Przejdź do zawartości

[Inp #5] Papers, Please

Reading Time: 4 minutes

Czyli chwała Arstotzce!

W ciągu mojej długoletniej graczowskiej kariery wcielałem się w wiele ról. Byłem żołnierzem zmagającym się z Zespołem Stresu Pourazowego oraz jego kolegą, szerzącym demokrację w ilości trzech tysięcy pocisków na sekundę. Byłem młodziutką Brytyjką, próbującą się wydostać z pełnej niebezpieczeństw wyspy oraz półwampirzycą mordującą nazistów z pomocą dwóch naręcznych ostrzy i bogatego arsenału broni palnej. Byłem ratującym królestwo, świat albo galaktykę herosem, gangsterem, burmistrzem wielkiego miasta, zarządcą krasnoludzkiej twierdzy, dyspozytorem centrum kryzysowego, Batmanem, hakerem, wirusem komputerowym, budowniczym więzienia, generałem, imperatorem, Kosmicznym Marine, demonem i tak dalej i dalej. Od parunastu dni mogę do tej listy dopisać pogranicznika.

No dobra, troszkę nagiąłem fakty, bo grałem w demko Papers, Please w okolicach marca tego roku, ale było ono skromne, krótkie, oskryptowane i w ogóle daj pan spokój. Wzruszyłem więc ramionami i zapomniałem o grze, mimo optymistycznego tekstu Aleksandra Borszowskiego z Jawnych Snów. Potem pojawiła się huraoptymistyczna recenzja Yahtzeego i kilku innych publicystów growych, a sam tytuł dostał się na Steama, zgarniając nagrodę za nagrodą. więc wyczaiwszy go w ofercie Humble Store sypnąłem groszem (niecałe siedem dolarów, prawdziwy majątek). Okazało się to bardzo złym ruchem, bo przepadłem na wiele godzin dziennych i nocnych, siedząc w punkcie granicznym miasta Grestin, gdzie dla ojczyzny podbijałem dokumenty i węszyłem za kontrabandą.

Reguły gry są proste jak konstrukcja dzidy bojowej. Każdego dnia mniej więcej trzydziestodniowej kampanii główny bohater pojawia się w budce pogranicznika, gdzie czekają na niego nowe wytyczne z ministerstwa. Na początku należy sprawdzać tylko paszporty, potem dochodzą do nich pozwolenia na pobyt, pracę, dowody osobiste, karty szczepień, papiery dyplomatyczne, wprowadzane są restrykcje wobec mieszkańców konkretnych państw, wyjątki wobec innych i tak dalej i dalej, aż lista obostrzeń staje się przejrzysta niczym spisane po starocerkiewnosłowiańsku prawo Unii Europejskiej. Zadaniem gracza jest sprawdzać dokumenty petentów pod kątem błędów oraz naruszeń, porównywać odciski palców, analizować pieczęcie i zdjęcia rentgenowskie, by wreszcie podbić paszport zieloną albo czerwoną pieczątką. Wszystko to przy ograniczonym czasie i pieniędzmi wypłacanymi od liczby obsłużonych klientów, których nie można na ślepo przepuszczać albo odprawiać z kwitkiem, ponieważ każde naruszenie przepisów grozi obcięciem pensji, a za coś trzeba opłacić czynsz, ogrzewanie i jedzenie dla pięcioosobowej rodziny.

I tu objawia się piękno gry o małym punkcie granicznym zbiurokratyzowanego, komunistycznego kraju. Mogę przepuścić zbiega politycznego bez ważnych dokumentów, ale zrobię to tylko własnym kosztem. Mogę przyjąć łapówkę, ale istnieje szansa, że moi zwierzchnicy się o niej dowiedzą. Mogę wesprzeć ruch oporu, pozwolić na kontrabandę albo ograbić pewnego naiwniaka z dobrego zegarka, a przy następnym spotkaniu nasłać na niego moich kolegów z karabinami, ale wszystkie te akcje będą miały swoje konsekwencje, nawet jeśli ich skutki odczuję dopiero wiele dni później. Dzień pracy się kończy, a ja nie wiem, czy wpuścić do kraju dziewczynę wiernie strzegącego mych pleców żołnierza, mającej przy sobie tylko paszport i błagającej o pomoc, czy też może postąpić zgodnie z przepisami, bo obok jej dokumentów leży kilka ostrzeżeń, a nie za bardzo mogę sobie pozwolić na kolejne straty finansowe. Ani trochę nie pomaga fakt, że para nie widziała się od lat, a żołnierz wręczył mi wisiorek ze zdjęciem ukochanej i wyznaniem miłości aż po grób.

PapersPlease3

Ciężko współczuć, a zarazem łatwo poczuć władzę. To ja jestem pogranicznikiem, panem i władcą na włościach. Ja decyduję o losie, a czasem i życiu zwykłych ludzi, podróżujących na wschód za domem, pracą lub w bardziej niecnych celach. Jestem ucieleśnieniem bezdusznej machiny biurokratycznej, nie znoszącej sprzeciwu, nie przyjmującej odmowy, w razie potrzeby sięgającej po brutalną siłę, dzielącej i rządzącej z pomocą dwóch kolorowych pieczątek. Postać gracza nie ma ustalonego charakteru, imienia ani wyglądu, więc nic nie stoi na przeszkodzie przed wcieleniem się w stereotypową biurwę, traktującej petentów jak robactwo, a kodeksy i wytyczne jak prawdy objawione, ewentualnie człowieka myślącego tylko o własnych korzyściach, naginającego przepisy na widok wsadzonych do paszportu banknotów. Gra weźmie pod uwagę moje działania, ale nigdy nie powie „jesteś zły/dobry”, bo na granicy podział ten nie ma racji bytu.

Mała skala czyni problemy przeciętnych ludzi ważkimi i pozwala na lepsze zrozumienie mechanizmów biurokratycznych. Gra tłumaczy, że główną i jedyną ofiarą rozbuchanych przepisów są zwykli ludzie. Że można zasłaniać się kodeksami grubszymi od Biblii, ale wystarczy słowo zwierzchnika i nagle wszystkie wtłaczane do głowy reguły stają się nieistotne. Że najprostszą metodą na uzdrawianie trudnej sytuacji jest mnożenie paragrafów, dających iluzję władzy i kontroli nad pogarszającym się stanem państwa. Że wreszcie przeciętny człowiek znaczy tyle, co nic w starciu z innym człowiekiem, o ile tylko ten drugi ma za sobą mur zbudowany z regułek i wytycznych oraz pieczątkę w dłoni. Wszystko to w charakterystycznej dla wschodniej Europy, tragikomicznej atmosferze, gdzie wobec aparatu państwowego jednostka jest niczym. Prawie jak w Polsce.

Opakowane w prostą grafikę Papers, Please można kupić na oficjalnej stronie gry, GoGu, Steamie oraz Humble Store za maksymalnie dziesięć hamerykańskich dolarów.

PS: Po czym poznać, że dana gra jest popularna? Ano po tym, że posiada wersję kucykową.

Chcecie podbić dokumenty? Może tutaj?