Przejdź do zawartości

[Inp #3] Defender’s Quest

Czyli o smakowitym połączeniu Tower Defence i RPG słów kilkaset.

Gdyby kilka miesięcy temu ktoś mi powiedział, że pewnego dnia zagram sobie w demko jednej z miliarda dostępnych na rynku gier typu Tower Defence, przejdę je od A do Z, zachwycony rozgrywką wyeksportuję save’a, wejdę na oficjalną stronę projektu i wydam trzydzieści złotych na pełną wersję (plus soundtrack), to nazwałbym go wariatem. A potem musiałbym przeprosić, bo skubaniec (skubanica?) miałby rację.

Defender’s Quest to jedna z tych zdarzających się co jakiś czas niezbyt nagłaśnianych, a niezwykle przyjemnych niespodzianek, które łapią gracza w żelaznym uścisku i nie puszczają, póki nie ukończą kampanii albo nie zorientują się, że właśnie wzeszło słońce, a oni za dwie godzinki mają zdać maturę. Niespodzianka o tyle miła, że typowe reguły gatunku Tower Defence – obrona bazy przed setkami wrogów za pośrednictwem strategicznie rozmieszczonych stanowisk artyleryjskich – zostały w niej wzbogacone o elementy RPG.

W przeciwieństwie do większości tytułów z nurtu wieżyczko-obronnych, gdzie fabułę da się streścić w jednym zdaniu („dobrzy się bronią, źli atakują, bądź tak dobry i odeprzyj złych”), Defender’s posiada rozbudowanego plota z udziałem dawno upadłego imperium, ożywiającej trupy zarazy, złych nie będących do końca złymi oraz grupki całkiem interesujących postaci, dialogujących sobie w czasie cutscenek między misjami aż miło. Nie jest to może poziom Tormenta, ale prowadzony przez Azrę dziennik wyprawy, rudowłosy i z deka szalony (to chyba przez grzybki), rwący się do każdej walki berserker Slak, czy irytująco marudna łuczniczka Ketta spełniają swoją rolę. Sama gra oferuje nawet dwa alternatywne zakończenia, co nie jest wyczynem, ale na pewno stanowi przyjemny wyróżnik.

Same misje to standardowa obrona głównej bohaterki przed falami wrogów, okazjonalnie wzmocnionych przez jednego wyjątkowo twardego bad-guya. Niektóre potwory mają pancerze, inne co jakiś czas znikają, jeszcze inne po śmierci rozpadają się na stadko mniejszych albo pędzą przed siebie na złamanie karku, jakby je goniła łysa i uzbrojona w glany bojówka ONR-u. Rolę wieżyczek pełnią tutaj bohaterowie jednej z sześciu klas, posiadających imię, zestaw kolorków (na wypadek, gdyby ktoś chciał stworzyć drużynę drowów czy innych czarnych rycerzy), drzewko zróżnicowanych umiejętności rozwijanych wraz ze zdobywaniem poziomów oraz wymienialne broń i pancerze. Dorzucamy do tego sześć posiadanych przez Azrę zaklęć i oto mamy komplet narzędzi do eliminacji zagrożenia każdego rodzaju.

Gra powinna się podobać zarówno świeżakom, jak i geniuszom strategicznym pokroju młodego Endera, gdyż każdy etap posiada cztery zróżnicowane poziomy trudności (im wyższy, tym więcej expa, rupieci [tutejszych pieniędzy, używanych do rekrutacji ekipy i kupowania sprzętu] oraz ciekawego ekwipunku można zdobyć), co w połączeniu z dwoma rodzajami zwycięstwa (Azra zraniona albo w pełni sił) z pewnością na długo zajmie uwagę osób lubiących wyzwania. A gdyby i tego było mało, to po ukończeniu gry odblokowuje się tryb new game+, gdzie dostępnych jest kilka misji pobocznych, a każde zadanie w ramach kampanii otrzymuje potężnego kopniaka do poziomu trudności, sprawiając trudności nawet na easy. Wspominałem, że autor (naprawdę równy gość) udostępnił możliwość tworzenia i wgrywania modów, a w Steam Workshopie leży już kilka i być może w przyszłości powstaną kolejne, o ile fanom zechce się ruszyć leniwe rzycie?

Fanów audio-wizualnych fajerwerków, którzy dotrwali aż do tego miejsca muszę poinformować, że ich wysublimowany zmysł estetyczny tym razem nie zostanie zaspokojony. Defender’s Quest to indias, z prostą a schludną grafiką 2D oraz miłym dla ucha, ale nie zapadającym szczególnie mocno w pamięć soundtrackiem. Zresztą może to i lepiej, bo gdy w tym samym czasie dwadzieścia postaci rzuca zaklęcia, strzela z łuku i wywija mieczem, jakby właśnie wpompowano w ich żyły trzy litry czyściutkiej kawy, sytuacja na polu walki staje się, delikatnie rzecz ujmując, nieczytelna. Chwała aktywnej pauzie!

Jak można przeczytać na oficjalnej stronie, gra zebrała całkiem sporo pozytywnych recenzji, a jeśli kogoś one nie przekonują, to powinien zerknąć na stronę, gdzie autor wymienia wady i zalety swojego produktu. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie brak DRM i sześciopoziomowych menusów, 34 mapy oraz tryb dla hardkorów są dostatecznymi powodami do zakupu. A tak, jeszcze brak tutaj jęczących emo dzieciaków i Aerith nie ginie, co też stanowi jakiś argument.

W chwili, gdy czytacie te słowa, Defender’s jest dostępny w promocji. 3 dolary 74 centy za grę, kod na Steama (opcjonalny) i darmowe, pojawiające się od czasu do czasu apdejty, więc jak kto zainteresowany, niech wstąpi tutaj i sypnie groszem. A jak będzie mu mało, to niech uzbroi się w cierpliwość, bowiem zapowiedziano rozpoczęcie prac nad kontynuacją.

Chcesz pogadać o indykach? Może tutaj?

 

Grafiki podkradzione ze strony gry.