Przejdź do zawartości

[Inp #4] Face Noir

Reading Time: 4 minutes

Czyli o pewnej (średnio) interesującej przygodówce słów kilkaset.

Jak do tej pory pisałem tylko o bardzo dobrych, albo przynajmniej dobrych indykach. Teraz opowiem o średnim. Takim, co to miał spory potencjał na bycie świetną produkcją, ale roztrwonił go po drodze, kawałek po kawałeczku.

Face Noir to jedna z tych gier, których ostatnio nie za wiele widać w mainstreamie. Klasyczna przygodówka typu Point & Click. Dla osób nieobeznanych z tematem: gatunek ten zszedł obecnie do głębokiej niszy i nie dziwię się temu specjalnie, biorąc pod uwagę wszystkie związane z nimi wady. Wyobraźcie sobie, że musicie, na ten przykład, naprawić przewód telefoniczny. Nawet jeśli do głowy przychodzi Wam kilka rozwiązań, to i tak trzeba zastosować to wymyślone przez autorów – w tym konkretnym przypadku użyć celofanu z opakowania po starym cukierku. Innym razem bohater chce napić się whisky, ale barmanka nie ma zamiaru mu go sprzedać. Co trzeba zrobić? Uspokoić ją poprzez puszczenie muzyki z radia i wygonienie innego klienta. Bo skorzystanie z dolarów jest zbyt oczywiste.

To jest jednak coś, na co trzeba się zgodzić. Taka konwencja, można by powiedzieć, mająca nawet swój urok w dobie gier prowadzących za rączkę (tutaj też można wywołać podpowiedzi, ale nie zawsze działają, a obiektów w grze jest dużo i większość nie posuwa akcji do przodu), jakby ich twórcy bali się, że gracz nie ma nawet połówki mózgu i bez wszechobecnych podpowiedzi nie da sobie rady. Tak samo trzeba przyjąć do wiadomości, że Face Noir (dziwny tytuł, czyż nie?) nie wygląda zbyt dobrze. Tła są całkiem całkiem, ale modele osób i przedmiotów pochodzą z ery trzeciego Quake’a: czytaj palce postaci są ze sobą sklejone superglue, usta poniżej płaskich i bylejakich twarzy poruszają się niezależnie od linii dialogowych, krawaty przylegają ściśle do koszul i tak dalej. Wyjątkowo to wszystko toporne i kanciaste jak na silnik pochodzący sprzed trzech lat i chociaż wiem, że nie można zbyt wiele wymagać od niezależnych twórców, to mimo wszystko… No i nie zapominajmy, że główny bohater przez większość czasu idzie. Bardzo powoli, głośno stukając butami o ziemię.

W przeciwieństwie do grafiki całkiem nieźle wypadają zagadki. Przykładowo, od czasu do czasu główny hero, Jack, ma możliwość powiązania ze sobą rozmaitych faktów. Na ekranie pojawia się wtedy chmura poszlak – zasłyszanych wypowiedzi, urywków z gazet i tak dalej – które można z sobą łączyć w celu znalezienia nowych informacji. Innym razem musi on ułożyć podarte fragmenty ulotki, otwierać sejf ze szklanką przy uchu czy też przekradać się za plecami policji. W takich momentach gra lśni i pozwala zapomnieć o niekiedy z tyłka wziętych rozwiązaniach. Oraz o fabule jako całości.

Gra wygląda tak. Brzydkawo. Screen by moi.
Gra wygląda tak. Brzydkawo. Screen by moi.

Widzicie, na samym początku byłem do tego tytułu optymistycznie nastawiony. Lata 30 XX wieku, Nowy Jork, Wielki Kryzys, nocna pora, wszechobecny deszcz, podejrzane lokale i Jack Del Nero: były policjant o cynicznym nastawieniu do świata i zbyt wielkim pociągu do alkoholu, obecnie mieszkającym w nieciekawym lokalu i zarabiający na życie marnymi fuchami. Zadłużony i stopniowo staczający się na dno. Do chwili otrzymania wiadomości, że jego były partner, przez którego spędził rok w więzieniu, wrócił do miasta. Motyw tak klasyczny, że chyba bardziej się nie da, ale wciąż mający w sobie olbrzymi potencjał.

Przez długi czas atmosfera była urzekająca. Przymykałem oko na kiepskie tłumaczenie (grę stworzyli Włosi), niekiedy bardzo, bardzo źle napisane dialogi oraz voiceacting (Nero brzmi nieźle, ale reszta… Cóż, nawet jak na poziom amatorski bywa słabowicie). Bo był tam do bólu stereotypowy, ale świetnie zachowujący się chiński taksówkarz. Bo w tle przygrywał melancholijny jazz. Bo krok po kroczku odsłaniano przede mną interesującą historię, którą warto by było przenieść na karty powieści. A potem… Nie chcę spoilerować, bo może ktoś zdecyduje się tę grę sprawdzić, ale wyobraźcie sobie, że oglądacie ultra realistyczny i zgodny z faktami film drugowojenny, a tu nagle od drugiej połowy naziści walczą z pomocą broni energetycznej, mechów i superżołnierzy (Herrenvolk, anyone?). Macie? To wiecie już, jak ja się czułem pod koniec Face Noir. Atmosfera i parę innych rzeczy wciąż trzymały mnie przy grze, ale coraz częściej miałem wrażenie, że scenariusz pisały dwie różne osoby – maniak kina Noir i miłośnik nieco innych klimatów – a potem wyciągnięto z ich pracy średnią. I jeszcze trochę ją zepsuto.

Gra kosztuje 16 dolarów. Znaczy tak informuje oficjalna strona, ale sklep chwilowo nie działa. Jak ktoś ma nadmiar gotówki, kocha amerykańskie, skąpane w nocnym deszczu miasta, których ulicami wędrują prywatni detektywi z długami i miłością do alkoholu, a przy okazji nie ma nic przeciw staroszkolnym mechanizmom, to może spróbować. Jednak nie spodziewałbym się cudów. Bo gra się miło, ale. Bardzo dużo ale.

Chcesz pogadać o starych przygodówkach? Może tutaj?