Przejdź do zawartości

[Inp #1] Desktop Dungeons

Dziś, dla odmiany, słów tylko kilkaset. Na temat jednej z tych gier, które wyglądają jak wycięte z lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, traktują gracza gorzej niż sierżant Zim, ale jak chwycą, to nie puszczą przez długie godziny.

Desktop Dungeons to enty tytuł z długiej listy produkcji Roguelikepodobnych, polegających na wędrowaniu dzielnym poszukiwaczem przygód po każdorazowo losowo tworzonych podziemiach. Tutaj owe podziemia mają tylko jeden poziom, zaś postać składa się tylko z rasy, klasy i czterech statystyk. Nie ma żadnego miasta, zarządzania ekwipunkiem, towarzyszy podróży ani podobnych udziwnień. Znaczy to pierwsze ma być, w przyszłości, bo obecna wersja gry to beta oznaczona numerkiem 0.2.

Same podziemia nie zachwycają bogactwem. Tu się walają jakieś bonusy, tam eliksiry i złoto do spółki z czarami, w korytarzach stoją potwory. Czasem trafi się sklepik z losowo przydzielaną zawartością bądź ołtarz jednego z bóstw z prostym programem lojalnościowym (rób, co się mu podoba, zbieraj punkty wiary i wymieniaj na ngrody). Jednak tym, co najważniejsze, są potwory, z bossem na czele. Trzeba go pokonać albo zginąć próbując. To tyle, żadnej głębszej filozofii.

Dlaczego zatem jest to fajne? Bo gra korzysta z tego samego mechanizmu, jaki uskutecznia FTL i jego poprzednicy. Wrzuca na głęboką wodę, raczy losowo rozstawionymi trudnościami, wymusza myślenie i nie pozwala popełniać błędów. Zabrakło ci buteleczek życia? Zacznij od nowa. Nie masz kasy na miecz, który bardzo by ci ułatwił życie? Zacznij od nowa. Wokół ciebie są tylko trudni przeciwnicy, bo tych prostszych generator wywalił na drugi koniec mapy? Mówi się trudno, zacznij od nowa. Do tego wszystko utrzymane jest w stylistyce fantasy, a kto nie lubi fantasy?

Gra dla hardkorów (spójrzcie na rozpikselowaną grafikę), ale dzięki możliwości odblokowywania nowych ras, klas i map prędko się nie znudzi. Z dodatkowymi bajerami zapowiada się na tyle dobrze, że zastanawiałem się nad zakupem pełnej wersji. Ceny ostudziły mój zapał. 10 dolarów za wersję zwykłą, 20 za wydanie rozszerzone, 75 za exclusive to za dużo nawet dla mnie, który swego czasu wysupłał trzy dychy (w złotówkach, żeby nie było) na tower defence’a. Plus premiera gdzieś w dalszej, nieokreślonej przyszłości. Nie zmienia to faktu, że warto poświęcić grze chwilkę. Zainteresowani niech zerkną na jej oficjalną stronę albo na płytkę dołączoną do nowego CDA.