Przejdź do zawartości

Jak obejrzeć 365 filmów i nie zwariować

Ostatniego dnia zeszłego roku, podobnie jak 99% populacji świata, powziąłem postanowienie. Gdy inni pragnęli schudnąć albo zmienić pracę na lepszą, ja założyłem sobie, że przez cały 2015 będę oglądał przynajmniej jeden film dziennie. Codziennie. Sześć miesięcy później wciąż udaje mi się go dotrzymać. Dlaczego?

Dzisiejszy tekst powstał przy biernym współudziale SStefanii, nie mogącej wyjść z podziwu dla moich organizacyjnych zdolności. Gdyby tylko wiedziała…

I want to play a game

Postanowienie opiera się na kilku prostych regułach. Oglądany film musi mieć stosowną długość (co najmniej godzina, ale dla perełek w rodzaju Kung Fury zrobiłem wyjątek) oraz być znany więcej, niż trzem osobom na krzyż. Data premiery, gatunek, osoba reżysera czy miejsce produkcji obojętne. Ewentualne zaległości z tytułu pracy, kilkudniowego wyjazdu albo ciężkiej choroby powinny zostać nadrobione do końca roku, tak by w sylwestra licznik dobił 365 seansów. Oglądanie na zaś dopuszczalne jest tylko w wypadku dłuższej nieobecności, na przykład trzydniowego konwentu bez dostępu do telewizora. W każdej innej sytuacji 1 dzień = 1 film, toćka.

Dlaczego? Sam do końca nie wiem. Trochę w celu nadrobienia zaległości (chociaż stosików wstydu wciąż nie uznaję, jakby kto był ciekaw), trochę poznania nowych rzeczy, trochę sprawdzenia, czy mi wyjdzie, trochę wprowadzenia w chaotyczne życie nieco porządku oraz trochę dopiszcie coś sami. Od pi razy oko drugiego miesiąca również przyzwyczajenie. Na tym etapie to chyba głównie ono, co jest nieuniknione przy powtarzaniu tej samej czynności przez tak długi okres czasu.

Tyle wstępu, czas przejść do rzeczy.

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!

watchmovies2Warunkiem pierwszym utrzymania postanowienia przy życiu okazała się elastyczna praca. Posiadam miły przywilej rabotania w domu w ramach systemu „tu masz zadanie i termin, ale jak wyrobisz się na wczoraj to nikt się nie obrazi. I bądź gotów na miesiąc albo dwa poprawek”. Raz więc pracy jest więcej, raz mniej, okazjonalnie zaś wcale i w większości przypadków nie jest ważna pora jej wykonania. Mogę więc kodzić do trzeciej nad ranem, wstać o dziesiątej, obejrzeć film i dopiero koło południa wziąć się za Bardzo Ważne Maile. Przez większość czasu nikt nie będzie miał do mnie pretensji, o ile tylko mam do pokazania jakieś namacalne wyniki. Nie obawiam się więc długiego siedzenia po nocach, a co za tym idzie mogę oglądać kiedy i jak chcę, o dowolnej porze dnia. Zresztą zawsze mogę potraktować seans jako przerwę od pracy bądź nagrodę za długi maraton z HTML-em, więc znalezienie tych dwóch godzinek dziennie zazwyczaj nie stanowi problemu.

Możliwość oglądania w nocy okazała się bardzo ważna, gdyż rolę telewizora pełni u mnie komputer, a ten stoi obok okna. Za dnia przeszkadza mi światło (ile można siedzieć przy zasłoniętych roletach?) oraz hałasy, które magicznie znikają po zapadnięciu zmroku (uroki mieszkania na uboczu miasta). Nocą milkną również wszystkie social media, znajomi nie wyciągają na piwo i generalnie panuje cisza i spokój. W sam raz na nadrabianie RSS-ów albo seans, bez ciśnienia, że właśnie omija mnie coś ważnego albo znajomy ma ważne pytanie i potrzeba mu odpowiedzi na teraz zaraz.

Swoją drogą na samym początku próbowałem oglądać koło 20 lub 22, co by równo o północy iść spać, ale na dłuższą metę okazało się to bez sensu. Na przykład w dniach, gdy uskuteczniam nocną integrację na mieście. Ewentualnie jestem za mało zmęczony, by zaraz po walnięciu się na wyro zasnąć, a na co skutecznym lekarstwem okazuje się godzina ze słabym horrorem. Plus co film, to inny czas oglądania, więc przy stałej godzinie startu meta zawsze znajduje się gdzie indziej, a i zdarzają się dni, gdy o 22 wciąż mam coś ważnego do zrobienia. Stąd oglądam wieczorem bądź w nocy, po prostu.

I love it when a plan comes together!

watchmovies3Drugim składnikiem udanego postanowienia okazał się harmonogram. Mam w kalendarzu wypisane filmy na każdy dzień roku aż do listopada, uszeregowane w rozmaite tematyczne zestawy i przeplatane luźnymi miesiącami, gdy oglądam co popadnie. W lutym skupiłem się na studiu Ghibli, kwiecień sponsorował Kurosawa, a czerwiec kino kategorii B (z grubsza), ale już w maju oraz marcu sięgałem głównie po produkcje z polecenia znajomych, dobrane najskuteczniejszą metodą znaną ludzkości, czyli losowo. Nie jest przy tym ważne, że dziś w planie mam dramat wojenny, a akurat nie jestem w nastroju lub walnąłbym się już do wyrka (z paroma wyjątkami, ale nadrobiłem). Nie, ważne jest to, że mam na dziś zaplanowany film taki a taki, co w przypadku osób takich jak ja oznacza prawie stuprocentowe prawdopodobieństwo obejrzenia. Należę do grupy graczy, która gotowa jest paść z głodu, byle zaliczyć wszystko, co Skyrim ma w ofercie. Jestem również dość niespokojny, jeśli nie zrobię wszystkiego, co zaplanowałem sobie na dany dzień. Świadomość, że dopiero po seansie będę mógł przy tytule postawić krzyżyk, co pozwoli zamknąć listę i spokojnie zasnąć, stanowi mnie bardzo solidny motywator, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

Harmonogram jest skonstruowany o tyle ciekawie, że mam w nim zapisane tylko tytuły i ewentualnie datę wydania. Czasem kojarzę go ze słyszenia, innym razem obejrzałem jakąś słynną scenę na Tubie, ale w większości przypadków każdy seans to wielka niewiadoma. A to bardzo dobrze, bo nigdy nie wiadomo, czy Salute of the Jugger czy The Man From Earth nie okażą się wspaniałymi filmami (okazały się), a Dungeon Siege poprawnym, ale jednak Lord of the Rings dla ubogich (oj tak…). Tym sposobem jednego dnia padnięty startowałem o 23, dowiadywałem się, że film trwa 3 godziny, zniechęcony zaczynałem oglądać i po kwadransie nie mogłem oderwać wzroku od ekranu (The Legend of 1900). Innego myślałem, że odpalam komedię romantyczną, a trafiałem na świetny komedio-dramat z warstwą metanarracji (Stranger than Fiction). Jeszcze innego orientowałem się, że film ma wersję oryginalną i remake, ale że polecający nie sprecyzował, którą miał na myśli, to wybierałem tę nowszą (Gone in 60 Seconds). Dzięki temu każdy seans był inny i szansa na zmęczenie materiału po pierwszym czy drugim miesiącu gwałtownie spadała, co było istotne zwłaszcza w czasie miesięcy tematycznych. Mówcie, co chcecie, ale prawie trzydzieści dni z samurajami albo potworami w gumowych kostiumach zwyczajnie by mnie wykończyło.

Mama always said life was like a box of chocolates

watchmovies4Składnik trzeci to różnorodność. Dziś głupia komedia, jutro oscarowy dramat, pojutrze fantaziak z lat osiemdziesiątych, a na koniec francuska animacja. Filmy dobre wymieszane ze słabymi, klasyki z premierami, tytuły głośne z niszowymi. Nawet kierując się kluczem reżysera i poświęcając prawie cały kwiecień filmografii Kurosawy nie miałem prawa narzekać na nudę, skoro jednego dnia oglądałem Szekspira po japońsku, innym zaś razem kryminał gęsty jak coś bardzo gęstego. W większości sięgam po filmy mi nieznane, czasem jednak pozwolę sobie również na powtórkę. Przynajmniej z nazwy, bo Amelię oraz Robocopa to ja oglądałem wieki temu i niewiele z nich pamiętałem, a klasyk ery VHS-ów, czyli Deep Rising, kojarzyłem jedynie z polskiego tytułu i wielkiego potwora o zbyt dużym apetycie na ludzkie mięso. Ale to nawet lepiej, bo dzięki temu odkryłem, że większość z dawna nie widzianych produkcji wciąż trzyma się całkiem nieźle. To pewnie wina zerowego stężenia (kiepskiego) CGI.

Co istotniejsze, staram się podchodzić do wszystkich filmów w jednakowy sposób. Wiem, że Twilight zebrał niskie noty i nie powinienem brać się za niego na trzeźwo i z własnej woli, ale i tak spróbuję. Wiem, że Catwoman nazywana jest gniotem i prawie najgorszą ekranizacją komiksu w historii (pierwsze miejsce zajmuje Howard The Duck), ale hej, może nie będzie tak źle (i nie było, o dziwo). Wiem, że Plan 9 From Outer Space to ponoć największy ekskrement kiedykolwiek uwieczniony na taśmie filmowej, ale hej, może przynajmniej będzie się z czego śmiać (spoiler: ni czorta). Ok, „romans” Edwarda i Belli oglądałem jednym okiem, bo nawet ja mam pewne granice, ale dałem radę, w przeciwieństwie do Idioty w reżyserii Kurosawy (Sumimasen, Kurosawa-San!). Tak, czasem nie wychodzi i odpadam w połowie, ale próbuję. W innym wypadku nie poznałbym kilku perełek potworzastego kina lat pięćdziesiątych (TarantulaThe Incredible Shrinking Man) albo klasyków lat osiemdziesiątych (wcześniej wspomniany Deep RisingRan, Platoon).

Vanity, definitely my favorite sin

watchmovies5Social media okazały się czwartym, istotnym składnikiem udanego postanowienia. Starczy rzucić na Twarzoksiążce prośbą o podanie paru fajnych tytułów i zaraz rzesza znajomych rzuca się na ratunek. Niektórzy z setkami pozycji, po fakcie twierdząc, że to dopiero drobny ułamek i jak będę grzeczny, to dostanę więcej. Wystarczy napisać, co się właśnie ogląda i zaraz lecą lajki i komentarze, a czasem zdarzy się również jakaś dyskusja („Czy to jest film feministyczny?” pod statusem na temat Brave chociażby). Świadomość, że ktoś może być zainteresowany tym, co oglądam, jak oceniam dany film, co mi się w nim podobało i co będę oglądał dalej to wspaniała zachęta do kontynuowania, jakby nie patrzeć, samotniczego zajęcia. Jest o czym pogadać, można wymienić się opiniami albo dowiedzieć się, że film X za drugim seansem mocno zyskuje, a Y paskudnie się zestarzał, chociaż od premiery minęło ledwo kilka lat. Podejrzewam również, że niejedna osoba widząc lubiany przez siebie albo dawno niewidziany tytuł uśmiechnie się do wspomnień. To niewiele, ale dla mnie bardzo dużo.

Jednak największym kopniakiem motywacyjnym okazało się odkrycie, że moje postanowienie zainspirowało jeszcze dwie osoby. Jedna wzięła się m.in. za filmografię Ghibli i Nolana, druga za top 500 Filmwebu. Co zaś najważniejsze obie wciąż oglądają, nawet jeśli nie robią to z podobną mojej regularnością. Jedna co prawda narzeka, że trafia na z deka zbyt długie sztuki, bo trwające trzy i więcej godzin, ale decyzja należała do niej. Ja tylko podsunąłem sugestię, nic więcej.

I spent the last few years building up an immunity to iocane powder

watchmovies5Wreszcie składnik piąty i ostatni, czyli rutyna. Oglądam, bo jest wieczór i mam film do obejrzenia. Tak było wczoraj, przedwczoraj i tak dalej i dalej, aż do pierwszego stycznia włącznie, i tak też będzie dzisiaj, nawet jeśli cieknie mi z nosa i jutro muszę wcześnie wstać. To pierwsza składowa. Drugą jest to, że poważnie podchodzę do stałych punktów dnia, nawet jeśli wydają się nieistotne (podpada to trochę pod obowiązek, ale nie do końca). W kalendarzu stoi, że mam obejrzeć film, to mam obejrzeć film, kropka. Po trzecie wreszcie, codzienne seanse stanowią wydarzenie, wokół którego mogę zaplanować resztę dnia, a na co nie pozwalają nieregularny sen, posiłki i godziny pracy. Wiem, że o 23 startuję z filmem, który zje mi w najgorszym wypadku trzy godziny, więc wcześniej zrobię to, to i to. Wywalcie go, a nagle stracę jeden z niewielu punktów orientacyjnych, a stąd tylko krok do marnowania czasu. To jest zresztą jeden z powodów, dla których tworzę listy rzeczy do zrobienia i ciągle chodzę z kalendarzem. Bez tego nie wiem, jak rozsądnie gospodarować czasem. Brzmi szalenie, ale nigdy nie twierdziłem, że jestem normalny.

I to z grubsza tyle. Pytania?

PS: Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie, by wszelkiego rodzaju linki i niusy, do tej pory wrzucane na Twarzoksiążkę, publikować w formie krótkich, nieregularnych notek wraz z komentarzem. Dla wygody ludu Twittera (nie chce mi się/ciągle zapominam przeklejać linków) i osób preferujących łatwo dostępne zestawienia nad pojedyncze i szybko znikające z radaru wrzutki. Co sądzicie?