Przejdź do zawartości

Gracz, który umrzeć nie chciał

Michał domaga się, bym wreszcie zszedł z płota i zajął jasne stanowisko w sprawie szamba znanego jako GamerGate. Na dodatek podsunął pytanie pomocnicze, co bym nie mógł się wykręcić złożonością zjawiska godną fizyki cząstek elementarnych. Spróbujmy zatem.

Od razu też zaznaczę, że tekst teoretycznie powinno się dać czytać bez znajomości afery, ale przez braki w kontekście może być w paru miejscach nieczytelny. Do tego znajduje się w nim sporo uproszczeń i pomijania „niewygodnych kwestii”, inaczej utonąłbym w dygresjach. Znaczy taki był plan, a pewnie wyszło jak zwykle. Czujcie się ostrzeżeni.

Zadane przez Michała pytanie pomocnicze brzmi:

Czemu kwestia „śmierci gracza” wydaje ci się kontrowersyjna i problematyczna?

Przede wszystkim zawsze unoszę wysoko brew widząc odkrycia z gatunku „koniec ery X” albo „nadchodzi moda na Z”. Natychmiast ciśnie mi się na usta pytanie „kto o tym decyduje i co na to reszta?” Na jakiej podstawie można powiedzieć, że jakaś grupa „umarła”? Po ilości członków? Obecności w mediach? Popularności poglądów? Symbolicznym wydarzeniu, jak odejście założyciela? Pytam, bo żyję w świecie, gdzie masa teoretycznie martwych rzeczy wciąż istnieje i ma się całkiem nieźle. Żyją dawni bogowie w ruchach neopogańskich rodzimowierskich (tak to się odmienia?). Żyją, od lat umierające, papierowe gry RPG, muzyka na winylach, zabite przez telewizję radio (podcasty swoistą jego formą) i zabite przez radio gazety. Żyją ludzie poważnie traktujący Mein Kampf, bądź wierzący, że komunizm jako system społeczny ma szanse wypalić. Niektórym nawet udało się wywalczyć realną władzę. Rozwiązania, idee czy religie, nawet te bardzo stare, przetestowane i odrzucone, nigdy do końca nie umrą, a co dopiero mówić o całkiem młodej, bo liczącej ledwo kilkadziesiąt lat społeczności.

Kwestia istotniejsza – co dokładnie mam rozumieć pod terminem „gracz”? Pytanie może wydać się dziwne, ale po ostatnich kilku latach wczytywania się w dyskusje, gdzie wielokilometrowe komentarze produkowali tak szarzy komcionauci, jak i środowisko akademickie, nie mam pewności, kogo powinienem określać tym terminem. Stereotypowego nerda tłukącego 12 godzin dziennie w World of Warcraft? Pięćdziesięciolatkę pracowicie klikającą w elementy wirtualnej farmy? A może nastolatkę, co to raz w życiu zagrała w wężyka na wysłużonej Nokii? Może powinienem dodać hardcore albo casual, ale wtedy podniosłyby się głosy, że to też zbyt ogólne. Dodajmy do tego niepewność w kwestii terminu „gra”, który zaczął obejmować zarówno strategie czasu rzeczywistego, jak i pozbawione sterowania symulatory wiszącego w powietrzu kawałka skały, a otrzymamy słowo, które nic mi nie mówi. Jest dla mnie jak „feministka” czy „RPG” – teoretycznie wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale jak zacząć rozmawiać, to wizje się rozjeżdżają i trzeba precyzować.

Gamer3Załóżmy jednak, że chodzi o tak zwanego stereotypowego gracza, co zresztą sugerują poświęcone zagadnieniu artykuły. Znów problem – kogo dokładnie? Gugiel mi podpowiada, że mowa o otyłych, nie dbających o siebie, społecznie niedysponowanych, skupionych tylko na graniu okularnikach, patrz odcinek South Parku poświęcony World of Warcraft. Manchilds w mowie anglosaskiej. Sensowne? E-e. Wchodzimy na Gamesradar i nagle się okazuje, że stereotypów jest kilka. Dobranych subiektywnie przez autora, ale podkreślających fakt istnienia sporego zestawu, a nie jednego konkretnego modelu. Starczy spytać jaki jest sprzęt stereotypowego gracza i już rodzi się problem, bo jedni powiedzą Xbox (by tłuc w Halo), inni, ze PC (bo #MasterRace), a reszta, że Wii (wstrętni każuale!). Co do wagi też nie ma pewności, bo kochający Call of Duty i Doritos dudebro to raczej o siebie dba, a wiekowo toksyczni mogą być zarówno trzydziestolatkowie, jak i czternastolatki z nadmiarem dostępu do internetów.

Artykuł, od którego wszystko się zaczęło, ‚Gamers’ don’t have to be your audience. ‚Gamers’ are over pióra Leigh Alexander, na szczęście zawiera krótką charakterystykę gracza:

These obtuse shitslingers, these wailing hyper-consumers, these childish internet-arguers — they are not my audience.

Dodać do tego trzeba jeszcze kilka rozrzuconych po tekście informacji – że mowa o facetach, mieszkańcach piwnic, w kontaktach z innymi ludźmi wykazującymi ogarnięcie rozwielitki i jeszcze kilka. Ogółem krzywdzący stereotyp, z którym prasa i sami gracze walczą od dziesiątek lat, by od przedstawicielki swojego środowiska dowiedzieć się, że jest prawdziwy. Powolne oklaski.

Widzicie, ja nie traktuję „śmierci gracza” jako sprawy problematycznej, bo nie sądzę, by w jakimkolwiek momencie rozwoju medium większość jego uczestników stanowiły wyrzutki społeczne nieogarniające idei łazienki. Stereotypy nie powstają na bazie ogółu grupy czy medium, tylko jej najbardziej odstających i działających na wyobraźnię przedstawicieli. Stąd anime to tylko cycki i tentakle, Rosjanie wódka i słowiański przykuc, a nerdy pryszcze, okulary i kalkulator w kieszonce koszuli. Dodajmy do tego speców od marketingu i problemy we współczesnej komunikacji i bum, nieszczęście gotowe. Problematyczna jest dla mnie metoda, czyli zebranie negatywów (bo pozytywów być nie może, żadnych), zbudowanie z nich chochoła, opisanie go bardzo nieostrym terminem i twierdzenie, że trzeba go spalić (chochoła, nie termin, chociaż…), bo wtedy życie stanie się lepsze i tęcza dla wszystkich. Bo to dokładnie jak z ostatnią akcją Amnesty International dotyczącą przemocy domowej, gdzie co prawda nikt nie mówi, że mężczyźni to potwory, ale plakat zdaje się twierdzić co innego.

Gamer5Nie dziwi mnie argument, że autorka „zdradziła” swoją publikę. Zrobiła bowiem dokładnie to samo, co prasa czy telewizja, które przez lata nie zmieniły swojego negatywnego stanowiska w sprawie gier wideo. Co jeszcze nie byłoby złe, wszak nie chodzi o klepanie się po pleckach i inne, mniej wyszukane czynności, ale użyła kłopotliwego słowa. W tytule stoi gamers are dead over [1], ale tak się składa, że gamer używane jest przez masę osób, traktujących je nie jako stygmat, ale ważny, pozytywny składnik tożsamości. To jak napisać artykuł Geje są martwi i tłumaczyć, że chodzi o kinowy wizerunek wymuskanego chłopczyka. Potem zdziwienie, że tekst został „źle odebrany” i przepełnione wyższością komentarze „uderz w stół…”, bo przecież negatywna reakcja dowodem, że mamy rację. A takowa musiała się pojawić, bo w naszych słownikach nie figuruje good gamer oraz bad gamer, tylko po prostu gamer. Słowo dla wielu ludzi cenne, nie dla każdego będące obelgą, a tutaj użyte tylko i wyłącznie w negatywnym kontekście. Stąd zdziwienie, a potem i frustracja.

„Śmierć gracza” jest zresztą dla mnie jedynie fragmentem większego zjawiska, jakim jest krytykowanie publiki z ideologicznych wyżyn. Te wszystkie argumenta „tylko seksiści lubią Bayonettę„, które mają udowodnić, że jestem złym człowiekiem i powinienem przemyśleć swoje życie. Krytykowanie bardzo surowe i nierzadko niesprawiedliwe, a uskuteczniane przez osoby w tej branży siedzące. Tłumaczące takiemu przeciętnemu graczowi, co to chciał sobie pograć w Halo po sieci, że jest zacofaną zakałą ludzkości i powinien spalić się ze wstydu, bo nie walczy o parytety i postacie gejowskieCoś głęboko we mnie sprzeciwia się takiemu traktowaniu odbiorców, tej bliżej niesprecyzowanej, olbrzymiej grupy, której jedynym grzechem jest lubienie czegoś, co ktoś inny, mający kolumnę w dużym serwisie oraz nadane sobie moralne prawo do oceniania innych, uznaje za problematyczne. Nie jara mnie podejście skrajnie krytyczne, które obserwuję ostatnimi czasy w branży, gdzie trzeba każdy podejrzany element prześwietlić i skrytykować, a na koniec dowalić czytelnikom za głupotę i niedostrzeganie ważkich problemów. Ale ja preferuję przykłady pozytywne, więc jestem w mniejszości.

Celowanie w graczy martwi mnie również na poziomie – nazwijmy go – edukacyjnym. Rozmaite grupy fanów czy społeczności zawsze będą miały swój mniej przyjazny albo odpychający procent, epatujący negatywnym nastawieniem albo zachowaniami. To normalne, czarne owce są wszędzie, tak działa statystyka. Problem dla mnie pojawia się w momencie, gdy zamiast wskazywać na zjawiska wskazuje się na ludzi (rzekł gryzoń śmiejący się z korwinistów). Zwłaszcza jeśli ci ludzie nie są politycznymi aktywistami czy przestępcami, tylko konsumentami z odchyłami w „niewłaściwym kierunku”, na przykład widzami lubiącymi wydawać pieniądze na kolejne seanse Transformers. Jedna rzecz pokazać palcem neonazistę i wyrzucić mu antysemityzm, a inna fana Bayonetty lub starej Lary i wyrzucać mu uprzedmiotowianie kobiet. Najlepiej z komentarzem, że pewnie gra tylko jedną ręką, szaleńczo się przy tym śliniąc.

Gamer1Wszystko to powoduje wzrost antagonizmów i tworzenie niepotrzebnych podziałów „my i oni”, gdzie „my” to zawsze ci lepsi, a „oni” to brudasy i krew niemowląt im z kłów ścieka. Stąd tylko krok do uznania, że jedyną opcją na poprawę sytuacji jest wykopanie tych, co to psują reszcie opinię. Bo wskazując palcem przestajemy rozmawiać o tym, co nam nie pasuje, tylko o tym, kto nam nie pasuje, tworząc mało zdrowy klimat do dyskusji. Jeśli na dodatek robimy to przy użyciu płynnych terminów, które dla olbrzymiej grupy ludzi mają znaczenie, to otrzymujemy ładny fundament pod kolejne spory i wewnętrzne wojenki. W ten sposób nie da się przekonać nikogo do niczego. Konia z rzędem, kto sprowadził neonazistę na dobrą drogę przez obrzucanie go gównem.

Nie zapominajmy również, że gracze – ci bardziej zapaleni, ale telewizji raczej nie robi to różnicy – wciąż traktowani są jak odchyleńcy i chłopcy do bicia. Fakt, że teraz biciem zajmują się osoby z własnego środowiska, robiące ze swoich czytelników mizoginów, seksistów, rasistów, homofobów i co tam jeszcze chcecie, nie ma szans na powszechny aplauz. Nie w momencie, gdy w sieci można znaleźć takie rzeczy. Mówi się, że GG jest bleh, bo przemoc słowna i groźby. Patrzę na drugą stronę, tę od „śmierci gracza” i widzę to samo. Nie jestem w stanie wspierać grupy, która uznaje się za moralnie lepszą i nawołuje do otwarcia się, empatii i innych ładnych słów, a stosuje te same niskie zagrywki, co ich oponenci. Nie interesuje mnie przy tym licytacja, kto komu pierwszy więcej gróźb wysłał i kto ile razy musiał z domu uciekać. W przypadku debat ideologiczno-społecznych to dla mnie żaden argument, a wręcz próba zatuszowania faktu, że obie strony nie są tak święte, jakby chciały być.

I nie, groźby gwałtów albo śmierci też mnie nie rajcują. Nie widzę jednak powodu, by miały rzutować na opinię o całej grupie, patrz association fallacy. To zresztą główny powód, dla którego wolę stać z boku i słuchać obu stron. W ten sposób najlepiej dostrzec i zrozumieć ich racje bez potrzeby tłumaczenia się z działań pozostałych. Co jest zresztą niemożliwe, bo dlaczego mam się tłumaczyć za dziadka w Wehrmachcie?

Tak więc nie widzę niczego kontrowersyjnego w „śmierci gracza”. Głównie dlatego, że ów „gracz” to jedynie zlepek stereotypowych, negatywnych cech, niesprawiedliwie rozciągniętych na znacznie większą grupę ludzi. Problematyczny jest za to dla mnie sposób tej śmierci, demonizowanie drugiej strony i udawanie, że tak trzeba, bo postęp, empatia i powszechna miłość. Że przy okazji oberwie się niewinnym zdaje się nikogo nie interesować.

PS: Powyższy tekst powstał jako odpowiedź na pytanie. Pewnie niepełna, ale chwilowo na tyle mnie stać. Nie zmienia to faktu, że gównoburza znana jako GG mnie męczy i w dyskusjach na jej temat tu bądź na Twarzoksiążce nie będę uczestniczył. Zostawiam sobie za to prawo do kasowania niepotrzebnie agresywnych komciów, o ile znajdą się chętni do rozmowy desperaci.

PS 2: Minął dzień, minęła noc. Po wyspaniu się stwierdzam, że podyskutować jednak mogę, ale nie zdziwcie się, jeśli w którymś momencie spasuję. GG to wysokopoziomowy wampir energetyczny.

[1] Mała poprawka. Skreśliłem, bo słusznie wskazano, że tytuł brzmi inaczej. Pokręciło mi się z pytaniem pomocniczym.