Przejdź do zawartości

Gracze, którzy boją się kobiet?

Reading Time: 11 minutes
Sexism
Grafika wzięta stąd.

Czyli dlaczego seksizm w fandomie długo jeszcze będzie problemem słów kilka tysięcy.

Dzisiejsza notka nie jest tak do końca polemiką, co sugerują tagi. Prędzej uzupełnieniem tekstu Louvette z Altergrania o graczach, którzy nienawidzą kobiet. Tak się bowiem składa, że w ostatnich latach hurtowo pojawiających się tekstach na temat seksizmu w branży (niektórych wyjątkowo słabych, innych wartych przeczytania) zauważyłem tendencję do wskazywania problemu oraz domagania się jego naprawy, ale jakoś mało kto pozwala sobie na spojrzenie w stronę korzeni. Co jest dla mnie o tyle dziwne, że bez poznania przyczyn ciężko dyskutować nad skutkami i metodami leczenia. Louvette napisała parę słów na ten temat, ale w moim odczuciu wciąż zbyt mało.

Powód drugi jest taki, że według niektórych komentatorów jako biały, heteroseksualny mężczyzna nie mam prawa dyskutować na temat seksizmu w graczowskim fandomie, gdyż mnie nie dotyczy. Może poza byciem jednym z tysięcy sprawców, co stawia mnie na jeszcze bardziej przegranej pozycji. Skoro więc nie mogę mówić o tym, co się dzieje i jak temu przeciwdziałać, to napiszę, dlaczego się dzieje (oraz podsunę propozycje zmian, bo nie uznaję zakazu). W końcu kto może wiedzieć o tym lepiej, jak nie przedstawiciel grupy wskazywanej jako pierwsza praprzyczyna?

Ostrzegam, niżej znajduje się trochę uproszczeń, co jest zupełnie naturalne przy braniu się za tak obszerny i niejednoznaczny temat. Osoby mające na nie uczulenie proszone są o opuszczenie sali. Już? To jedziemy z koksem.

Na początku był chaos…

Gracze komputerowi i konsolowi na samym początku stanowili głównie męską grupę. Tak brzmiałoby zapewne pierwsze zdanie poświęcone historii zagadnienia, jeno problem polega na tym, że należałoby przy nim postawić wielką gwiazdkę, a w przypisie wyjaśnić, że przed „głównie” winno stać jeszcze „chyba”. Spokojnie można znaleźć przykłady kobiet nawalających na automatach i tulących do piersi Pegasusa w czasach, gdy Nintendo wmurowało Mario w charakterze kamienia węgielnego firmy. Podejrzewam, że gdyby moim rodzicom jako drugie dziecko wyszła córka, a nie syn, to z hipotetyczną siostrą pewnie tłukłbym w Mortala z taką samą radochą, jak czyniłem to z bratem. Najprawdopodobniej, bo faktem jest, że w mojej okolicy w czasach młodości nie było grających dziewczyn. Albo na takowe nie trafiłem, co też może stanowić część obecnego problemu.

Co z tego akapitu wyżej wynika? Przede wszystkim nie jesteśmy w stanie określić, jak wiele kobiet od samego początku istnienia medium grało i co gorsza, prawdopodobnie wtedy mało kogo to interesowało. Mamy tu podobny casus, co z erpegowcami. D&D dość szybko zaczęło być traktowane, a w pewien sposób także kreowane, jako rozrywka dla nerdów, co ładnie punktuje chociażby Card Hunter (z drugiej strony patrz też pewna stara reklama i komentarz właściciela bloga. Żartobliwy, ale celnie punktujący pewne związane z problemem klisze). Nerdy to obowiązkowo grube, pryszczate okularniki bez szans na znalezienie dziewczyny (no bo grube i w okularach), siedzące w piwnicy i ubijające smoki w blasku świec. Dorzućmy do tego chociażby prace Borysa Vallejo, Chainmail Bikini (Achtung! TV Troppen!) czy te wszystkie tulące się do Conana dziouchy (Czerwona Sonja, co ciekawe, na początku była nieco bardziej przysłonięta), a uzyskamy obraz środowiska fantastów, które wpierw zignorowało, a potem odcięło się od płci pięknej (co jest małym paradoksem, biorąc pod uwagę chociażby twórczość Ursuli Le Guin), nawet jeśli jego szeregi w sporej części składały się z kobiet. Do tego odcięło się prawdopodobnie zupełnie bezrefleksyjnie, bo jeśli w pewnym momencie ktoś podniósłby ręce i krzyknął „Ludzie, co my robimy?”, to dzisiejsze problemy może i by istniały, ale w mniejszym wymiarze.

Przenieśmy teraz to na grunt gier video. Te z fantasy zaczerpnięto wojowniczki w seksownych strojach, patrz chociażby Golden Axe. To między innymi stamtąd mamy motyw dam w opałach (of course sam w sobie istniejący dużo wcześniej), uwięzionych w głębokich lochach i ratowanych przez dzielnych herosów. Stereotypowi panowie w płytach z mieczami wielkości stodoły oraz panie w płytowych stanikach jasno dowodzą, kto tutaj został lepiej potraktowany przez twórców. Obok tego mamy również inny fragment nerdowskiej kultury, czyli komiksy, z Wonder Woman od samego początku walczącą w gorsecie i butach na obcasie, czy obecną od 1962 Barbarellę, która pokazywała się i bez tego. Swoją cegiełkę z pewnością dorzucił Heavy Metal ukazujący się od 1977 roku i opatrzony tym samym tytułem film z 1981.

To wszystko to oczywiście tylko przykłady, których zapewne można by znaleźć więcej. Sęk w tym, że tak jak plakaty drugiego sezonu Arrow sugerują, że to może być show dla kobiet (co jest bzdurą, ale mniejsza), tak te wszystkie niemal rozebrane wojowniczki zostały odebrane jako czytelny sygnał, że paniom wstęp wzbroniony. Nie chcę spekulować, jak mocno wpłynęło to na obraz growego fandomu i czy reklam skierowanych do kobiet bądź wszystkich osób jak leci było za mało, czy były niejasne, czy może nikt nie wpadł na pomysł ich tworzenia. Grunt, że branża, z początku być może w ogóle nie interesująca się zagadnieniem, w pewnym momencie uznała, że pad i myszka to narzędzia przeznaczone dla jednej tylko płci i na niej się przez długie lata skupiali i skupiają nadal. To nawet nie wymagało głębszej analizy, tylko spojrzenia na to, kto na samym początku grał. Faceci? Ok, to ciągniemy to dalej. Kobiety? Jakie kobiety?

… a potem było tylko gorzej.

Efektem tego mocno uproszczonego (sam się do tego przyznaję, odłóżcie te karabiny!) rysu historycznego było stworzenie Lary Croft (nie oszukujmy się, jej seksapil nie jest dziełem przypadku), poprzebierane hostessy na targach E3 i nastawienie niektórych twórców na sprzedaż seksem, skierowaną tylko do jednej płci. Zresztą nie tylko ich. Przykładowo, w świętej pamięci Secret Service zamieszczono reklamę pewnego sklepu komputerowego. Na obrazku uśmiechająca się zadziornie Lara pod prysznicem z widoczną połową odsłoniętego cycka, jakaś męska postać z bodaj Virtua Fighter w samym tylko ręczniku myjąca zęby, oraz siedzący na kibelku i przeglądający świerszczyka (okładka nie pozostawiała złudzeń) Crash Bandicoot. Pytanie za sto punktów ile taka reklama powisiałaby dzisiaj i jak wielki shitstorm by wywołała? Wychodzimy bowiem z założenia, że seks jako środek reklamowy skierowany jest do nastoletnich chłopców i tylko do nich. Ile w tym prawdy (zastanawia mnie na ten przykład, czy dziewczynka kupiłaby grę z półnagim facetem na okładce, albo w inny sposób seksowną postacią) to kwestia na inną dyskusję.

Mija czas, internet rozszerza swoje wpływy i „nagle” środowisko graczowskie dowiaduje się, że kobiety też grają. Nie w Simsy, jak się to częstokroć sugeruje, ale również w inne tytuły. Że nie każdej podoba się, że Tomb Raider ma seksbombę Larę jako główną postać. Że wreszcie istnieją dziewczyny, które zjadły zęby na pierwszych grach z serii Mario i potrafią koncertowo kopać tyłki w Mortal Kombat. Wyobraźcie sobie teraz głęboko wierzącego katolika, który po raz pierwszy w życiu spotyka się z ateizmem. Albo przez lata uczonego o dwóch płciach człowieka, dowiadującego się, że to wcale nie jest taka prosta kwestia. Jakie będą ich reakcje? Przyjmą nowe informacje ze spokojem. Niedowierzaniem? Może agresją? Śmiejcie się (albo nie, jak wolicie), ale za mych młodych lat przeżyłem ciężki szok na wieść o tym, że na świecie są nie tylko mężczyźni i kobiety, że te osoby walczą o jakieś prawa, który podobno nie mają, że się o to ludzie biją, jakieś parady przechodzą ulicami miast i tak dalej, a o czym nigdy wcześniej nie słyszałem. Teraz podstawcie w oba miejsca graczy facetów i grające kobiety.

Nie oznacza to, że całe środowisko nagle dowiedziało się o istnieniu kobiet. Mówimy tu jednak o ludziach przekonywanych od lat, że robią coś przeznaczonego głównie dla nich, karmionych sugestywnymi grafikami, podpisami pod screenami oraz komentarzami mężczyzn (któryś spis redaktorów CD-A zawierał tylko jedną kobietę w osobie sekretarki) produkujących się w branżowych pismach (ponownie Secret Service czy inny Gambler miały tu swój udział). Takich ludzi reszta społeczeństwa traktowaa nieufnie i wyszydzała (obecnie mniej, but still…). A tu nagle do ich bezpiecznego bastionu, gdzie mogą oddać się radosnemu eskapizmowi bez obaw o oberwanie negatywnymi komentarzami wchodzą kobiety i pytają, dlaczego nie dorobiono im kluczy do bramy. Szok i niedowierzanie to, myślę, dość zrozumiała reakcja.

Wróg u bram

Louvette słusznie pisze o tym, że część graczy traktuje swoje hobby jak sarmaci I Rzeczpospolitą, czyli atakowaną zewsząd twierdzę (o co nietrudno, jak ci przez lata wmawiają, że gry, przy których spędzasz bite godziny to rozrywka dla dzieci i ogłupiacz i w ogóle wyjdź na dwór, bo taka ładna pogoda). Z tym, że ten medal ma dwie strony. Z jednej widzimy graczy reagujących alergicznie na próby zmiany aktualnej sytuacji (która zmianie ulega. Powoli, ale jednak), z drugiej zaś liczne artykuły i komentarze domagające się tego. Teraz, zaraz i natychmiast. Oskarżające środowisko o seksizm, mizoginię, molestowania, propagowanie kultury gwałtu i tak dalej. Nie wiem, jak Wy, ale jeśli ktoś by mnie oskarżył o coś, dajmy na to rozpijanie nieletnich i powtarzał mi o tym dzień za dniem, to w pewnym momencie przestałbym się bronić, tylko zareagował agresją. Nie miałoby wtedy znaczenia, która strona ma rację i czy są na to dowody. Zwyczajnie bym nie wytrzymał.

Zakładam, że mało kto chciałby przyznać, ale źródło problemu rozszerzyło się. Tu już nie chodzi tylko o tych złych graczy, którzy tłamszą kobiety i traktują je jak puste lalki do przebieranek, ale również o środowiska pragnące zmian. Pragnące ich słusznie, ale wytaczające zbyt ciężkie działa i prowadzące zbyt częsty i silny ostrzał „wrogich pozycji”. Punktowanie negatywnych rzeczy i chęć ich zmiany albo domaganie się szacunku to jedno, ale artykuły takie jak ten opublikowany w Cracked to jawne proszenie się o negatywną reakcję. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak działa terapia szokowa, ale nie kupuję tej gadki. Rzucenie graczom w twarz, że współtworzą kulturę gwałtu zainteresuje i zachęci do refleksji garstkę, resztę nastawiając negatywnie do mówiącego i popieranej przez niego linii ideologicznej. Znów nie jest ważne, kto ma rację, chodzi o sam fakt prowadzenia „dyskusji” z pomocą noży i pałek, a nie słów, co w tym konkretnym przypadku jest normą. Nie powiem, że skierowana przeciw Anicie Sarkesian kampania oszczerstw (delikatnie rzecz ujmując) była dobra. Nie, była tak samo bezsensowna, jak wrzucanie wszystkich graczy do jednego worka z gwałcicielami i masowymi mordercami, co stanowi również jeden z powodów, jakie mocni obrzydziły mi dyskusje na temat „gry a kobiety”. Czy któryś narodowiec zapuścił włosy po tym, jak nazwano go faszystą? Nie, dalej trzymał się wyznawanych przez siebie wartości. Zatem dlaczego sądzi się, że wystarczy pokrzyczeć, a świat spontanicznie ulegnie zmianie? Że samo rzucanie na lewo i prawo słowem „seksizm” sprawi, że tenże zniknie?

Tak więc gracze się bronią przed słusznymi i niesłusznymi oskarżeniami. Ale przed kim? Mamy przecież kobiety, którym sytuacja nie przeszkadza, a nawet bawi (ktoś by powiedział, że jej nie rozumieją albo nie chcą się wychylać. Aha…) i takie, które samo odsłonięcie ramion u postaci traktują jako przejaw seksizmu i uprzedmiotawiania. Mamy redaktorów pism i portali sympatyzujących z jedną, drugą bądź obiema stronami. Mamy wreszcie osoby chcące jedynie zagrać w najnowsze GTA i nie interesujące się tym, jakie reakcje gra wywołuje i jak jest komentowana. Ci ostatni nie rozumieją, o co ten cały szum, ale wraz z resztą graczy także tych, którzy traktują kobiety jako równe sobie i nawet nie widzą powodów wyjaśniania tego faktu są wrzucani do wspólnego wora. Jak będą bronić się przed negatywnymi komentarzami skierowanymi niesłusznie w ich stronę, tylko dlatego, że stali za blisko nieodpowiednich ludzi? Jak mają się zorientować, kto ma rację, jeśli widzą przed sobą osobę walczącą o prawa pewnej grupy oraz członków tejże grupy odcinającej się od swojego przedstawiciela? Co mają zrobić, jeśli w szambie komentarzy pod dowolnym tekstem na temat seksizmu w grach znajdą tak wiele sprzecznych opinii, że nie będą w stanie żadnej z nich uznać za słuszną?

Jim Sterling swego czasu wytłumaczył, że jego wczesna twórczość była słaba, nawet seksistowska, póki spokojnie nie wytłumaczono mu, co robi źle.Spokojnie wytłumaczono. Jak dla mnie to jest główna przyczyna obecnych konfliktów. Zamiast usiąść i bez emocji wyjaśnić, co jest nie tak i wspólnie stworzyć rozwiązania, ludzie wolą gardłować. Zamiast przyznać, że są osoby lubiące czarodziejki z wielkim balastem z przodu oraz tacy, którzy wolą rycerki ubrane w sensowny sposób i tolerować swoje wzajemne istnienie, obie strony wolą obrzucać się błotem i dowodzić, że ich wersja rzeczywistości jest lepsza. A to tak nie działa. Nigdy nie działało. Spróbujcie dyskusję, na przykład na forum, zacząć od kopnięcia oponenta słownie w gębę. Jeśli nie jest oazą cierpliwości, to prawdopodobnie się odgryzie i nie powinniście mieć o to żalu. Akcja i reakcja.

Dobry przykład? Ten oto tekst na temat damskich pancerzy. Bez spiny, bez niepotrzebnej szydery, rzeczowo i spokojnie wyjaśnia, dlaczego przedstawione w popkulturze żeńskie napierśniki nie są sensowne z praktycznego punktu widzenia. Co prawda komentujący pozwolili sobie na nieco więcej swobody, ale trudno. Tu jest internet, albo tniesz wszystko równo do ziemi, albo masz cały ogródek zachwaszczony. Nie zmienia to faktu, że tego typu artykuły w temacie płci jest zwyczajnie skuteczny, a poruszając dość ważną kwestię wyjaśnia, co jest z nią nie tak. Nie w ogóle, bo autor nie naigrawa się z kobiecych napierśników. Nie nazywa ich bezsensownymi wymysłami dużych dzieci o głupich fantazjach seksualnych. Nazywa je tylko niepraktycznymi. To spora różnica i miła odmiana od sytuacji, gdzie zwolennicy dobrze obdarzonych postaci otrzymują łatkę gówniarzy, a ich przeciwnicy homoseksualistów, patrz „dyskusje” na temat Dragon’s Crown. Bo pisać na spokojnie, na przykład na temat bogiń w stringach, można. Nawet wypada.

Rozmowy pokojowe

Tytuł tej notki może być wydawać odrobinę mylący, bowiem wychodzę z założenia, że mężczyźni tak naprawdę nie boją się kobiet. Tym bardziej gracze nie boją się graczek. Oni obawiają się postulowanych zmian. Chcieliby dalej widzieć na wpół rozebrane bohaterki, móc kierować męskimi postaciami w typie Schwarzeneggera na sterydach i miło spędzać czas przed ekranem, eksterminując hordy wrogów i ratując długonogie księżniczki. Tymczasem czytając niektóre dyskusje odniosłem wrażenie, że postulatem nie jest ograniczenie pewnych postaw i motywów, a co za tym idzie wprowadzanie dodatkowej różnorodności, tylko wyrugowanie ich i wprowadzenie w to miejsce innych, nowych i lepszych, które nikogo nie obrażają (jakby to było kiedykolwiek możliwe). Co jest również przegięciem, tylko w drugą stronę, bo zakłada przekreślenie większości dorobku (możecie wstawić to słowo w cudzysłów, jeśli macie chęć) branży w imię zasad, z którymi wiele osób się nie identyfikuje (według badań grających panów jest połowa. Ilu z nich zgłasza przeciw, tego nie wiem i raczej się nie dowiem).

Tego właśnie gracze się boją. Nie obecności kobiet, tylko postulatów niektórych dyskutantów. Sugerowanych, czasem żądanych przez nich zmian, uderzające w takie hobby, jakie znają od lat, niekiedy wywracających je do góry nogami. I nawet jeśli sensowniejsze argumenty też są podawane, to znikają pod mającymi mniejsze społeczne poparcie. Co prowadzi do nieporozumień i uznania, że gracze to w ogóle nie chcą zmian. Otóż chcą, ale nie wszystkich. Ewentualnie chcą jedynie zachowania aktualnego stanu rzeczy, bez potrzeby cofania się.

Jako osoba będąca częścią oskarżanego o wiele złych rzeczy (nie bezpośrednio, ale jako członek grupy) powiem tak: nie mam nic przeciwko temu, żeby postulaty osób niezadowolonych zostały spełnione. Nie mam nic przeciwko ubranym bohaterkom, lepszemu, bardziej sensownemu przedstawieniu kontrowersyjnych motywów oraz uznaniu, że gracz to nie tylko facet. Jednak zarazem nie chcę, by wraz z nowym odeszła większość (nie, wbrew pozorom nie wszystko) starego. Chciałbym zachowania tego, co mi i wielu innym osobom podoba się w grach i uzupełnienia o to, co mi się nie podoba albo jest obojętne, ale może być atrakcyjne dla kogoś innego. Tak, aby każdy, niezależnie od płci, orientacji seksualnej, wieku i czegokolwiek innego (no prawie, ale nie wnikajmy może w ten temat), znalazł w tym hobby to, co najbardziej go jara i mógł się tym cieszyć bez wiszącą mu nad głową chmurą burzową i poczuciem winy. Tylko i aż tyle.

Chcecie na spokojnie omówić tę sprawę? Może tutaj?