Przejdź do zawartości
Okładka książki niezbyt się nadaje na sensowną grafikę posta, więc w jej miejsce łapcie tematycznie pasującą tapetę.

Jak napisać scenariusz filmowy?

Czyli o zacnym poradniku dla aspirujących gryzipiórków.

Jak mogłem się dowiedzieć z pewnego motywacyjnego spotkania, na świecie istnieją podręczniki uczące wszystkiego: pielęgnowania ogrodu, pilotowania wahadłowców oraz szydełkowania pod wodą. Także wszelkiego rodzaju aktywności możliwych do wrzucenia do worka z napisem „kreatywne”, czytaj muzykowania, malowania, pisania i tak dalej. Przy czym, jak udowadniają niektóre z podręczników, nie trzeba wydawać osobnej książki dla wierszokletów, powieściopisarzy i scenarzystów, gdy rady dla wszystkich tych grup można zmieścić w jednej publikacji o nieco mylącym tytule.

Bo Jak napisać scenariusz filmowy wbrew pozorom nie jest książką przeznaczoną li tylko dla osób pragnących napisać skrypt dla drugiego Wielkiego Lebowskiego, chociaż przez większość czasu udaje, że tak właśnie jest.

„Autor jest ostatnią osobą, którą należałoby pytać o jego dzieło.”

Na początek warto zaznaczyć, że poradnik jest dość skromnych rozmiarów. Niby liczy te 400 i kilka stron, ale część z nich zajmuje lista lektur obowiązkowych, przykładowe scenariusze z zachowaniem oryginalnego formatowania, duże tabelki, szablony oraz nieobowiązkowe ćwiczenia, zaś do tekstu wybrano dużą i czytelną czcionkę. Nie tak wielką, jak w publikacjach Fabryki Słów, ale dyszącą jej w kark w wielkim wyścigu o tytuł najlepszego przyjaciela osób z problemami ze wzrokiem. Jeśli więc ktoś się uprze i będzie pomijał nieprzydatne fragmenty, to upora się z lekturą w dzień, góra dwa.

A omijanie jest tutaj słowem kluczowym. Nie z powodu jakości tekstu, do której przejdę później, ale towarzyszących mu dodatków. Przede wszystkim Jak napisać…? zostało wydane pierwotnie na rynku amerykańskim, przez Amerykanów i dla Amerykanów. Praktycznie cała, poświęcona sprzedaży część czwarta dotyczy USA, a większość – jeśli nie wszystkie – omawiane w tekście przykłady pochodzą z Hollywood. Polskie akcenty to rekomendacje ludzi z branży (Machulski, Wajda, Zanussi i inne konkretne nazwiska) oraz ostatni, jednostronicowy załącznik, składający się z listy rodzimych publikacji na temat scenopisarstwa oraz krajowych szkół uczących trudnej sztuki opowiadania historii z pomocą filmu. Tak więc nie wiem, jak inni, ale ja sporo stron pominąłem, chcąc się dobrać do mięska. Wielce smakowitego mięska.

„Pisanie to redagowanie.”

Autorzy zaczynają swój poradnik w dość przewrotny sposób, informując, kim jest recenzent scenariuszy i jak najlepiej do niego trafić. Nie „Najważniejsze w dobrym scenariuszu to…”, nie „10 uniwersalnych porad ludzi sukcesu”, czy innego tego typu bycze gówna, tylko sposoby na przekonanie czytającej skrypt osoby, że właśnie trzyma w ręku Ten Scenariusz, który przyniesie wytwórni większy zysk od Avengers i Titanica razem wziętych. Bo to recenzent robi za pierwszą linię obrony w branży filmowej i od jego decyzji zależy, czy ciężka praca wanna be współautora kasowych hitów trafi na biurko producenta. Co prawda mamy teraz dostęp do internetu i może któryś książę Fabryki Snów z nadmiarem czasu krąży po forach i blogach w poszukiwaniu nieoszlifowanych diamentów scenopisarstwa, ale przyjmijmy, że stanowią margines i w branży wciąż dominuje tradycyjna droga.

O.m.c. pisarz pisze, recenzent ocenia i przybija czerwoną albo zieloną pieczątkę, wysyłając tekst dalej w świat albo do najbliższego kosza. Czy nie wydaje się to Wam znajome? Oczywiście, to przecież branża literacka w pigułce. Starczy zamienić recenzenta na redaktora albo inną osobę z dostępem do skrzynki pocztowej, zmuszonej do codziennego użerania się z domorosłą twórczością drugich Sapkowskich czy Zajdlów. W obu przypadkach nie ma mowy o zwracaniu materiałów niezamówionych i w obu albo autor przejdzie dalej, albo niech spada na drzewo, bo kolejka pieruńsko długa, a nikt nie ma czasu na kogoś, kto okazał się niedostatecznie dobry. Co można zresztą odnieść do całej współczesnej popkultury, ale o tym może innym razem.

Przede wszystkim jednak obaj autorzy niemal co rozdział wyjaśniają, że praca scenarzysty jest ciężka, opisują dziesiątki stojących na jego drodze do sukcesu barier, straszą rosnącą z roku na rok konkurencją oraz trudnościami z przebiciem się. Nawet zachęta w postaci sum z wieloma zerami na końcu nie może zatrzeć wrażenia beznadziejności, poczucia, że albo jest się dobrym i odpowiednio wykorzysta wszystkie odkładane na czarną godzinę zapasy farta, albo lepiej zająć się czymś innym, bo mieszkający po sąsiedzku magazynier oraz pracownik spożywczaka również piszą i to pewnie oni wykroją dla siebie miejsce w branży. Ale to chyba lepiej, niż wciskać ludziom, że każdy ma w plecaku scenariusz, przy którym Fight Club to pisanina leżakującego przedszkolaka.

„Są rzeczy, które film może i których nie zrobi.”

Osoby niezainteresowane kwestiami technicznymi (format strony scenariuszowej, wielkość i rodzaj czcionki i takie tam) albo historią opowiadania historii (genezą trzech aktów, wpływem Poetyki Arystotelesa na późniejszych teoretyków i tak dalej) z pewnością docenią fragmenty poświęcone filmowi jako takiemu i różnicami między nim a literaturą albo teatrem. Bardzo dobre fragmenty, w których podręcznik błyszczy niczym ściana świeżo wypolerowanych medali na piersi krasnoarmisty. Może się to wydawać oczywiste, ale dam sobie łapę uciąć, że nie każdy wanna be autor, fanfikowiec, jutiuber czy inne cholerstwo, wie o ograniczeniach wybranego przez siebie medium. Dzięki temu otrzymujemy przegadane filmy, książki udające wysokobudżetowe blockbustery albo gry akcji posiadające szekspirowskie fabuły, które 95% grających pominie z szerokim ziewnięciem.

Poradnik na ten przykład informuje, że w filmie nie można napisać gdzieś u góry „bohater jest smutny”, gdy w literaturze to jest jedno zdanie roboty. Że zajmujący dwie strony powieści opis w filmie może być ograniczony do kilkusekundowej sceny, z najazdem kamery na charakterystyczne obiekty. Że film posiada muzykę, pozwalającą spotęgować wydźwięk wybranego fragmentu, wprowadzić kontrast między tym, co widoczne i tym, co słyszalne. Że wreszcie nie są to niuanse czy wypisywane na marginesach ciekawostki, ale podstawy, fundamenty takiego, a nie innego środka wyrazu, po których można odróżnić film słaby od średniego i dobrego. Oraz recenzenta znającego się na rzeczy od… no, nieznającego się na rzeczy.

„Konflikt to kwintesencja każdego scenariusza, każdej sceny, postaci, chwili.”

Patrzę po swoich półkach z książkami. Odsuwam na bok tytuły popularnonaukowe, biografie albo albumy i zostawiam powieści. W każdej z nich dostrzegam konflikt. O ziemię, ukochaną, zasady, wolność, pieniądze. W każdej występują minimum dwie postacie walczące o tę samą rzecz, idące do tego samego celu, jednak po innych ścieżkach. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że nikt nie chce oglądać filmu o wiosce szczęśliwych ludzi, jeśli zaraz nie spotka ich coś strasznego i że ta zasada odnosi się do każdego medium starającego się opowiedzieć jakąś historię. Nawet gry (nie-gry?) pokroju Gone Home bądź Stanley Parable opowiadają o konflikcie, tylko niekoniecznie z użyciem czołgów i żołnierzy z bicepsami większymi od głowy.

Autorzy poradnika piszą, jak stworzyć dobry konflikt. Jak wpisać w niego interesujące postacie. Jak zbudować spójny i pasujący do ogólnego konceptu świat. Podają przykłady, odwołują się do klasyków, rozbierają każdy element na części i pokazują, jak to wszystko razem działa, analizują gatunki, a przede wszystkim radzą, czego nie robić. Jakich klisz unikać, jakie sceny wycinać, wreszcie jak traktować swoją pracę, by z czystym sercem móc ją przyciąć i poprawić. Bo co jest zmorą początkujących? Zbytnie przywiązanie do wystukiwanych w pocie czoła linijek tekstu. Przeświadczenie, że napisało się coś wspaniałego, chociaż przysłowiowe trzy osoby z ulicy będą twierdzić co innego. Wreszcie strach przed redakcją, „zniszczeniem wizji” autora i podobnymi bzdurami, który powoduje wychwalanie pod niebiosa możliwości Web 2.0 i self-publishingu przez coponiektórych. Co prowadzi do szokujących wniosków, że dobrze napisany dialog nie jest efektem posiadania wielkiego talentu albo zaaplikowania 30 miligramów weny, tylko krytycznego spojrzenia na własną twórczość i odwagi poprawienia jej niedostatków. Nawet jeśli oznacza to wywalenie do kosza połowy wyrzeźbionego w pocie czoła tekstu.

„Nie gadaj o miłości, okaż ją!”

Tym sposobem poradnik dla scenarzystów okazał się również wspaniałą pomocą dla pisarzy. Radzącą, by pokazywać, a nie mówić. Nie skupiać się wyłącznie na akcji, bo jej nadmiar nuży. Nie traktować czytelników jak debili, bo nimi z pewnością nie są. Słuchać krytyki i wyciągać z niej wnioski, a przede wszystkim poprawiać, poprawiać, poprawiać. Stosik banałów, dowodzący, że między filmem, literaturą, teatrem i innymi dziedzinami sztuki jest więcej podobieństw, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Oraz różnic, które trzeba umieć wykorzystać, co by stworzyć dzieło wartościowe, a może nawet wybitne.

W sumie jedyne, co przeszkadzało mi w czasie lektury, to rozwlekłość, bo trafiałem na fragmenty, które przydałoby się przyciąć to tu, to tam. No i sposób klejenia, bo przepisując cytaty musiałem przygnieść knigę kubkiem po kawie, co by mi się niecnie nie zamknęła. Niektórych może odstraszyć również cena, pięćdziesiąt minus jeden nowych polskich peelenów, ale jak dla mnie to niezbyt wiele za podręcznik tej klasy, przydatny dla twórców z kilku teoretycznie odległych od siebie dziedzin, którzy, gdy przychodzi co do czego, robią dokładnie to samo – opowiadają historie.

Chcesz pogadać o tym, bądź innych podręcznikach dla nowych autorów? Może tutaj?