Przejdź do zawartości

Głupiutka legenda

Czyli o 47 Roninach i ich oszukańczym plakacie.

Tekst może zawierać drobne lub średnio poważne spoilery.

Niektóre materiały promocyjne potrafią nieźle namieszać ludziom w głowach, c’nie? Jak trailery trzeciego Iron Mana, reklamujące mroczną historię upadku Żelaznego Człowieka (podpowiedź – wcale nie) albo Frozen, według których ta najlepsza produkcja Disney’a ostatnich lat jest jedynie lekką komedyjką w śniegowych klimatach (podpowiedź – wcale nie). Jednak w porównaniu do nich plakaty zachęcające do obejrzenia 47 Roninów to majstersztyk kłamstwa, mające z samym filmem tyle wspólnego, co ja z profesjonalnymi karciarzami (podpowiedź – bardzo, bardzo niewiele).

Zacznijmy od samej góry. Keanu „Jestem Wybrańcem” Reeves, daleki kuzyn Rasiaka, dla którego poruszenie mięśniami twarzy oznaczałoby wysiłek większy od niezbędnego do obrania tony ziemniaków z pomocą łyżeczki. Wyeksponowanie jego nazwiska tuż ponad tytułem sugeruje dzierżenie tytułu głównego autora, co jest bezedurą straszną, gdyż pozycję tę tak naprawdę zajmuje Hiroyuki Sanada jako Oishi. To on stoi u boku Dobrego Lorda Asano, on najmocniej obrywa po jego śmierci, tracąc tytuł samuraja w pakiecie z honorem i wolnością, wreszcie to on zbiera tytułowych 47 (a dokładniej to 46) dawnych towarzyszy broni w celu dokonania zemsty na mordercy. Stąd tytuł winien brzmieć 47 Roninów plus półkrwi Japończyk Kai dla fabuły ważny, ale nie aż tak.

Tu i ówdzie pojawiają się sarkania na „Japończyków, co to bez Europejczyka daleko nie zajadą”. Co jest prawdą, ale tylko częściową, biorąc pod uwagę rolę Kai(ego?) w całej historii. Raz, że nie ratuje on całego kraju (sugestia większej intrygi i wbicia noża w plecy Szogunowi ogranicza się do jednego zdania dialogu), a jedynie pomaga w odbudowie jego kawałka, a dwa, że nie robi nawet tego. 47 Roninów to historia tytułowych samurajów na bezrobociu i ich walce o odzyskanie honoru. Rodzinna prowincja i owszem, przewija się w tym wszystkim, ale jedynie jako dekoracja. Panowie wojownicy niby tacy czuli na los chłopów, ale ile razy o nich mówią? Może ze dwa, z czego tego drugiego nie jestem pewien. Do tego Kai jest znajdą, potomkiem Anglika i jakiejś japońskiej dziewoi, co trochę psuje balans „bezbronni miejscowi kontra heros zza morza”. Co oznacza, że baty należą się osobie, która na odwrocie ulotki, w streszczeniu fabuły, kreuje Kajego na ostatnią nadzieję roninów. Plaża, proszę…

Mówiąc o morzu i plaży, zerknijmy na prawą i dolną część plakatu. Płonące miasto statków oraz miłośnik tatuaży, Rick Genest, Brygadzista, którego obecność w filmie ograniczyła się do jednego pytania i piętnastu sekund obecności przed kamerą. Rola równie duża, co udział Jenny Jameson w produkcji GTA: Vice City. Na płonące miasto Holendrów (yep, jedyna europejska enklawa w Japonii to poskręcane molo i kilkadziesiąt zacumowanych przy nim okrętów) też nie macie za bardzo co liczyć, chyba, że jeden ledwo rozniecony z pomocą dwóch latarni ogień można nazwać pożarem. I nie, ja też nie wiem, po co wstawiać na plakat tego typu produkcji postać nawet nie epizodyczną, co zwykłego stażystę, dla niepoznaki ucharakteryzowanego na badassa, gdy obok czekało tylu pierwszo i drugoplanowych bohaterów. Nawet towarzysze Oishiego, tacy jak Chikara, Hazama albo Basho, mieli w tym filmie więcej do powiedzenia, nawet jeśli ich występ ograniczył się do kilku zdań w scenie komediowej!

Patrzymy na lewo, gdzie stoi najlepszy z samurajów Złego Lorda Kiry, bo przecież w tego typu opowieści musi się pojawić Zły Lord. Roninowie oparci zostali – a przynajmniej tak twierdzą autorzy – o pewną starą japońską legendę, a cały film stara się trzymać tej konwencji, więc oczywistym jest, że w środku mamy prosty podział na dobro i zło, uczciwego szlachcica noszącego się na czerwono i zdradzieckiego, preferującego fiolety i zieleń, mieszkających, odpowiednio, wśród żyznych równin oraz w ośnieżonym zamku na szczycie góry. To chyba wystarczająco czytelne sygnały? Wracając do samuraja – ma on trochę więcej czasu antenowego od swojego kolegi z drugiej strony plakatu, ale nie posiada osobowości, historii, nawet głupiego imienia. Nie mówiąc o tym, że ginie – bo musi zginąć, pracuje dla bad guya – w sposób… Powiedzmy, że część z Was może poczuć się zawiedziona.

Część środkową okupuje gwiazda filmu, Rinko Kikuchi w roli Wiedźmy (powaga, ona też nie ma imienia) o nad wyraz żywych włosach (pójdziecie do kina, to zrozumiecie, o co chodzi). To jest dopiero fajna postać, bez której Zły Lord Kira (po stroju widać, z która stroną kobita trzyma) nie dałby rady nawet podrapać się po tyłku i nie dziwi mnie, że ustawiono ją w centrum plakatu, biorąc pod uwagę, że głównie to jej akcje napędzają fabułę. Nawet jeśli to nie ona wychodzi z inicjatywą. Do tego ma najlepsze sceny z gatunku „jestem zła i potężna i dobrze mi z tym”, uśmiecha się najczęściej ze wszystkich postaci i między wierszami sugeruje, że trzyma w zanadrzu większy plan. Który nigdy nie wejdzie w życie, because fuck you, szwarccharakter nie może kraść filmu Tym Dobrym.

2/5 plakatu, patrząc od słów „zobacz tę legendę” w górę, nie ma odbicia w filmie. Inne 2/5 ma, ale niezbyt wiele i tylko pozostała 1/5 jest na swoim miejscu. Niezbyt to zachęcające, zwłaszcza w połączeniu z moją pisaniną, prawda? Prawda, o ile myśl o samurajskiej historii kręconej przez Europejczyka (Carl Erik Rinsch. Za czorta nie znam jego narodowości, Wikipedia też nie służy pomocą, więc zasugeruję się imionami) z Keanu „Synem Drwala” Reevesem w roli (pseudo)głównej napawa Was grozą i odrazą. W środku jest sporo długich ujęć, leniwych dialogów, wstawek narratora, gadek o honorze, ukłonów, walk na katany, licznych orszaków, poważnych min, głębokiego mistycyzmu i całej reszty rzeczy, z jakimi przeciętnemu człowiekowi Zachodu kojarzy się Japonia. Zacnie prezentujących się w wybranej przez autorów konwencji, ale strawnej tylko dla osób lubiących takie klimaty. Albo idących do kina z nastawieniem „To będzie głupiutki film. Ładny, ale głupiutki. Jak Pacific Rim„. Ja wiele od 47 Roninów nie wymagałem, zwłaszcza w kwestii fabuły i aktorstwa co poniektórych, dostałem w zamian trochę dobrych rzeczy (stronę wizualną, muzykę, parę niezłych scen, baśniową atmosferę oraz niezgorsze zakończenie) i dzięki temu wyszedłem z kina zadowolony. I o tych dobrych rzeczach mógłbym napisać trochę szerzej, ale to może innym razem, na przykład po powtórnym seansie w domowym zaciszu.

PS: To uczucie, gdy dowiadujesz się, że Rinko Kikuchi grała zarówno w Pacific Rim (yay!) jak i Asaruto gâruzu (doh!).

Chcesz pogadać o filmie? Może tutaj?