Przejdź do zawartości

[Inp #9] RoboCraft

Reading Time: 5 minutes

Dziś opowiem wam o grze tak popularnej (czołówka zeszłorocznej oferty Steama), że dowiedziałem się o niej ledwo parę dni temu. A jak się już dowiedziałem, to wsiąkłem, gdyż zaoferowała mi smakowity miks najlepszych reguł produkcji, którą kocham i drugiej, którą kochać jakiś czas temu przestałem.

RoboCraft jest tu i ówdzie reklamowany jako nieślubne dziecko World of Tanks oraz Minecrafta, co na kilka pierwszych rzutów oka idealnie pasuje. Po szwedzkim rodzicu gra odziedziczyła swobodne budowanie pojazdów bojowych z szerokiego zestawu zróżnicowanych części, zaś po białoruskim możliwość wzajemnego psucia tworzonych w pocie czoła – albo kupionych za ciężkie pieniądze – cudeniek na rozległych arenach. Do tego dochodzą inne zapożyczenia, takie jak nabywanie nowych podzespołów za jedną z dwóch dostępnych w grze walut, badania naukowe w celu odblokowania coraz lepszych części, ograniczona ilość miejsc w garażu czy dziesięciopoziomowa skala siły pojazdów.

Różnice zaczynają się już na etapie warsztatu. WoT jest, jak sama nazwa wskazuje, grą o czołgach, z kolei RoboCraft stanowi raj dla miłośników pojazdów bojowych jako takich. Kołowych, gąsienicowych, kroczących, poduszkowców, samolotów oraz hybryd, walczących z pomocą laserów, dział plazmowych i innych zabawek dla dużych chłopców. W połączeniu z brakiem odgórnie narzuconych klas pozwala to na rozbijanie się po arenach zarówno superciężką artylerią na ośmiu gąsienicach, jak i droną snajperską o szybkości i wytrzymałości muchy pokojowej. Pełna swoboda kreacji, z którą zresztą nikt nie będzie miał problemu, gdyż w przeciwieństwie do WoTa gra nastawiona jest na lekką, łatwą i przyjemną rąbankę. Nie ma tu konieczności dbania o rezerwy pocisków, stan zdrowia załogi czy chowania się za kamieniami i wystawiania do wroga tylko przodem, co by każde trafienie kończyło się rykoszetem. Jest jedna drużyna, druga drużyna i dziesięć minut czasu na wybicie konkurencji i nie zginięcie w czasie całej operacji.

Matylda, wersja sam już nie wiem która.

Znacznie szybszy i luźniejszy model rozgrywki wynika przede wszystkim z modułowej konstrukcji każdego pojazdu. To, jaką będzie posiadał broń, gdzie jego pancerz będzie najsłabszy czy też do jakiego będzie należeć poziomu zależy tylko od budowniczego i posiadanych przez niego części. Odpada więc konieczność zapamiętywania słabych punktów każdej konstrukcji czy celowania we flanki bądź tył, gdyż mogą być równie dobrze opancerzone, co reszta pojazdu. Odpada również konieczność mozolnego zbierania pieniędzy i doświadczenia, byle dobrać się do fajniejszych maszyn z tej czy innej części drzewka technologicznego. Mam ochotę zagrać artylerią? Przebudowuje czołg. Albo rozbieram go i składam nowe cudeńko od zera. Zabrakło mi części? Pogram jeszcze chwilę czołgiem i dokupię co trzeba, ewentualnie zaplanuje trochę mniejszą konstrukcję. Raz nabyte elementy można sprzedać albo chomikować na czarną godzinę, więc przy rozsądnym wydawaniu kasy budulca nigdy nie zabraknie.

Wspomnianej kasy raczej nikomu nie zabraknie, bo gra jest bardzo sprawiedliwa przy przydzielaniu nagród. Dostaje się je za praktycznie wszystko: zwycięstwo, przegraną, niszczenie części wrogich maszyn, przejmowanie bazy czy tak zwane „heroiczne działania”, które ułatwiły drużynie osiągnięcie zwycięstwa. Nawet na wysokich, zasobożernych poziomach, gdyż system został tak zaprojektowany, by gracz rzadko lądował na minusie, a w najgorszej sytuacji wyszedł na zero. Co więcej, RoboCraft jest pierwszą znaną mi grą, gdzie posiadanie konta premium jest korzystne dla wszystkich obecnych w grze, gdyż każdy uczestniczący w bitwie gracz płacący zwiększa nagrody otrzymywane przez resztę. Wejdzie takich dziesięciu do gry i nagle, bez wydania złamanego dolara, zyski ze zwycięstwa bądź porażki rosną o połowę. A że dwa tygodnie konta premium kosztują ledwo 5 dolarów, to nie dziwota, że co partyjkę można spotkać przynajmniej jednego premiumowicza.

Znana z Minecrafta modułowość oznacza również, że pojazd nie posiada paska życia, ale musi być zniszczony kawałek po kawałku, w kolejności praktycznie dowolnej. Jedynym ograniczeniem jest jego konstrukcja, sposób rozstawienia części, osłon oraz połączeń między nimi. Prowadzi to do interesujących sytuacji, gdy z samochodu może zostać tylko lewa połowa kadłuba wraz z kołami, ale mimo to wciąż będzie zdolny do walki dzięki ostatniej ocalałej wieżyczce. Albo gdy ciężarówka straci wszystkie koła sterowe i będzie w stanie jechać tylko do przodu i tyłu. Albo gdy platforma artyleryjska utraci możliwości bojowe, bo jego genialny budowniczy wszystkie działa ustawił na podatnych na zniszczenie platformach. Co prawda zabicie pilota automatycznie niszczy resztę pojazdu, ale póki jest zdrowy, jego potężna maszyna może składać się tylko z dwóch kół i fragmentu podwozia, cierpliwie czekających na przybycie medyka.

Wbrew pozorom to nie budowa machin wojennych jest tu najfajniejsza, tylko ich testowanie. Bojowe szukanie optymalnego rozstawienia wieżyczek, najlepszej szerokości pojazdu, wagi pancerza w stosunku do napędu i tak dalej. To jedna z tych gier, gdzie czołg między godziną osiemnastą i dwudziestą może zostać trzykrotnie przebudowany tylko dlatego, że właścicielowi nie podobała się jego kanciastość. Ewentualnie postanowił połączyć skrzydła z turbinami i sprawdzić, czy tak stworzone dziwadło w ogóle ruszy się z miejsca. Co prawda nie można bawić się kolorami pancerza, bo te są uzależnione od jakości części, nie ma co również marzyć o napisach albo innych malunkach, ale poza tym możliwości są praktycznie nieskończone. Nolanowski Batmobil? X-Wing? TIR? Latająca czaszka? Sky is the limit! Oraz techniczne ograniczenia, bo wiecie, klocki nie mogą sobie wisieć ot tak w powietrzu.

Jak wcześniej wspominałem w stosunku do World of Tanks walka w RoboCraft została znacząco uproszczona. Do tego stopnia, że kojarzy mi się z pierwszą częścią Dooma i podobnymi, staroszkolnymi strzelankami. Pojazd A strzela z lasera do pojazdu B, pojazd B odpowiada ogniem plazmowym. Mogą się schować za kamieniem albo manewrować, ale prędzej czy później jeden ubije drugiego. Przegrany wróci do garażu, a ranny zwycięzca pojedzie szukać kolejnych ofiar. Prostota i szybkość w połączeniu z krótkimi partiami (jeden dobrze ustawiony snajper = śmierć w drugiej minucie) stanowią o sile gry, do której można wskoczyć na kwadrans, wygrać kilka walk, lekko zmodyfikować pojazd i wyjść bez obaw, że coś się przy tym straci. Wyjątkiem czasowe premium, ale jednodniowe jest tanie jak barszcz, więc nie ma powodów do zmartwień.

RoboCraft znajduje się obecnie w fazie early access, ale jak na wczesny dostęp jest zadziwiająco kompletna. Części tu więcej, niż wystarczająco, serwery działają w miarę stabilnie, a sama gra jest po stokroć lepiej zoptymalizowana od Świata Czołgów, co zresztą ciężko uznać za wyczyn. Mimo trzech dni intensywnego grania wciąż mam ochotę do niej wracać, a to w moim przypadku bardzo dużo. Tak to jest, jak się fanowi Minecrafta da możliwość zdominowania pola bitwy z pomocą własnoręcznie zbudowanego czołguAlbo helikoptera. Albo mecha. Oficjalna strona gry znajduje się tutaj.