Przejdź do zawartości

Hype?

Reading Time: 5 minutes

Czyli o narkotyku dla geeków słów kilkaset.

Obserwuję na Facebooku pewnego rysownika. Facet jest wielkim fanem Adventure Time. Kiedy padła informacja, że robią w tych klimatach grę, o której było wiadome tyle, że będzie, plus troszkę obietnic, z miejsca określił ją jako najlepszą ever. Kocha również Pokemony. Na wieść o wprowadzeniu nowego typu oraz takiej jednej konkretnej sztuki, co wygląda jak miecz, zajarał się jak flota Stannisa. A wraz z nim komentatorzy, tworząc wspólnie ognisko wielkie jak bardzo wielkie ognisko.

Śmiałem się z tego. Śmieję się też z osób, które na wieść o nowej skórce dla ich ulubionej postaci z Lola dostają wielokrotnego orgazmu. Riot rzuca zapowiedzią, na YouTube filmik promocyjny obejrzało milion luda, lajki się sypią, z nieba leci konfetti, na ulicach tańce i swawole. Pograją tydzień, pozachwycają się kolorkami, nowymi animacjami i odzywkami postaci i im przejdzie. Przynajmniej do czasu kolejnej nowości. Ale póki co szaleją, niemalże wciskając firmie swoje portfele i na kolanach błagając o wzięcie ich pieniędzy. Gdyby mogli, to chyba sprzedaliby nerkę, byle mieć tych kilka(set) dolarów na zakupy.

Pamiętam fetę z okazji premiery drugiego Starcrafta po miesiącach dawkowania zapowiedzi, wsłuchiwania się w głosy fanów, zamkniętych testów dla wybrańców i drugą, jeszcze większą, gdy ludzie stopniowo zmieniali się w skwarki na myśl o trzecim Diablo. Pamiętam strzelające w niebo sztuczne ognie z powodu ogłoszenia prac nad nowym Playstation i zamieszki na ulicach, gdy wreszcie ujawniono wygląd konsoli wraz ze specyfikacją, część Wielkiej Wojny Konsolowej roku 2013. Po ComicConie internety zalała taka fala euforii z każdego możliwego powodu, że dowolne tsunami to przy tym pikuś. Chrystus mógłby się ponownie objawić, a ludzie mieliby go gdzieś, zajęci chłonięciem informacji o nowym filmie od DC, z Gackiem i Człowiekiem ze Stali w rolach głównych.

A ja patrzę na to wszystko z boku i się śmieję. I zazdroszczę. Jak ja im wszystkim zazdroszczę.

Kuba Polkowski pisze, że hype jest jak narkotyk (tu był link do bloga, ale już nie ma, bo bloga też już nie ma). Hype na nowości, znane tylko z tytułu i osób za nimi stojących. Hype na nowe projekty na Kickstarterze, iskrzące się od ładnych kolorków i obietnic trzeciej Irlandii i miliona kilometrów autostrad. Hype na kolejną grę uznanego autora, chociaż nie jest w żaden sposób oryginalna czy wyróżniająca się na tle konkurencji.

Ma rację, ale częściowo, bo to pojęcie można dopasować w zasadzie do wszystkiego. Hype na kolejne bundle z indiasami, grami częstokroć niszowymi, sprzedawanymi w paczkach po dziesięć sztuk i więcej. Hype na następny odcinek serialu, bez obejrzenia którego jest się spalonym w towarzystwie. Hype na nowe technologię, na kolejne tomy popularnej sagi, nowe aplikacje na następną wersję Itelefonu czy film od tego reżysera, co to dawno nie zrobił dobrego filmu, ale i tak wszyscy oglądają jego dzieła. Pewnie po to, by poczuć się lepszymi wytykając babole. Cokolwiek zdatnego do sprzedaży, co koniecznie-trzeba-mieć-bo-trzeba-i-już można opakować w hype i rzucić ludziom, a ci rzucą się na nie niczym głodujący w Afryce na paczki z żywnością.

Kiedy ostatni raz jarałem się czymś? Chyba Dwarf Fortress, bo spędziłem przy nim bite trzy dni, nie mogąc uwierzyć, jak kompleksowy to tytuł. Teraz moje serduszko mocniej bije na widok kolejnej wersji moda Masterwork, ale z racji różnych trudności pyknę w niego jeden wieczór i odłożę. Przynajmniej do kolejnej wersji.

O tym zacnym lokalu można poczytać tutaj.

Niedawno wyszedł Pacific Rim. Mogłem się nim zajarać, bo duże roboty i w ogóle, ale gdy kumpel wrzucał foty i newsy, ja tylko oglądałem je przez moment i szedłem dalej. Trzeci Iron Man mnie nieco rozochocił, zwłaszcza w towarzystwie dwóch poprzedników, ale przed seansem nie siedziałem jak na szpilkach, nie spamowałem Twarzoksiążki fotami i cytatami. Ucieszyła mnie perspektywa nocnego maratonu, ale w sposób stonowany, bo na pewno nie podskakiwałem na krześle, odliczając minuty do wyjścia. Znaczy pamiętałbym o tym.

Jest nawet gorzej, bo mnie hype drażni. Drażni mnie nieustanne spamowanie ilustracjami z jakiejś gry, peany zachwytu na cześć jakiegoś filmu, ciągłe udowadnianie, jaka to dana książka jest wspaniała i kim ja jestem, by się nią nie podniecać niczym nowym Graalem albo fragmentem Prawdziwego Krzyża. Przynajmniej do momentu osobistego sprawdzenia i zorientowania się, że często tłum ma rację. Tomb Raider mnie irytował. Zagrałem weń i pokochałem. Bioshock: Infinite czy trzeci Saints Row nie były tak wspaniałe, jak wszyscy twierdzili, jednak dały radę i mają u mnie dobre noty. Ale nie mam czasu, ochoty bądź możliwości zapoznać się ze wszystkim, więc enta z kolei scena z GoTa z zabawnym podpisem (bo zazwyczaj są zabawne) męczy mnie strasznie. Cytaty z książki już nie.

Dlaczego? Bo jeśli się czyta, gra i ogląda enty rok, ale nie podchodzi się do wszystkiego bezkrytycznie, to w pewnym momencie człowiek się uodparnia. Reklama przestaje na niego działać, każdą obietnicę filtruje i traktuje jak potencjalne kłamstwo. Bo to nie jest konkret, to tylko słowa, a mówić można co się chce, taśma filmowa, papier i Word wszystko przyjmą. Aliens: Colonial Marines miało być wspaniałe, a wyszedł śmieć, który pierwszego dnia miał jako takie wyniki sprzedaży tylko dzięki marketingowi i fanom korzystającym z opcji przedsprzedaży. Lśnienie miało być majstersztykiem Kinga, a wyszła kniga tak nudna, że więcej drzemek miałem tylko przy podręcznikach akademickich. Myśląc o tym nie jestem w stanie zaufać na ślepo. Nawet cenionym przeze mnie autorom, bo i im może trafić się wpadka, a ja nie chcę widzieć ich porażek.

Po pewnym czasie człowiek zauważa pewne schematy, dziury, potknięcia. Widzi, że coś można było zrobić lepiej, że ten dialog z ósmej strony nie brzmi, że opisów za dużo, albo tempo się urywa. Chciałby przestać je widzieć, ale się nie da. Chciałby pozwolić sobie na odrobinę wiary w zapewnienia twórców, ale przejechał się już parę razy albo widział, jak przejechali się inni i nie chce ryzykować. Napisał w życiu za dużo recenzji, przeprowadził zbyt wiele dyskusji i analiz, by krytyczne podejście ot tak wywalić do kosza i udawać, że wszystko w porządku. Jest ostrożny, ale bardzo chciałby to zmienić, bo pozbawiając się radości z hype’u, ignorując go, pozbawia się tego wspaniałego, geekowskiego narkotyku.

Oczywiście, można jarać się czymś, co już wyszło i dobrze się zna, ale wraz z upływem czasu moc takiej dawki słabnie. Ile można wychwalać pod niebiosa Tormenta czy Firefly i żyć tym, co było, gdy dookoła mnóstwo innych rzeczy czeka i patrzy kusząco? Ile razy mam obejrzeć Planetę Skarbów, by w końcu mieć jej dość? Pewnie dużo, ale gdzieś ta granica przebiega i będę bardzo niepocieszony osiągając ją. Nie mówiąc o tym, że troszkę głupio zamykać się jedynie na starocie. To taka sama przeginka, jak zapatrzenie się na nowości, jeno w drugą stronę.

Tak więc w sumie dobrze jest od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę swobody. Dać autorom kredyt zaufania, wywalić do kosza krytycyzm i dać się porwać fali powszechnej euforii, nawet jeśli chodzi o jakiś durny drobiazg, o którym ludzie zapomną w dzień po premierze. Bo bez tego człowiekowi jakoś tak gorzej.

Chcesz pogadać na temat hajpu? Może tutaj?

 

Plakat z Obamą wzięty stąd.