Przejdź do zawartości

[KGM #2] seria BloodRayne

Czyli o muzycznej oprawie przygód najsłynniejszej cyfrowej półwampirzycy słów kilkaset.

Krwawa Rayne, zapakowana w obcisły, skórzany strój i ozdabiająca rude włosy tasiemkami (czy innymi wstążkami) dhampirzyca, zadebiutowała pod koniec roku 2002, kiedy to z pomocą dwóch słusznych rozmiarów ostrzy i zestawu nadnaturalnych mocy usunęła z tego padołu łez jednego księcia piekieł, stadko krwiożerczych potworów oraz setki nazistów z paranormalnej Gegengheist Gruppe. Bo jak powszechnie wiadomo żaden porządny nazista nie rusza się z domu bez swojego egzemplarza Necronomiconu. Rzeczony debiut został przyjęty przez graczy całkiem ciepło (wciąż pamiętam recenzentów śliniących się do screenów z Rayne), dwa lata później rzucono na rynek część drugą, osadzoną w czasach współczesnych i trzymającą poziom poprzedniczki, zaś w roku 2011 do tej pary dołączył dwuwymiarowy platformówko-slasher. W międzyczasie Playboy postanowił pochylić się nad środowiskiem graczowsko-nerdowskim i zorganizować dhampirzycy rozbieraną sesję (pierwszą tego typu w historii, po szczegóły odsyłam do gogli), a Uwe Boll potwierdzić swe mizerne umiejętności reżyserskie serią filmów z udziałem Rayne, za co z pewnością czeka go po śmierci zasłużona kara.

To tyle na temat bohaterki (którą większość graczy zapewne zna, ale w razie czego…), w sprawie gier szukajcie recenzji albo pełniaków, swego czasu dorzuconych do CD-A, a ja przechodzę do soundtracków.

Bunkry Argentyny, zamki Rzeszy, wieżowce USA

BloodRayne okładka pierwszej części gry z główną bohaterką i logiem produkcji
Za muzykę do pierwszych dwóch części odpowiada Kyle Richards, facet cierpiący na identyczną przypadłość, co Jarrid Mendelson, czyli niemal całkowity brak w sieci informacji na jego temat. O co zresztą nietrudno, skoro identyczne imię i nazwisko nosi pewna aktorka oraz irlandzki śpiewak. Logicznym jest, że skoro ta sama osoba pracowała przy obu tytułach, to ich ścieżki dźwiękowe nie będą się od siebie za bardzo różnić? Owszem, ale nie tym razem.

Zacznijmy od jedynki. Jej akcja toczy się nocną porą na bagnach Luizjany, w betonowym, nazistowskim kompleksie wojskowo-górniczym, bądź też w zrujnowanym zamku gdzieś w Niemczech. We wszystkich tych miejscach przeciwnikami Rayne są między innymi jakieś okultystyczne monstra, generał piechoty o posturze niedźwiedzia i paru cybernetycznych dodatkach, czy też naładowany antycznymi artefaktami GegenGruppenFührer Jürgen Wulf, którego można by postawić w Sèvres jako modelowy przykład pruskiego arystokraty hobbystycznie zajmującego się zgłębianiem mistycznych sekretów. Graficznie gra miała dość ciężkawy klimat, dlatego też, co by wszystkie elementy się z sobą zgadzały, większa część soundtracku (posiadającego, podobnie jak w przypadku dwójki, wyjątkowo mało wyszukane nazwy) to niepokojące, stanowiące miks instrumentów i elektronicznego brzmienia utwory, w większości spokojne (Argentina 1, Argentina 2, Germany 4, Voodoo, Daembeatv2), a odrobinę szybsze w czasie walk z bossami (Priestem, Kommando, Mechami). Świetnie sprawdziłyby się w horrorach, nadają się do słuchania podczas pisania, ale energii od nich nie przybędzie, więc jak kto senny albo życiem zmęczony, to lepiej zostawi je w spokoju.

A w zamian sięgnie po muzykę z dwójki. Ponownie jest tu troszkę ambientowego, klimaciarskiego smęcenia (Ambient 1, Ambient 3), jednak dla odmiany większą część soundtracku zagarnęły dla siebie całkiem żwawe motywy bitewne (WaveFight 2, WaveFight 4, Boss Kagan) stojący gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnościami End Credits oraz lecąca w jednej z lokacji zacna muzyka klubowa (Club Music 1 i Club Music 2 3 4). Osobiście preferuję ścieżkę z dwójki, lepiej sprawdzającą się w czasie wędrówek po mieście ze słuchawkami w uszach, ale jeśli potrzebuję spokojniejszych melodii, to bez wahania sięgam po jedynkę. Całość kiedyś była, a obecnie, z przyczyn mi nieznanych, przestała być dostępna na stronie gry, żadna oficjalna płyta nie istnieje (albo Google mnie okłamuje w sprawie ewentualnej okładki), toteż zostaje pogrzebać po różnych serwisach. Może za wyjątkiem JuTiuba, bo o ile jedynka wisi tam bodaj w całości, tak dwójka już niekoniecznie.

„Mieszanka wyrafinowanego, gotyckiego sznytu oraz velociraptorów młócących gitary podczas jazdy na nartach przez morze lawy.”

BloodRayne Betrayal okładka soundtracku z główną bohaterką oraz logiem gry

Powyższy cytat znalazłem na stronie GameMusic.pl w dziale z darmowymi ścieżkami dźwiękowymi (warto zajrzeć, bo dużo dobrego towaru tam leży), ale skąd go wytrzasnęli, tego nie wiem. Grunt, że idealnie podsumowuje zawartość opisywanej płyty. Ta liczy sobie 30 utworów, z czego 13 to 8 bitowe aranżacje swoich kolegów, stanowiące ukłon w stronę fanów klasyki rodem z NES-a (tak też zresztą są podpisane). Za wszystkie odpowiedzialne jest niejaki Jake Kaufman, obecny na rynku od roku 2000, maczający palce przy muzyce między innymi do Atlantis: The Lost Empire, czwartej Contry (yep, było ich więcej) oraz Red Faction: Guerilla. Nowe przygody Rayne ozdobił sensownie nazwanym, sytym miksem spokojnej, wręcz melancholijnej muzyki symfonicznej z wyróżniającymi się partiami fortepianu (Title, Raven, Peacefull Moon) monumentalnej muzyki symfonicznej bez fortepianu (The Crimson Demon, Escape) oraz energetyzującej muzyki symfonicznej z ostro, ale bez przesady młócącymi gitarami (Dusk Falls, Kagan, Poisoned Halls, Zetagama). Trzeba mu oddać, że co prawda niektóre utwory mają dość podobnie do siebie brzmiące fragmenty, ale w żadnym wypadku nie nazwałbym ich identycznymi, bądź trudnymi do odróżnienia. Worek kudosów za niepowtarzalność i drugi za pełen pasji, lecący przy napisach końcowych gitarowo-symfoniczno-fortepianowy kawałek z wokalem Jessie Seely, podkładającej głos pod Rayne. Tak jak ze wszystkich trzech soundtracków najbardziej lubię ten do Betrayal, tak z całej ścieżki do niego najbardziej ukochałem sobie wyżej wymieniony utwór i myślę, że nie jestem w tym osamotniony.

W recenzji płyty na GameMusic.pl niejaki Des zwrócił uwagę na podobieństwo muzyki z Betrayal do tej z Castlevanii: Symphony of the Night. Nic w tym dziwnego, skoro Kaufman przyznał się, że pracujący nad grą programiści używali tamtego soundtracku (oraz kawałków Nightwisha) w charakterze placeholderów, on zaś przesłuchał go i stwierdził głośno, że potrafi lepiej. Znaczy nie potrafi, ale będzie się starał. Krótką, napisaną z jajem historię projektu można przeczytać tutaj, a najlepsze jest to, że wzorem poprzedników soundtrack jest dostępny za free (albo „co łaska”). Starczy wejść na bandcamp.com, wykonać kilka klików i voila. Warto, bo o ile sama gra oceniana jest różnie (na WP ją zjechano, podczas gdy większe zachodnie serwisy wystawiły bardzo wysokie noty), tak muzyka doń stoi na wysokim poziomie.

Chcesz pogadać o Rayne? Może tutaj?