Przejdź do zawartości

Jałowa kraina mrokiem spowita

Czyli fandom growy okiem laika.

Wyobraźmy sobie przeciętną dziewczynę sztuk jeden, grającą od lat na konsoli albo pececie, czasem poczytującą pisma branżowe, bytującą gdzieś na skraju tak zwanego fandomu growego. Nigdy ją specjalnie nie interesował, wędrując po sieci nie stykała się z jego aktywnością, ale wie, że istnieje i jakoś tam wpływa na jej hobby. Pewnego dnia, czy to z potrzeby znalezienia rozwiązania dla problemu sprzętowego, czy ciekawości, co tam w internetach o grach piszą, postanawia wreszcie odwiedzić któryś z branżowych serwisów pisanych w pięknej polskiej mowie. Ewentualnie zachodni, jeśli akurat ma taki kaprys.

Zagląda więc nasze dziewczę na, dajmy na to, IGN czy inne CD-Action, wybiera news na temat zbliżającej się premiery kolejnego murowanego hitu tej generacji, czyta go i ciekawa opinii innych przegląda komentarze. Zakładamy, że zna sytuację na Onecie czy innym Kwejku, ale nie podejrzewa graczy o podobny poziom prowadzenia dyskusji. Prawdopodobnie pierwszym, co wpadnie jej w oko, jest umiłowanie tychże do metkowania, dzielenia i szufladkowania. Z jej tworzonych na bieżąco notatek wynikać będzie, że osoby grające dzielą się z grubsza na True Prawdziwych Graczy, weteranów Atari Commodore i Game Boya, pamiętających pierwsze odsłony Mario i rządy pierwszego Quake’a; Hardkorowców jedzących na każde śniadanie płatki zalewane wódką, jadących do pracy zawsze najbardziej poplątaną drogą, dla rozrywki żujących stalowe pręty i przekonujący innych, że to fajna sprawa; oraz Każuali, posiadających swoją grupę głównie dlatego, że inni ich do niej wrzucili. Oprócz nich istnieje jeszcze wiele mniejszych grup, podgrup i podpodgrup, a pełna mapa ich wpływów i zależności będzie tylko odrobinę mniej skomplikowana od pełnej dokumentacji Wielkiego Zderzacza Hadronów, ewentualnie analizy fabuły wszystkich sezonów Doktora Who.

Żeby jeszcze bardziej wszystko pogmatwać, niektórzy z obserwowanych przez dziewczynę osób uważać będą wyżej podane podziały za jedyne obowiązujące, inni podważać sens ich istnienia, a jeszcze inni starać się wytyczyć nowe granice. Zaintrygowana tym faktem obserwatorka zauważy również, że niektóre z odkrytych przez nią grup nie pałają do siebie sympatią. Znaczy Prawdziwi Gracze nie lubią Każuali, bo przez nich growe hobby przestało być elitarne i sprowadza się do hodowania marchewek na Facebooku (która to hodowla nie jest grą, co każdy z nich jest w stanie udowodnić), na co owi Każuale nie dają pojedynczego nawet fucka, zajęci swoimi sprawami. Bohaterka dojrzy jeszcze gdzieś w kącie przedstawicieli bardziej umiarkowanej frakcji, starających się nie oberwać rykoszetem co ostrzejszych „dyskusji” i unikających pytań „a ty jakie gry lubisz?”, brzmiących jak kulturalne zapytanie o ukochany klub sportowy otoczonego kolegami szalikowca o 22 w ciemnej uliczce.

Ale podziały nie ograniczą się do szufladkowania, pełnych niechęci spojrzeń oraz solidnej dawki sączonego z tej czy innej strony jadu, którego stężenie niekiedy wielokrotnie przekracza dawkę śmiertelną. Drugą rzeczą, jaką prędko nasze dziewczę zauważy, jest konflikt między posiadaczami różnych platform sprzętowych. Obserwacja podpowie jej, że wystarczy napisać komentarz opisujący PlayStation 3 za wspaniałą konsolę, a sieć natychmiast wygeneruje osobnika uznającego autora takiej wypowiedzi za debila i wyjaśniającego, że któryś tam XBox jest lepszy, bo ma kosteczkę RAM-u więcej albo prawą gałkę o milimetr bliżej kciuka. Nasza bohaterka zauważy również, że trzecią stroną tak zwanej wojny konsolowej (i to niepierwszej!) są posiadacze PC, którzy z jednej strony patrzą na te werbalne przepychanki z politowaniem („paczcie, konsolowcy znów się kłucom, ha ha XD”), z drugiej zaś strony zaprzeczają za każdym razem, gdy ktoś nazwie ich drogie, szare pudła przestarzałymi i niepraktycznymi skarbonkami bez dna. W dyskusji padać będzie mnóstwo argumentów, coś na temat DRM-ów, stałego połączenia z siecią, drugiego obiegu i mnóstwa innych terminów, niekoniecznie zrozumiałych dla naszej bohaterki, ale widać bardzo ważnych, bo niektórzy gotowi są rwać szaty na sobie i innych i wywołać minimum jedną krucjatę, byleby dowieść swoich racji. Co ostatecznie i tak nic nie da, bo żadna ze stron nie będzie miała zamiaru opuścić do tej pory zajmowanych pozycji.

Po godzinie tej mało obiecującej analizy dziewczyna natrafi na tekst poświęcony grom mobilnym. I zbaranieje widząc, że światek gier podchodzi do platform mobilnych oraz tak zwanych social games w sposób bliski schizofrenii. Z jednej strony masa firm robi tytuły dla tak zwanego „przeciętnego gracza”, na komórki i tablety, a jeszcze więcej osób w nie gra, ale z drugiej przyznanie się w towarzystwie, że co jakiś czas pyknie się w Angry Birds uznawane jest za ostre wykroczenie przeciw etykiecie. Bezpieczniej powiedzieć, że sympatyzuje się z nazistami albo wysysa krew z bezbronnych szczeniaczków, niż nazwać Farmville odprężającą rozrywką. Dobrze też nie używać terminu „gra”, bo ktoś zacznie udowadniać, że dowolna Farma to nie gra, tylko wysysacz kasy z głupich kur domowych. Jeśli jednak dziewczę będzie miało pecha szczęście, zaraz pojawi się ktoś jeszcze, kto podda w wątpliwość samą definicję gry. W ten sposób nasza bohaterka dowie się, że rzeczony termin wciąż nie ma jednej obowiązującej definicji, co bardzo utrudnia dyskusję, ale zdaje się większości fandomitów, posiadających swoją, najlepszą i jedyną, nie przeszkadzać.

Po dwóch godzinach wędrowania po trujących obszarach sieci dziewczyna zapewne będzie chciała przerwać swoją fandomową edukację, ale wtedy kątem oka zauważy news o operacji powiększania biustu Lightning z Final Fantasy XIII oraz drugi, o potężnie wyposażonej czarodziejce z Dragon’s Crown i postanowi je przeczytać. Po kolejnej godzinie dojdzie do słusznego wniosku, że środowisko Graczy musi się składać w 99% ze zboczeńców, bardzo ekscytuje się biustami kobiecych postaci. Niemal każdy biega z miarą krawiecką i ocenia, że ta para piersi jest za duża, a ta za mała, brzydka albo ładna, sztuczna albo naturalna, że rozmiar tych uwłacza posiadaczce i powinien zostać zmniejszony, tamtych odziera ją z wszelkiego charakteru, a tych obok to w sam raz, bo nie przesłania jej bogatego wnętrza. Miłośnicy dużych obwodów obrywają łatką zakompleksionych, traktujących kobiety jak zabawki gówniarzy, zwolennicy małych zostają nazwani gejami i hipokrytami, a gdzieś w tle przewija się wątek feminizmu. W zasadzie to niekoniecznie w tle, bo szansa na to, że w dyskusji o wyglądzie bohaterki ktoś zejdzie na kwestie feminizmu rośnie wprost proporcjonalnie do liczby komentarzy. Dzięki temu nasza bohaterka dowie się również, że przez długie lata głównie męski fandom musi się obecnie mierzyć z prawdziwą inwazją osób innych, niż heteroseksualni, biali mężczyźni, z czym radzi sobie z gracją godną zbrodniarza wojennego oddelegowanego do opieki nad przedszkolakami.

Po czwartej godzinie poszukiwań i zamknięciu na moment oczu – biedactwa wymagają przerwy, tak długo były szeroko otwarte – nasza coraz bardziej skołowana bohaterka dowie się, że branża gier jest, wbrew temu, co do tej pory czytała, bardzo przyjaznym miejscem, gdzie fani bardzo uprzejmie podchodzą do przedstawicieli firm dostarczających im rozrywki. Na przykład śląc twórcom wiadomości z pogróżkami, kiedy ci delikatnie zmienią statystyki ich ulubionej broni, wyjaśniając, że zabiją dzieci jednej z pań, gdyż system walki w ich ulubionej grze był słaby, co dowodzi, że jest ona (pani, nie gra) złą matką, czy też generalnie traktując jak śmieci. Czasami twórcy biorą sobie rady fanów do serca i opuszczają gościnne progi tego sektora rynku. Komentatorzy i publicyści również traktowani są z szacunkiem, zwłaszcza jeśli pozwalają sobie na odrobinę krytycyzmu na niepopularne tematy.

Fani są również bardzo uprzejmi w stosunku do twórców tykających ich ulubione dzieła. Starczy, że zmienią pewnego aroganckiego, dupkowatego łowcę demonów w „chudą, durną emo-ciotę„, a w stronę „niszczycieli marki” natychmiast poleci artyleryjska salwa wypełnionych gównem balonów od miłośników „starych, dobrych czasów”, których szeregi (i balony) zdają się być nieprzebrane. W czym, co dziewczyna zrozumie bardzo szybko, fandom growy nie będzie różnił się za bardzo od filmowego czy komiksowego. Co prawda jeśli nowa wersja okaże się sensowna i osiągnie sukces, to liczba szczekaczy gwałtownie spadnie, ale pamięć zbiorowa fandomu na pstrym koniu jeździć raczy, czym dziewczyna wyjaśni sobie między innymi fenomen wciąż rosnących cyferek przy tytułach gier, którym dawno temu wieszczono zagładę.

Wreszcie po szóstej godzinie czytania komentarzy i artykułów dziewczyna wyłączy komputer, spojrzy w okno i popadnie w zadumę. A w zadumie tej dojdzie do dość przykrego wniosku, że fandom growy, obok bycia generalnie do luftu, ma kompleks. Na tle innych jest bardzo młody, wciąż nie wszyscy traktują go poważnie, więc niczym mały chłopiec stara się udowodnić swą wartość w oczach starszych. A to średnio co miesiąc ogłasza którąś grę „Obywatelem Kane branży„, a to jara się, że inna pełna jest filmowych wstawek i rozmachu godnego holyłudzkiego blockbustera, posiada wystarczająco dużo tekstu do wypełnienia nim dwudziestu książek i głębię (bardzo ważne i często stosowane przez fundom słowo) porównywalną tylko z dziełami antycznych filozofów i tak dalej. W ten sposób dziewczę zrozumie, że gry nie mogą być dobre same z siebie, tylko muszą być lepsze od kina, literatury i ich koleżanek, inaczej fandom, zmartwiony, że nikt nie uznaje ich ulubionej rozrywki za dzieła sztuki, nie będzie w stanie spać po nocach.

Następnego dnia dziewczyna będzie chciała kontynuować swoje badania, ale tuż przed włączeniem przeglądarki przypomni sobie o wszystkich przeczytanych hejtach, obrzucaniu się nawzajem błotem, sztucznych podziałach, ślepym gloryfikowaniu jednych twórców i gnojeniu innych za grzechy sprzed lat, pogróżkach, obraźliwych epitetach (w tym wielu skierowanych w jej stronę, pod dwoma komentarzami, które odważyła się popełnić w afekcie), wyolbrzymianiu rzeczy błahych, kłótniach w miejscu dyskusji i wielu innych rzeczach, jakie widziała w dniu wcześniejszym i natychmiast zrezygnuje. Co prawda będzie świadoma tego, że zbadała ledwo wycinek fandomu i jej obraz tegoż jest niepełny i wyolbrzymiony, a co za tym idzie także i krzywdzący, ale sama myśl o kolejnym nurkowaniu w szambie komentarzy na temat „Dlaczego XBox One ssie, a jego fani to fanboje-debile” będzie dla niej barierą nie do przezwyciężenia.

Zażalenia na powyższy tekst można składać tutaj.