Przejdź do zawartości

[KGB #1] Moja sieciowa edukacja

Czyli jak Bober poznawał uroki multiplayera.

Wpis powstał w ramach pierwszej edycji Karnawału Graczy Blogerów.

Pewnego pięknego, letniego dnia, gdzieś pomiędzy końcem gimnazjum a początkiem liceum, w moim domostwie pojawiło się niepozorne urządzenie. Było sporych rozmiarów, mniej więcej okrągłe, a dostarczył je szeroko uśmiechnięty przedstawiciel Tepsy, który równie dobrze mógł być diabłem w przebraniu, dumnym ze sprowadzenia kolejnej duszyczki na niewłaściwą drogę. Przyniesione przezeń ustrojstwo, zwane szumnie i dumnie modemem Neostrady, miało tendencję do wyłączania się w najmniej spodziewanym momencie, wymagało ręcznego uruchamiania, głaskania i mruczenia do uszka miłych słówek, a oferowało przepustowość, którą dziś określiłbym mianem „zabawnej”, co by oszczędzić sobie i innym końskiej dawki negatywnych emocji. Jednocześnie było moim pierwszym oknem na świat i okazją do poznania z bliska wszystkich bogactw internetu, nawet jeśli tuż pod nimi leżały hałdy naturalnego nawozu i kilka rozkładających się ciał. Przede wszystkim jednak dało mi szansę poznania ludzi z całego świata i skopania im tyłków w czasie partyjki tej czy innej gry. Doświadczeń z kawiarenek internetowych nie liczę, bo od tychże zawsze odstraszały mnie ceny.

Lok’tar ogar!

Mniej więcej w tym samym czasie do CD-Action dołączana była pełna wersja Warcrafta 2. Co prawda lud internetów dawno przerzucił się na trójkę z dodatkiem, ale znalazła się grupa pasjonatów regularnie okupująca polski sektor Battle.netu i wyrzynająca dziennie tysiące orków. Albo ludzi, zależało od preferencji. Każdy miał przy nicku ładne ikonki, teoretycznie reprezentujące bojowe doświadczenie, a w praktyce liczbę godzin spędzonych na prokrastynacji (jedna bitwa to miecyk, dziesięć to toporek i tak dalej). Byłem wtedy dużo młodszy i głupszy niż obecnie, więc prędko dołączyłem do grona tych najbardziej pro, z którymi można było pogadać na czacie o dupie maryny. Jednym, bo chociaż dostępnych było bodaj z dziesięć, to większość z nich świeciła pustkami. Czasem nawet odwiedzał nas gracz Wara 3, chwilę zerkał na towarzystwo i kręcąc z niedowierzaniem głową oddalał się do nowszego, lepszego Azeroth.

Grało mi się przyjemnie, chociaż z perspektywy czasu zastanawiam się, dlaczego. Interface w porównaniu do współczesnych był cholernie niewygodny, umożliwiając zaznaczenie tylko do 9 jednostek i wymagający ręcznego rzucania zaklęć, co przy setce wojaków i dwudziestu czaromiotach było męczące. Lagi stanowiły normę, podobnie jak regularne wywalanie z gier, do czego trzeba było się po prostu przyzwyczaić. Tu i ówdzie pojawiały się również szkodliwe elementy, które dziś nazwano by hejterami, ale z racji niewielkiego grona (średnio 10 do 20 osób na serwerze) szybko i skutecznie zgarniające bany. Oczywiście winę zwalano na CD-A, ale stawiam złoto przeciw szczawiowi, że gdyby nie pismo, na serwerze nie byłoby absolutnie nikogo.

Granie w Warcrafta czasem było bardzo interesującym doświadczeniem. Na przykład udało mi się dzięki niemu zaliczyć damskiego focha. Tamtego dnia graliśmy sobie drużynowo na mapce BGH. Miała kilka wersji, różniących się dostępem do jednostek i ulepszeń, ale wyglądała zawsze tak samo – ustawione w centrum puste pole oraz osiem miejsc na bazy dookoła niego, oddzielonych od siebie nawzajem lasem. Była ona dla tej gry tym samym, co ARAM jest obecnie dla LoL’a, doskonałą okazją do wyszalenia się przy minimalnym wysiłku. Masa surowców oraz sporo czasu na rozwój (zwłaszcza w wersjach, gdzie magia i latadła były niedostępne) powodowały, że średnio co dwie minuty na środku toczyły się bitwy setek jednostek, przeżywane średnio przez 1/10 tej liczby. Potem się odbudowywało wojska i ponawiało atak i tak do momentu, póki któraś strona nie przerżnęła. Tyle wstępu, a jak to było z tym fochem? Ano tak, że kolega z ekipy wpadł na pomysł zabudowania centrum mapy wieżyczkami. Koleżanka podpisująca się nickiem Falka (chyba, dawno to było) nie była w stanie poradzić sobie z tą taktyką i uznała zachowanie mojej drużyny za niesportowe, co chwila wypisując kąśliwe uwagi. I jeśli mam być szczery, to mnie to oskarżenie zabolało. Młody byłem i głupi, ale to już wiecie.

Poza tym partyjki w Warcrafta pozwoliły mi poznać sporo rad na temat optymalizacji szybkości łącza („Bo wiesz, musisz wyłączyć antywirusa, on zawsze spowalnia grę”. Stosowałem przez lata) oraz przekonać się, że społeczność sieciowych graczy w gruncie rzeczy nie jest wcale taka zła (ha, ha, ha…). No i nikt nie wymagał ode mnie dodatkowej kasy, więc tych parę wakacyjnych godzin dziennie się walczyło, nabijając statystyki i ciesząc jak dziecko z każdego zwycięstwa. Zwłaszcza jak przeciwnik rzucał szczerymi (chyba) komplementami na temat mojej skuteczności.

Warcrafciło się miło mniej więcej do czasu, gdy zapragnąłem odmiany i zainteresowałem się ex-modem do Return to Castle Wolfenstein, zatytułowanym Enemy Territory. To dopiero było coś! Wow, mnóstwo serwerów, losowe drużyny, wow, zdobywanie doświadczenia, stopnie, awanse, medale, akcja, wow, za darmo! Warcraft był szybki, ale przy ET był niczym trabant przy bolidzie Formuły 1. Ledwo się rozgrywka zaczęła, a tu lecą granaty, tam seria maszynowa skosiła kumpla, artyleria wali gdzie się da i przed momentem ktoś nadepnął na minę. Eksplozji tyle, co w Stalingradzie na Sylwestra, czort wie, co się dzieje, a tu jeszcze wyświetlają się wiadomości chatu, jakiś kretyn z drużyny blokuje przejście i udaje fajnego, komentator wypluwa z siebie raporty o przerwaniu blokady A, naprawie B, czołgu C jadącym drogą D… Zwariować można. Dlatego zazwyczaj biegłem w najbliższe miejsce, gdzie akurat działo się coś ciekawego i starałem się być pomocny. I chyba nie tylko ja, biorąc pod uwagę panujący na każdej mapie chaos.

Wrogie Terytorium Powrotu na Zamek Wilczy Kamień

EnemyTerritoryTapeta

Ale i tak wisienką na torcie był spawnkilling, czyli ubijanie graczy w miejscach odradzania się, stanowiące prawdziwą plagę niektórych plansz. Dajmy na to takie Battery. Pojawiam się na plaży, a obok żółty dym wesoło się unosi. Pif paf, artyleria walnęła, 10 sekund przerwy. Odradzam się, stawiam dwa kroki przed siebie. Paf, snajper trafił mnie prosto między oczy, kolejne 10 sekund czekania. Po kolejnych narodzinach przezornie cofam się za skały. Bum, zaminowane były. Co prawda punkt respawnu na stałe przenosił się po zajęciu pierwszego kluczowego obiektu, ale dojście do niego wymagało zbudowania i obronienia drewnianej rampy, stawianej w miejscu, gdzie inżyniera mógł skosić nawet medyk, o ile akurat był w nastroju na zabawy z bronią. Czasem zabawę urozmaicały również nierówne drużyny. Sześciu atakujących na szesnastu obrońców? Co to dla nich!

Dziś bym rzucił taką grę w cholerę, ale wtedy nie miałem instynktu samozachowawczego i moją główną linią obrony było chowanie się za skałami i udawanie, że mnie nie ma, nieregularny sposób poruszania się albo oczekiwanie, że reszta grupy poradzi sobie lepiej, wchodząc tylnym wejściem czy coś. Ewentualnie zmiana serwera, chociaż istniało wtedy ryzyko trafienia na miejsce obładowane ważącymi setki megabajtów modami, które uprzejma gra nie zawsze chciała poprawnie ściągnąć i załadować. Nie mówiąc już o kupie zabawy z poznawania nowych, dziwacznie zaprojektowanych map albo obrywania banem, bo admin miał gorszy dzień, albo przy moim nicku nie szło znaleźć pięcioliterowego skrótu klanowego. Przyznaję, zdarzały się uczciwe osoby wywalające za spawnkilling. Szkoda tylko, że było ich tak mało.

Mimo to sporo rzeczy udało mi się dzięki ścieżkom zdrowia z ET nauczyć. Chociażby tego, że pierwsza linia to nie dla mnie i najlepiej czuję się w rolach wspierających, na przykład jako biegający między kolegami i rozdający apteczki medyk, jedna z najbardziej overpowered klas w grze. Albo, że camperzy to zmora tego świata gorsza od AIDS i huraganu Catrina razem wziętych, a istnienie profesji snajpera tylko ten fakt potwierdza. Bo przecież to jest PFS, spadkobierca Dooma i Quake’a, tu się ruszać trzeba, a nie w miejscu siedzieć! Co prawda trafienie poruszającego się celu z dużej odległości, gdy admin serwera akurat 99% mocy łącza przeznacza na ściąganie porno nie należało do łatwych, ale kogo to interesowało? 3 sekundy stania w miejscu i pach, jesteś camperem. Niech no jeszcze rzeczonemu adminowi nie spodoba się twój nick albo zassany film okaże się urwany w połowie i już możesz zacząć szukać nowego serwera.

Totalna Annihilacja. W 3D!

TotalAnnihilationSpring

Jakiś czas później, gdy łącze miałem już nieco lepsze, chociaż wciąż dostające zadyszki przy co bardziej intensywnym wysiłku, w oko wpadła mi kolejna darmowa produkcja, Total Annihilation: SpringStare dobre TA przeniesione w środowisko full 3D, z możliwością swobodnego ruchu kamerą i grą nawet do 16 osób w tym samym czasie. Ileż to było frajdy z obserwowania bitew na tysiące jednostek, ciężkich czołgów szturmujących naszpikowane wieżyczkami twierdze albo nalotów dywanowych z pojedynkami myśliwców w tle! Niestety prędko okazało się, że co prawda do gry łącze można mieć znośne, ale mocniejsza maszyna również jest mile widziana. Tak więc regularnie zdarzały się sytuacje, gdy bitwy na tysiąc jednostek zmieniały się w pokaz slajdów, nie wspominając o opóźnieniach serwera albo zwykłym wywalaniu z gry. Szczytem wszystkiego była pewna partia, gdzie w pierwszych minutach sytuacja 8vs8 zmieniła się na 8vs4, bo w ramach światowego spisku cztery koty w tym samym czasie przegryzły kable sieciowe swoich właścicieli. Co szło temu tytułowi wybaczyć, bo był za darmo, posiadał dedykowanego klienta, regularnie go łatano i wypuszczano mapy oraz modyfikacje. Ważące po ileś mega, ale instalowane z pomocą max dwóch kliknięć.

Z tego wszystkiego wyniosłem również jeszcze jedną ważną lekcję – winni są zawsze inni. A to kolega z lewej flanki dał ciała i wpuścił przeciwnika za nasze linie, a to prawa strona mapy zbyt wolno inwestowała w rozwój technologiczny i teraz musi bronić się procami przeciw karabinom szturmowym, a to zawiodło wsparcie powietrze i tak dalej. A ja? Ja robiłem wszystko, co w mojej mocy, żyły sobie wypruwałem niemalże. To nie moja wina, że miałem za towarzyszy stado owiec świeżo po zabiegu lobotomii. Szczególnie zabawne były takie tłumaczenia po dużych rozgrywkach, gdzie winę ponosiła w praktyce cała drużyna albo jej większa część, ewentualnie dał o sobie znać zwykły pech. To chyba dopiero w LoLu miałem okazję ponownie zobaczyć tyle wzajemnej niechęci. Z drugiej strony w ET jeśli jeden gracz kaszanił, to zazwyczaj się tego nie zauważało. Tam albo wszyscy dawali ciała, albo wszyscy wygrywali. Znaczy tak to wyglądało.

I co dalej?

Mógłbym jeszcze napisać parę słów o pierwszym spotkaniu z grami typu MOBA, czyli League of Legends oraz grach przeglądarkowych, wrażeniach po pierwszym odpaleniu World of Tanks oraz praktycznie jedynym znanym mi MMORTS’ie, czyli Shattered Galaxy, konieczności nauczenia się nowego języka oraz wyhodowania grubej skóry na tyłku, ale na chwilę obecną wystarczy. Zwłaszcza, że moja edukacja gracza sieciowego wciąż trwa i czort wie, czy za miesiąc nie zacznie się jej kolejny etap.

Na sam koniec dodam tylko, że po latach próbowałem wrócić do starych gier. Serwery Warcrafta 2 przestraszyły mnie pustką absolutną, Total Annihilation: Spring wciąż istnieje i jest rozwijany, ale żre teraz tyle mocy, że nawet mój superwydajny komputer nie dawał sobie z nim rady, gry przeglądarkowe albo nie działają, albo ukrywając się pod nową nazwą gromadzą już tylko K100 graczy, a o Enemy Territory zwyczajnie zapomniałem, na przemian tłukąc ARAMY i posyłając przeciwpancerne prosto w weak-spoty wrogich kolosów na gąsienicach.