie u mnie bywa, ale raz na pół roku przygarnę również książkę lub dwie. Niezbyt dawno temu Fabryka Słów przysłała jedną, pióra wielce lubianej przeze mnie polskiej autorki. Sęk w tym, że książką to bym ich przesyłki nie nazwał.

Na początek krótkie wyjaśnienie dla garstki niezorientowanych. Egzemplarze recenzenckie czegokolwiek działają tak – firma X przekazuje osobie Y knigę, film na DVD, bilet do kina czy grę, a ona ma się z produktem zapoznać i wydać opinię w jakiejś zjadliwej formie. Zazwyczaj szczerą, czasem niekoniecznie, ale to szczegóły i nie wnikamy w nie. Wymiana towaru za usługę najczęściej jest stała, bo książka albo pudełko z filmem zostają u recenzenta w charakterze opłaty za spłodzenie paruset słów albo minut filmiku. O ile jest to w ogóle możliwe, patrz seanse kinowe albo koncerty. Proste? Proste.

Wzbogaceni o nową wiedzę wyobraźcie więc sobie moją reakcję, gdy zamiast pełnoprawnej książki Fabryka przysłała mi coś takiego. Trochę ponad sto stron zadrukowanych obustronnie kartek formatu A4, z formatowaniem godnym Worda, wsadzonych luzem do dużej koperty bąbelkowej. Bez szycia, bindowania czy chociażby lichego spinacza do przytrzymania całości. Okładki oraz strony z technikaliami zresztą też niet, nawet czarno-białych. Na ich miejsce wskoczyła krótka wiadomość od wydawcy, że to wersja robocza, premiera wtedy i wtedy, a tak poza tym to życzymy miłej lektury.

Wbrew pozorom na widok dostarczonego pod zły adres rękopisu redaktorskiego nie byłem zły. No, może trochę, ale głównie zawiedziony. Nie dlatego, że „książka” niedokończona, bo mam na półkach dwie knigi od Fabryki w wersjach beta. Z deczka rozklejające się, z niedomkniętymi składem i korektą, wyblakłymi grafikami i masą pieczątek „to jest wersja prawie gotowa, więc bądź pan tak dobry i przymknij oko na pojedyncze babole”, ale jednak kompletne. W przygotowanie których włożono pewien wysiłek, co staram się liczyć autorom na plus, nawet jeśli efekt nie należy do najlepszych. A tutaj? Nawet lichej ramy dla pozorów, tylko plik kartek wyciągniętych z biurowej drukarki. Punkt ksero na moim uniwerku odwalał lepszą robotę, bo przynajmniej dorzucał spinacz albo dwa.

Ciekawi mnie, jak wiele osób na widok czegoś takiego natychmiast straciłoby ochotę na lekturę (której wygoda stoi pod sporym znakiem zapytania, skoro już przy tym jesteśmy), a co dopiero wydanie uczciwej opinii. Wiem, że nie będę kopał autorki za bucerę wydawnictwa, bo tak się nie robi i koniec tematu, ale nie sądzę, by wszyscy recenzenci kierowali się w życiu podobnymi regułami. I nie dziwię im się, czemu bowiem mieliby, skoro nie zostali potraktowani poważnie, tylko jak przysłowiowi graficy robiący za wpis do CV i portfolio? Jasne, mogę sobie ten wordowski wydruk zbindować i postawić na półce (ciekawe gdzie. Obok podręcznika głównego do drugiej edycji Warhammera, czy ocalałych kserówek ze studiów, bo nigdzie indziej nie pasuje?), ale nie o to w tym całym interesie chodzi. Chyba że nie traktujemy sytuacji jako obustronnej wymiany na równych zasadach, ale w takim razie z czym mamy do czynienia? Pracą zaliczeniową bez szans na wpis w indeksie?

Tak, nie tryskam radością, bo nie mam czternastu lat, by cieszyć się każdą pierdołą sponsorowaną przez większą firmę tylko dlatego, że w rubryce „cena” stoi „0 dowolnej waluty”. Raz, że jestem w tym wieku, gdzie czas poświęcony na czytanie i pisanie recenzji mogę przeznaczyć na pracę, z której wystarczyłoby grosza na kilka książek i paluszki na przegryzkę. Dwa, że nawet w przypadku rzeczy darmowych oczekuję pewnego absolutnego minimum. Nie trafia do mnie argument, żeby brać, co dają i się nie krzywić, nawet jak utytłane w błocie i śmierdzi, gdyż albowiem bez przesady i myślmy o standardach. Trzy, że w momencie, gdy w grę wchodzą terminy, opuszczamy terytorium hobbystyczne. A przynajmniej ja tak robię, bo dla mnie deadline rzecz święta i odróżniająca partacza od profesjonalisty.

No właśnie, terminy. Wielki Cthulhu w R’lyeh, ogarniacie tę kuwetę? Dostałem niezbyt wygodną w użytkowaniu ryzę papieru, z przeczytania której mam się wyspowiadać, a na dodatek zrobić to w określonym – sporym, ale jednak – przedziale czasowym. Czego zignorować nie mogę, bo tekst posłano, wydawnictwo i serwis o wszystkim wiedzą, a ja jestem kapkę zbyt obowiązkowy na udawanie, że nic się nie dzieje. Czy to opłacalne (bo uczciwe tak niezbyt)? Pytam serio, bo dla mnie ani trochę, ale jak znam życie zaraz ktoś uzna mnie za roszczeniowca i tego, tfu tfu, blogera, co tylko wymaga i jęczy, a nic w zamian nie daje bądź stawia za wysokie wymagania biednemu wydawnictwu. Nie mam złudzeń, w końcu jesteśmy w internetach.

Więc tak wygląda sytuacja z mej perspektywy. Książkę kupić i tak kupię, bo chcę mieć co postawić na półce i zbieranie autografów na luźnych kartkach niespecjalnie mnie jara, zaś kserówkę przeczytam i rzetelnie ocenię, gdyż nie widzę powodów, by postąpić inaczej. Plus ja serio lubię tę konkretną autorkę i zwyczajnie ciekawi mnie, co tym razem przygotowała. Nie zmienia to faktu, że czuję się z deka zrobiony w konia przez firmę, po której bym się tego nie spodziewał. Ok, o Fabryce dużo złego się naczytałem, a piętnaście tysięcy wydań niedokończonych cykli (kaszl, Mordimer, kaszl), niedokończone serie albo skakanie z kwiatka na kwiatek to tylko kilka z ich wielu grzechów, ale do tej pory nie miałem powodów do narzekań. Poza tym mówimy nie o jakimś niszowym wydawnictwie za współfinansowaniem, tylko istniejącej od czternastu lat firmie z bogatym doświadczeniem i ofertą wydawniczą, która powinna przynajmniej udawać, że jej zależy. Albo to tylko mój wewnętrzny naiwniak uciekł z klatki.

PS: Wiecie, że zaktualizowałem listę czytanych blogów (i nie tylko)? Bo tak się składa, że zaktualizowałem listę czytanych blogów (i nie tylko). Oraz wrzuciłem prezentację z tegorocznego Pyrkonu w dział „do pobrania”, jakby kto chciał dowiedzieć się czegoś na temat nazistów w grach wideo.