Przejdź do zawartości
Oto czystobiały sukkub z trzeciego Wiedźmina. O dziwo mało kto o niej pamięta. Co ma wspólnego z Asasynkami? Spokojnie, dojdziemy do tego.

Grób nieznanej asasynki

Od niedawna hoduję (pop)kulturową teorię. Głosi ona, że jako gatunek dysponujemy szerokim wachlarzem wartościowych bohaterek, ale sporą część z nich wywaliliśmy – i wciąż wywalamy – do kosza. Z rozmaitych, a bardzo licznych, powodów. Jest jeszcze mała i słaba, ale rośnie jak na drożdżach dzięki codziennym spacerom po internecie.

Poniższy tekst może być trochę chaotyczny, co w tych stronach stanowi chleb powszedni. Jest za to na pewno marudny i oparty trochę na faktach, trochę na domysłach i bardzo mocno na uczuciach i emocjach, które od dłuższego czasu się we mnie kotłują. Dlatego nie oznaczyłem go jako analizy i tak też go nie traktuję. O to samo proszę was. Z góry dzięki.

Zapewne wiecie, że trzeciemu Wiedźminowi oberwało się za brak niebiałych postaci. Temat to tak gorący, że pochylili się nad nim wszyscy, od szeregowych graczy po blogerów, prasę branżową i deweloperów. Nawet NaTemateł dorzucił swoje trzy grosze, zaś główny prowodyr, czyli Polygon, tuż obok krytycznej recenzji puścił w świat również osobny tekst poświęcony tylko temu zagadnieniu. Pod linkiem do niego na twarzoksiążkowym fanpejdżu rozgorzała odpowiednio burzliwa dyskusja, gdzie pojawiło się mnóstwo mniej lub bardziej interesujących komentarzy. W tym taki:

There has NEVER been a black female main character protagonist (and I’m not citing create-a-character games).

Trzecie słowo wydało mi się przesadzone w kontekście medium istniejącego od dziesiątek lat (niektórzy podają, że nawet od połowy ubiegłego wieku), a pamięć zbytnio zawalona śmieciami, więc założyłem gogle i ruszyłem odświeżyć listę znanych mi czarnoskórych bohaterek. Wyszedłem bowiem z założenia, że statystycznie takowe muszą istnieć, nawet jeśli będzie ich tylko garstka.

Pierwszym znaleziskiem w moich krótkich poszukiwaniach okazała się D’arci Stern, główna bohaterka Urban Chaos. Postać łatwa do zapomnienia, bo gra pochodzi z 1999, co w branży – i (pop)kulturze jako takiej – oznacza cztery epoki i dwa zlodowacenia. Może kiedyś była popularna, może zachwycano się nią i stawiano twórcom za wzór, ale to było dawno temu, minęło i nie wróci więcej. A szkoda, bo tytuł zebrał dobre oceny. Planowano również część drugą, ale studio zaliczyło potknięcie. Nie wiem o co poszło, więc zapewne o pieniądze.

Pani (panna?) Stern wygląda o tak.
Pani (panna?) Stern wygląda tak.

Jako drugi przykład internet usłużnie podsunął mi Left 4 Dead 2. Znacznie świeższy, bo z 2009, ale dość śliski w kontekście moich poszukiwań. Co prawda Rochelle posiada imię, głos, charakter i jasny cel (przeżyć i uciec w bezpieczne miejsce, niekoniecznie w towarzystwie reszty ekipy), ale stanowi jedną z czterech postaci do wyboru w ramach sieciowej strzelanki. Czy aby na pewno jest więc protagonistką? Czy ktokolwiek z ocalałych może być obdarzony tym tytułem? Tym bardziej, ze każda z postaci może zginąć w środku kampanii i gra nie tylko się nie obrazi, ale nawet pozwoli reszcie walczyć w uszczuplonym składzie?

Szukałem więc dalej i wtem! olśnienie, bo przypomniałem sobie o tytule, który winien był pojawić się już na samym początku, czyli Assassin’s Creed: Liberation, z Aveline de Grandpré w roli pierwszej grywalnej asasynki w historii serii. Bardzo dobrej asasynki i postaci jako takiej, jak twierdzą niektórzy, nawet jeśli nie w pełni czarnej, bo z mieszanego związku (jak Nilin z Remember Me z 2013. Chyba). Do tego gra jest świeżutka, bo w 2012 wyszła w wersji na Vitę, a w 2014 na bardziej sensowne platformy, rozchodząc się łącznie w ponadmilionowym nakładzie. Oceny zebrała takie sobie, ale często była używana w charakterze argumentu „Dlaczego Unity jest złe, a Ubisoft seksistowski”, analizowano związane z nią mechaniki rozgrywki, więc nie można powiedzieć, że była nieobecna w mediach. Ba, sam fakt wydawania jej pierwotnie na Vitę był swego czasu ważnym tematem, bo dlaczego tam, a nie na jakąś sensowniejszą platformę?

O tej pani mowa.
Z kolei pani (panna?) Aveline wygląda tak.

Lecz mimo szumu wokół tytułu komcionautka napisała never. Nie wie o Aveline, nie słyszała o niej, albo zwyczajnie wyleciała jej z pamięci. Mogła też celowo przemilczeć jej istnienie albo uznać, że skoro ojciec był Francuzem, to bohaterka czarną nie jest, ale ciężko wyczuć to w słowie pisanym. Tak czy siak dla niej, osoby pragnącej zwrócić uwagę na istotny problem, postać ta nie istnieje. Dziwi mnie to i martwi zarazem. Z kilku powodów.

Przede wszystkim wydawałoby się, że skoro jakiegoś typu postaci jest w dowolnym medium mało, to osoby najbardziej zainteresowane jej istnieniem powinny dbać o wszystkie istniejące przykłady. Tworzyć zestawienia, analizy, teksty krytyczne i pochwalne, a przede wszystkim cały czas o nich mówić i podtykać twórcom pod nos z komentarzem „więcej tego poproszę!”. Oskarżenia o whitewashing stąd się przecież wzięły, z niedostatku niebiałych postaci w (pop)kulturze, gdyż w innym wypadku obsadzenie Bale’a w roli Mojżesza prawdopodobnie by nikogo nie obeszło. Tymczasem wychodzi na to, że wystarczą trzy lata, by jakże upragniona przez pewne środowiska postać popadła w zapomnienie. I to w obrębie tegoż środowiska, bo na podobny komentarz trafiłem wśród tłitów pewnej redaktor z branży gierczanej, którą wielu internautów określiłoby mianem SJW (muszę nauczyć się zapisywać takie rzeczy). Czarnoskórych protagonistek w grach nie ma, kropka. Albo są, tylko niedostatecznie czarne, nie wiem.

Wniosek ten mógł się narodzić z wielu powodów, ale na moje głównym są pieniądze. Bo Liberation, mimo całego medialnego szumu, jest tylko spin-offem asasyńskiej serii, a co za tym idzie nie posiadał budżetu z ośmioma zerami na końcu. Niektórzy powiedzieliby więc, że to nie mainstream i nie ma po co klawiatury strzępić, skoro w kolejce czekają większe tytuły. Ewentualnie bohaterka jest za dobrze napisana i poprowadzona, więc nie byłoby z czego klików ukręcić, jak chociażby krytykując Unity albo Hatred (niektóre portale i osiem tekstów wyrobiły, bo czemu nie). W przypadku redaktorów dużych serwisów albo znanych krytyków publiczne głoszenie, że kogoś nie ma, gdy ten ktoś jak najbardziej jest nie przeszkadzałoby mi jakoś specjalnie. Takie błędy prędko zostaną poprawione – na twitterze, blogach, YouTube bądź innych serwisach, zazwyczaj w towarzystwie solidnego flejmu i bijącego na ślepo banhammera. Jednak co z szarymi komcionautami, nawet nie zdającymi sobie sprawy z tego, jakie bzdury rozpowszechniają? Bzdury, które ciężko odkręcić po tysiącach lajków i szerów dziennie, bo tyle potrafią generować emocjonalne komentarze na ważne tematy?

Do kompletu Rochelle z Left 4 Dead 2.
Do kompletu Rochelle z Left 4 Dead 2.

Drugim problemem jest zafiksowanie na nowościach. Zwłaszcza kosztownych nowościach, skierowanych są do jak najszerszej publiczności i nastawionych na jak największe zyski. Ma to sens, biorąc pod uwagę, że więcej będzie mówiło się o grze sprzed tygodnia kosztującej sto milionów, niż jej koleżance sprzed trzech lat wartej sto razy mniej. Chyba że to klasyk nad klasyki, ale jeden tekst co dziesięć lat wiosny nie czyni. Zmusza mnie to jednak do zastanowienia, czy nie powinniśmy zmienić żądania „chcemy więcej kobiet w grach” na „chcemy więcej kobiet w nowych i wysokobudżetowych grach”. Jeśli bowiem uznać przykład Liberation za legitymacyjny, to milion sprzedanych kopii nie uchroni bohaterki przed zapomnieniem, skoro jej przygody kosztowały (względnie) niedużo, a od premiery minął już kwadrans. Co z kolei oznacza, że twórcy indyków mogą robić 24 godziny na dobę napędzani kokainą i trzema cyrografami, ale ich wysiłki dla różnorodności i „naprawy branży” i tak okażą się warte niewiele. Zbyt mały zasięg w porównaniu z Halo chociażby.

To z kolei prowadzi mnie (już się zgubiliście?) do niezbyt optymistycznego wniosku, że w samej branży w najbliższym czasie czekają nas zmiany niewielkie bądź zerowe. Duże firmy nie będą bowiem inwestować grubej kasy w ryzykowne projekty, gdy bezpieczniej stworzyć kolejnego CoDa albo Asasyna z facetem w roli głównej (z powodów różnych, na przykład takiego). Słabe wyniki Remember Me, Mirror’s Edge (wiem o dwójce, ale długo trzeba było się o nią dopraszać) czy Beyond Good and Evil (ciąg dalszy w produkcji, ale kiedy wyjdzie, to czort jeden wie) nie zachęcają. A przecież żaden poważny biznesmen nie zaryzykuje utopienia grubych milionów w projekt, który może się nie zwrócić. Zwłaszcza tak drogi, jak gra wideo z sektora AAA, a przecież inne nie mają tak wielkiej siły przebicia (za wyjątkiem może Minecrafta, ale tam kwestia płci nie jest przez nikogo podnoszona). Poza tym nie jestem przekonany, czy obsadzenie kobiety w roli protagonistki, zwłaszcza niebiałej i niehetero, wpłynęłoby z automatu na wzrost sprzedaży, ale to temat na trochę inną notkę (kiedyś, gdzieś…).

Faith z Mirror's Edge czarnoskóra nie jest, ale podejrzewam, że też mało kto o niej wie. Zwłaszcza w dyskusjach o grach i kolorach skóry.
Faith z Mirror’s Edge czarnoskóra nie jest, ale podejrzewam, że również mało kto o niej wie. A przynajmniej mniej osób, niż powinno.

Problem trzeci, chociaż nie do końca związany z Aveline, to nadmiar krytycyzmu w stosunku do pochwał, gdy przychodzi do oceny postaci kobiecych. Zgodnie z regułą, że facet może być wszystkim, ale kobieta musi być silna (niekoniecznie dosłownie, za to zgodnie z duchem), a jak będziemy ją krzywdzić, albo – uchowaj Cthulhu – spróbujemy zgwałcić, to nam pół internetu się na głowę zwali. W efekcie wszystkie pozytywy, które można na jej temat napisać utoną pod górą narzekań. Zwróćcie uwagę jak wiele osób uznało, że Whedon „zniszczył im” Czarną Wdowę tylko dlatego, że ta zaczęła romansować z Bannerem. Reszta scen z jej udziałem nagle przestała się liczyć, bo trzeba było się oburzyć na ten jeden dialog albo go bronić. Wpiszcie sobie zresztą w gugla zapytanie o Wdowę w tym filmie, to wyskoczą wam strony krążące głównie wokół tego tematu, bo poza nim postać zdaje się nie istnieć.

Niedostatek tekstów pochwalnych do krytycznych czy zafiksowanie na wadach postaci to norma w tytułach, gdzie występuje jedna, góra dwie bohaterki. Gorzej, jeśli kobiet jest kilka lub kilkanaście, bo wtedy może dojść do czegoż znacznie gorszego – skupienia się tylko i wyłącznie na jednej z nich i krytykowanie jej tak intensywnie, że pozostałe zostaną wyparte z powszechnej świadomości. Swego czasu thespectacularspider-girl w temacie growych bohaterek – ich wyglądu, w tym rozmiaru stanika – napisała tak:

Look at Soul Calibur. Who are the two characters that get decried all the time? Taki and Ivy, Ivy usually. But you never hear about how the game offers you different choices.  You never hear about Talim, who has a small bust.  Or Cassandra or Phyrra, who are reasonably dressed. You don’t hear about Hilde, who is in full plate mail.  Don’t hear about Lexia or Amy, who are flat.

Piąta Czwarta część serii, jeśli nie pomyliłem się w liczeniu, ma jedenaście bohaterek. Gdy jednak przychodzi co do czego dziesięć z nich zdaje się nie istnieć. Fakt, że Ivy ma biust zdolny kruszyć kamienie wydaje się być istotniejszy od obecności Hilde. Pełna płyta w większości przypadków przegrywa z powycinanym kostiumem, który staje się symbolem wszystkiego, co w grach wideo złe i antykobiece (ciekawym, co lesbijki na to. Serio), a samą grę czyni seksistowską. Bo kogo obchodzi, że mamy wybór? Że gra oferuje niewiele bohaterek w stosunku do bohaterów, ale wciąż więcej, niż jedną? Do tego znacznie bardziej zróżnicowanych z wyglądu od tych z ostatnich Mortal Kombat? Znaczy wiem, że mnie i parę innych osób obchodzi, ale odnoszę wrażenie (z naciskiem na wrażenie, bo dowodów cyferkowych nie mam i nie za bardzo jest skąd je wziąć), że jestem w mniejszości.

Swoją drogą i poza tematem – pewnie wiedzieliście o reklamie SoulCalibura piątki z dekoltem Ivy. A wiedzieliście, że istnieje również reklama z kroczem Voldo? Tak z ciekawości pytam.

Bohaterki piątego SoulCalibura w komplecie.
Bohaterki czwartego piątego SoulCalibura w komplecie.

Wracając do tematu – brzmię jak zgorzknialec, ale mam ku temu powody. Kiedy dawno temu startowałem z cyklem poświęconym Cyfrowym Bohaterkom miałem szczery zamiar promować mniej znane, zapomniane, a z jakiegoś powodu ciekawe postacie, nawet jeśli o ich istnieniu wie góra dziesięciu fanów na krzyż. Skoro bowiem dziś mówi się, że kobiet w grach jest tak mało i skupia głównie na negatywach, to warto by było wskazać już istniejące i warte przypomnienia. Z czasem jednak dotarło do mnie, że ludzie nie chcą o nich wiedzieć, bo ich pozytywne przykłady generalnie nie obchodzą. Albo bycie pozytywnym w ogóle, bo narzekania na Fabrykę Słów albo pewną marną książkę zebrały znacznie więcej lajków od dowolnego optymistycznego tekstu, jaki zdarzyło mi się popełnić. Co gorsza widzę, że dotyczy to ludzi jako ogółu, niezależnie od miejsca zamieszkania. Pisząc dawno temu o Mirze zrobiłem mały risercz, wychodząc z założenia, że drugoplanowa, ale istotna dla fabuły postać kobieca przyciągnie uwagę mediów. Że Polygon albo Kotaku, którym przecież na sercu leży społeczna sprawiedliwość, machnie chociaż krótki artykulik na jej temat. Niestety nie. W recenzjach też ani słowa. Odnalazłem tylko dwa teksty na jakichś małych blogaskach gdzieś na pustkowiach internetów. Zresztą te same, które zainspirowały mnie do napisania długiej notki o gwardzistce (którą zresztą powinienem kiedyś poprawić, bo ma trochę pfe fragmentów). Wszystko to sprawia, że chociaż mam pod ręką całkiem sporo listę potencjalnych Cyfrowych Bohaterek, to kolejny poświęcony im tekst raczej nie powstanie. Bo blog to hobby, ale wymagające audytorium.

Po części rozumiem taki stan rzeczy, w końcu wziąłem na warsztat gry mniej znane, stare lub zgarniające średnie (czyli mniejsze od 8) oceny, jednak nie potrafię pozbyć się wrażenia, że chodzi tu o coś więcej. Że ludziom tak naprawdę nie zależy, mimo wszystkich szumnych deklaracji. Albo zależy, ale na odpowiednio dużych i drogich tytułach, bo tylko takie się liczą. Stąd podziwiam gospodynię Viscor’s Opinion, która zmontowała długą listę gier z postaciami kobiecymi na pierwszym, drugim i innych planach i udostępnia ją, gdzie i komu się da. Jednak nawet ona jest kapkę zmęczona faktem, że więcej osób zdaje się nie interesować charakterem albo historią starej Lary Croft, tylko faktem, że osoba odpowiedzialna za jej model zasnęła z głową na przycisku „powiększ biust”. Pewnie dlatego, że wystarczy sięgnąć jeszcze po Bayonettę i Dragon’s Crown i już można pichcić długi tekst o seksizmie w branży. Najlepiej z użyciem zwrotu „Fighting Fuck Toy” (ciekawe co na to cosplayerki przebierające się za Bayonettę. Albo starą Larę. Albo Ivy. Tu też serio pytam), co by jeszcze obniżyć wartość postaci w oczach czytelników.

Obawiam się, że tak jak Aveline, tak wiele innych postaci kobiecych zginęło i jeszcze zginie w mrokach niepamięci. Z każdym dniem spędzonym w internetach obawiam się o to coraz bardziej, bo z coraz większą siłą dociera do mnie, że tak ona, jak i jej koleżanki, ze wszystkimi ich zaletami, wadami, unikalnymi wyglądami, motywacjami oraz historiami, najzwyczajniej w świecie nikogo nie obchodzą. Biust Ivy ważniejszy.