Przejdź do zawartości

[KGM #6] Final Fantasy VI: Balance and Ruin

Dzisiejsza notka poświęcona jest jednemu z ważniejszych wydarzeń muzycznych roku 2013, czyli premierze tytułowego albumu. Jednak zrozumienie tego faktu wymaga poznania kontekstu, w tym skróconej historii serii Final Fantasy. To wszystko znajduje się poniżej, więc jeśli orientujesz się w temacie i nie masz ochoty na czytanie przeznaczonych dla świeżaków przydługich wstępów, efektu #tabloidyzacjiblogosfery, po prostu zjedź niżej, do fragmentu Magia zaklęta w dźwiękach. Pozostałym obiecuję, że nie będę przynudzał. Zbyt mocno.

Ktoś tu jeszcze został? Ktokolwiek? Widzę dwie łapki w górze. Dobra, to lecimy z tematem.

Ostatnia Fantazja

Mamy rok 1987. W Japonii od roku funkcjonuje firma Square, dzisiejsze Square Enix, tworząca gry na ośmiobitową konsolę NES, produkt (konsola, nie Square) jednej z ikon growego przemysłu w Kraju Kwitnącej Wiśni i w ogóle na świecie, Nintendo, ojca Mario, Zeldy i kilku innych popularnych marek, które obecnie znane są chyba każdemu.

Mimo starań gry Kwadratowych nie są dobrze przyjmowane przez publikę. Towar nie znajduje zbytu, zyski spadają, firma staje na krawędzi bankructwa. Jeden z pracowników studia, Hironobu Sakaguchi, podchodzi do sprawy osobiście – albo gra jego autorstwa, mocno inspirowana hitami pokroju Ultimy, Wizardry oraz Dragon Quest się sprzeda, albo odchodzi on z firmy i wraca na uczelnię. „Być albo nie być” Square i Hironobu, początkowo nazywane Fighting Fantasy, zostaje symbolicznie przemianowane na Final Fantasy.

Efekt pracy siedmioosobowej ekipy pod przewodnictwem pana Sakaguchi trafia na rynek japoński w grudniu 1987 i okazuje się wielkim przebojem, sprzedając się w setkach tysięcy kopii i zapoczątkowując jedną z najpopularniejszych serii gier wideo w historii. Do roku 2014 Final Fantasy rozrosło się do czternastu części[1], w tym dwóch MMORPG-ów, licznych spin-offów, mutacji i prequelów, dwóch filmów pełnometrażowych, jednego serialu i masy dodatkowych rzeczy, takich jak figurki, manga, skarpetki i pudełka na drugie śniadanie. Których istnienia nie chciało mi się sprawdzać, bo wiem, że nie trzeba.

Punktem granicznym w historii serii było wydanie części VI w roku 1994 i VII w 1997. Z trzech powodów. Po pierwsze, siódemka była pierwszą grą z Final Fantasy w tytule, która przeszła z dwuwymiarowej grafiki opartej na sprite’ach na silnik trójwymiarowy, współcześnie wyglądający jak efekt godzinnej pracy dziesięciolatka w 3D Studio Max. Po drugie, część VII, w przeciwieństwie do VI, otrzymała port na PC, dzięki czemu zakorzeniła się w pamięci graczy nieposiadających konsol jako Pierwsze Prawdziwe Final Fantasy oraz przyczyniła się do popularyzacji japońskich RPG[2] poza macierzystym rynkiem (jedynka trafiła do USA w 1990, ale jedynie w wersji konsolowej). Po trzecie wreszcie tak VII, jak i VI zostały bardzo ciepło przyjęte zarówno przez graczy, jak i krytykę i do dziś toczy się dyskusja, która z nich jest lepsza. Spór, którego nie mam zamiaru tutaj rozstrzygać, świadom bezcelowości takiego pomysłu.

Szalony tancerz

Mamy więc pierwszy element układanki – grę, która z racji swej jakości stała się jednym z symboli gatunku. Drugim jest ikona wschodniego nurtu muzyki growej, wieloletni nadworny kompozytor studia Square i twórca muzyki do większości gier z serii Final Fantasy, potem coverujący ją wraz z zespołami The Black Mages oraz The Earthnound Papas, urodzony w 1959 Nobuo Uematsu. Pan ze staromodnym wąsem odpowiedzialny jest za wiele najsłynniejszych utworów w historii gier wideo, takich jak Dancing Mad, One-Winged Angel oraz Liberi Fatali, z czego większość skomponował na potrzeby Ostatniej Fantazji.

Z muzyką Nobuo jest jak z grami, dla których została przygotowana – fani wciąż nie wiedzą, która powinna zyskać tytuł najlepszej. One-Winged Angel z finałowej bitwy z Final Fantasy VII, czy może Dancing Mad, również z finału, tylko tym razem VI[3]? Sytuacji nie poprawia różnorodność, bo w repertuarze Japończyka znajdują się utwory orkiestralne z chórami i organami w zestawie, szybkie, gitarowe brzmienia i trochę elektroniki to tu, to tam, czytaj kompozycje trudne, a wręcz niemożliwe do uczciwego porównania oraz oceny. Nie przy tak dużym ich wyborze.

Nie chciałbym w tym miejscu rozstrzygać, która część Final Fantasy miała lepszą muzykę i dlaczego VI, ale faktem jest, że ostatnia dwuwymiarowa część serii posiada wspaniały soundtrack, ceniony nawet dziś, mimo technicznych ograniczeń ówczesnych konsol i braku tak charakterystycznej dla współczesnych gier orkiestralnej bombastyczności, za którą winię kinowe blockbustery do spółki z Hansem „robię tę samą muzykę od lat i jeszcze mi za to płacą” Zimmerem. Starczy zresztą zrobić mały rekonesans po YouTube, by przekonać się, że nawet młodsi stażem gracze kochają kompozycje pana Uematsu. Bo są dobre.

Czarodzieje remiksu

Jakkolwiek wspaniały, soundtrack z Final Fantasy VI z powodów jakościowych trochę dzisiaj trąci myszką. Na szczęście istnieją osoby, którym ten fakt również przeszkadza, lecz miast marudzić na rzeczywistość wolą ją zmieniać. Mowa o istniejącej od 1999 inicjatywie OverClocked ReMix, zajmującej się między innymi nadawaniem muzyce growej nowego oblicza poprzez lepszej i gorszej jakości remiksy, mającej na chwilę obecną na koncie ponad dwa i pół tysiąca utworów i z roku na rok powiększającej swoją ofertę. I ta oto grupa zapragnęła wziąć się za uwspółcześnienie kultowego soundtracku kultowego kompozytora do kultowej gry z kultowej serii kultowego studia. Na pewno zdajecie sobie sprawę z poziomu trudności takiego zadania, więc oszczędzę Wam mało zabawnych porównań.

Projektowi Balance and Ruin przewodził Andrew Aversa, który, jak sam przyznaje na oficjalnej stronie albumu, myślał o nim jeszcze przed rokiem 2007, kiedy to rozpoczął prace nad Voices of the Lifestream, albumem zawierającym zremiksowaną muzykę z Final Fantasy VII. Andrew nie chciał się spieszyć, miał bowiem świadomość, że do materiału źródłowego trzeba podejść z należnym mu szacunkiem oraz ostrożnością, jakiej niektórym reżyserom i firmom growym zwyczajnie brakuje. Projekt wystartował dopiero w 2011 roku, a jego efekty ujrzały światło dzienne 1 lipca 2013.

Pod koniec października 2012 rozpoczęła się akcja na Kickstarterze. Jej celem było zebranie środków na wytłoczenie fizycznych kopii albumu, mającego być rozpowszechnianego za darmo w sieci, jak zresztą każde inne dzieło OCRemix. Twórcy potrzebowali na ten cel 30 tysięcy, a dzięki pomocy trochę ponad dwóch i pół tysiąca ludzi zebrali 153 ze sporym hakiem. Wychodzi średnio 61 dolarów od osoby. Na fizyczną kopię remiksu muzyki z dwudziestoletniej gry. Całkiem nieźle, c’nie?

Magia zaklęta w dźwiękach

Przejdźmy do sedna. Balance and Ruin, nowa wersja ścieżki dźwiękowej z gry Final Fantasy VI, to 74 utworów autorstwa 74 artystów plus gościnne występy orkiestry. Pięć płyt zawierających ponad sześć godzin wysokiej jakości muzyki, stworzonej przez fanów dla fanów, w celu uhonorowania ukochanej gry i wielkiego kompozytora. Dużo dobra w wielu przypadkach nie brzmiącego jak efekt oddolnej inicjatywy i to dostępnego za okrągłe zero dolarów, póki ostatni aktywny link będzie wisieć w sieci. Zarazem czterdziesty album w dorobku inicjatywy OCRemix. Czterdziesty. Symboliczna liczba.

Miłośników gry, soundtracków czy muzyki w ogóle nie będę zachęcał do sięgnięcia po bohatera dzisiejszej notki, bowiem zakładam, że już dawno się o nim dowiedzieliście, weszliście na jego oficjalną stronę, zassaliście całość w formacie FLAC, przesłuchaliście osiemdziesiąt razy i może nawet napisaliście na jego cześć pochwalną recenzję. Teraz przydałoby się przekonać pozostałych. A jak to zrobię? Tematycznie. Ale wpierw zacznę od trailera. Tak, ten album posiada trailer, który daje jako takie pojęcie, co można znaleźć w środku. Odpowiedź – wszystkiego po trochu. Powaga, to jeden z niewielu znanych mi soundtracków, gdzie praktycznie każdy odnajdzie coś dla siebie, nawet jeśli jego gusta muzyczne są węższe od horyzontów myślowych stereotypowego fundamentalisty. Co oznacza, że kawałki lepsze sąsiadują ze słabszymi, ale to wada każdej wydanej do tej pory antologii muzycznej, książkowej i filmowej ever, więc nawet nie wiem, czy warto na to zwracać uwagę.

Trailer spodobał się? Ok, w takim razie nie musicie czytać dalej. Zamknijcie tę stronę, wejdźcie w podany wyżej link, ściągnijcie całość i zacznijcie słuchać. Trailer nie spodobał się? To spróbujemy od innej strony. Jeśli lubisz:

Jeśli to wszystko wciąż Cię nie przekonuje, mam do dodania tylko dziewięć słów: The Nightmare Oath, Till We Meet AgainThe ImpresarioZwłaszcza The Impresario, który musiał zostać skomponowany przez ducha Freddy’ego Mercurego. Nie, powaga. Wyobraźcie sobie rockową operę o nieszczęśliwej, szekspirowskiej miłości, wyśpiewywaną przez męski chórek z dominującą rolą jednego bardzo zacnego głosu i zagraną w stylu Bohemian Rhapsody, stworzoną przez Jake’a Kaufmana, gościa, który dał światu świetny soundtrack do Bloodrayne: Betrayal. Utwór, który mógł zostać banalnie łatwo zepsuty – i w opinii kilku komentatorów został, ale plwam na ich słowa – a okazał się jednym z najjaśniejszych punktów albumu.

Albumu, który powinien przypaść do gustu nawet osobom nieorientującym się w historii gier wideo i nie rozumiejącym, jak symbolicznie ważne dźwięki płyną z ich głośników. Tak, twierdzę, że Balance and Ruin jest tak dobre, tak bogate, zróżnicowane i zacnie brzmiące, że trafi do serc i uszu osób korzystających z komputera tylko do odbierania poczty. Nawet jeśli ze wszystkich pięciu płyt wybiorą tylko jeden utwór. W co osobiście niezbyt wierzę, ale ludzie są różni.

Sprawdźcie ten album. W pracy, w domu czy w drodze z pracy do domu, po prostu go sprawdźcie. Zaufajcie mi, warto.

Chcesz pochwalić się ulubionym kawałkiem z Balance and Ruin? Może tutaj?

 

Przypisy:

[1] Znaczy nie do końca. Widzicie, seria Final Fantasy ma to do siebie, że każda kolejna część z dużą cyferką – co automatycznie skreśla z listy Dirge of Cerberus, Tactics i resztę odprysków – jest powiązana z poprzednimi jedynie tytułem. Doszło jednak do sytuacji, że Square Enix zapragnęło stworzyć sequel którejś z nich. Jak można stworzyć sequel gry z numerkiem X, jeśli XI i XII są już zajęte? Dodać inną cyferkę. W taki sposób powstało Final Fantasy X-2, które przynależy do serii, ale nie stanowi fragmentu jej głównej „linii”. Z deka problematyczna jest również kwestia FFXIV, która występuje zarówno jako FFXIV, jak i FFXIV: A Realm Reborn, czyli poprawionej FFXIV. Fani Doktora Who albo dowolnego anime o 5+ seriach powinni rozumieć sytuację.

[2] W skrócie: istnieje umowny podział na japońskie i zachodnie gry RPG, wynikający z diametralnie różnego podejścia do zagadnienia oraz platformy docelowej, czyli konsol dla Wschodu (jRPG) i komputerów stacjonarnych dla Zachodu (cRPG). Podział ten jest już z deka nieaktualny i jak znam życie kwestionowany przez badaczy, ale zakorzenił się w świadomości graczy i prasy i wciąż jest stosowany.

[3] Oliwy do ognia dolewają fani tworzący wspólne remiksy obu kawałków. Na przykład ten.