Przejdź do zawartości

[KGB #6] Dla Świętych płeć nie gra roli

Mogliście nie słyszeć, ale w zeszłym roku mało znana firma Rockstar puściła w świat piątą część niszowej serii GTA. Obu mocno się oberwało za dużo rzeczy, między innymi słynną już misję z torturami albo brak portu na PC[1], jednak koronnym argumentem przeciw stał się brak protagonisty o płci innej niż męska. W przypadku tak dużego i rozpoznawalnego tytułu, zawierającego nie jedną, a trzy grywalne postacie, zostało to poczytane za grzech śmiertelny i wywołało dyskusję, przy której obecna sytuacja na Krymie to sielanka z tęczą i kucyponkami. Przy okazji pozwoliło również zaprezentować produkt konkurencji w sposób, którego zapewne nikt, łącznie z samymi zainteresowanymi, się nie spodziewał.

Zanim przejdziecie dalej ostrzegam, że dzisiejsza notka zawiera spoilery do trzech (w jedynkę nie grałem) części cyklu Saints Row. Wchodzisz na własną odpowiedzialność.

Święci z Trzeciej Ulicy

Historia Saints Row jest bliźniaczo wręcz podobna do tej, która przydarzyła się oryginalnemu Evil Dead i jego dwóm kontynuacjom. Pierwsza, stojąca mocno na ziemi część serii stanowiła, z tego, com wyczytał tu i ówdzie, brata bliźniaka GTA. Dobrze zrobionego przestępczego sandboxa, pozbawionego jednak Tego Czegoś, co pozwoliłoby mu wybić się ponad konkurencję i przyćmić Vice City. Część druga wprowadziła do rozgrywki kilka z deczka odjechanych pomysłów (misje z oblewaniem nieruchomości gnojowicą, co by obniżyć ich wartość i takie tam), lecz mimo to jej buty wciąż dotykały ziemi. Trójka momentami odlatywała jak grupa kultystów Cthulhu w czasie mrocznego rytuału z wykorzystaniem nielegalnych substancji, zaś wydana na miesiąc przed GTA V część czwarta wystrzeliła w kosmos i teraz bawi się w satelitę Saturna. Prawdopodobnie tak wyglądałaby druga Armia Ciemności, gdyby tylko ktoś odważył się ją nakręcić. O samej rozgrywce można by napisać bardzo dużo, ale jeśli ktoś grał w dowolnego sandboxa wydanego w ciągu ostatnich dziesięciu lat, ze wskazaniem na dowolną część Grand Theft Auto albo oba Prototype, ten będzie wiedział, z czym to się je.

Mimo zmiany skali i przejścia od porachunków gangów do ratowania świata przed kosmitami wewnątrz komputerowej symulacji, jak również coraz bardziej szalonego poczucia humoru, niemożliwego do uzyskania bez odpowiedniej dawki LSD zmieszanego z majerankiem i elektrowstrząsami, Saints Row od dwójki do czwórki podchodzi do kwestii rasy, strojów oraz płci dokładnie w ten sam, rzadko spotykany sposób. Znaczy olewa je zupełnie.

The Boss President of the United States…

Widzicie, w prawie każdej części cyklu gracz ma możliwość stworzenia swojej postaci na wzór Mass Effecta. Jednak w przeciwieństwie do sagi opowiadającej o miłosnych podbojach Komandor Shepard, tutaj modyfikować można wszystko: twarz, sylwetkę, ubiór (już w trakcie gry), głos, płeć, seksapil (zawartość bokserek albo stanika), nawet kolor skóry. Przy czym pisząc „kolor skóry” mam na myśli również niebieski, zielony i czerwony. Co prawda pod ręką czekają gotowe zestawy, pozwalające w ciągu paru chwil stworzyć przeciętną przedstawicielkę rasy azjatyckiej albo kaukazkiej, wybrać głos i ruszać na miasto szerzyć śmierć i zniszczenie, ale nikt nie zabroni zamontować jej różowych dredów, dorzucić fioletowych tęczówek, mięśni wywołujących zazdrość u niejednego bywalca siłowni oraz blizn godnych weterana obu wojen światowych. Oraz wąsika a la Picasso i męskiego głosu.

Edytor Saints Row oraz sama gra nie stawiają przed grającym żadnych ograniczeń „bo logika, realizm i ja tak mówię”. Nie pojawi się błąd, jeśli będę chciał ubrać faceta w kieckę i kapcie króliczki. Nie zostanę poproszony o zmianę, gdy udam się do kliniki operacji plastycznych, by przerobić mojego gadającego głosem Nolana Northa samca alfa na drobną afroamerykankę z akcentem z głębokiego południa USA, zielonymi włosami, bielmem na oczach oraz trzydziestoma kilo nadwagi. Przed i w trakcie gry mogę swobodnie manipulować wyglądem mojego avatara, przebierać go w dowolną kombinację dostępnych strojów, dziergać nowe i usuwać stare tatuaże, a nawet kombinować z kolorem bielizny, jeśli mam kaprys polatać nago po mieście. I w przeciwieństwie do wyżej wspomnianego Mass Effect, Dragon Age czy któregoś ze starszych erpegów, żaden z tych wyborów nie ma znaczenia dla rozgrywki. Żadnego.

Widać to szczególnie wyraźnie w trakcie dialogów. Protagonista nie posiada imienia[2], więc wszyscy zwracają się do niego per „Boss”, „Przywódco Świętych” albo „Prezydencie”[3]. Ewentualnie „Psychopato”, co w znacznym stopniu oddaje jego charakter. Nie istnieje rozróżnienie na linie dialogowe dla postaci męskiej albo żeńskiej, w żadnym momencie nie jest komentowany również jej strój, ulubiona broń albo umiejętność pilotowania wojskowych helikopterów. W zależności od wybranego głosu niektóre linijki tekstu pojawiają się lub znikają, ale żadna nie tyczy się płci. Nawet parodiujące romanse z trzeciego Mass Effect sceny z czwartego SR są identyczne dla kobitek i facetów, co rzuca interesujące światło na ich seksualne preferencje. Ba! Biorąc pod uwagę, że granie kobietą stało się możliwe dopiero od drugiej części okazuje się, że możemy spory fragment historii z jedynki przepisać, zmieniając gdzie potrzeba zaimki z męskich na żeńskie. I gra również nie będzie miała nam tego za złe, w żadnym momencie, przyjmując ten fakt do wiadomość i idąc dalej, jakby nic się nie zdarzyło.

… i jego gabinet.

Kinzie, Shaundi i Viola.

Począwszy od części drugiej w każdym większym wątku pojawiała się przynajmniej jedna kobieta. W dwójce porucznikiem gangu była Shaundi, lekkoduch z dredami i masą dobrych pomysłów, nawet jeśli większą ich część podkradała innemu porucznikowi, Pierce’owi. W trójce do ekipy przyłączyła się Kinzie, była agentka FBI, geniusz i najlepszy haker na świecie, w czwórce zaś grono to uzupełniła Asha, terenowa agentka MI6, która pomogła Protagoniście uratować USA przed atakiem terrorystów. Przywódca jednego z gangów z dwójki, Bractwa, miał u swego boku Jessicę, którą zresztą zabił w bardzo tragicznych okolicznościach, zaś szef korporacji Ultor nie mógł obejść się bez swojej sekretarki. W trójce pojawiła się Kia, prawa ręka dowódcy militarnej organizacji STAG, siostry Viola i Kiki, dwie współpracownice szefa Syndykatu, Philippe’a Lorena, burmistrz Steelportu Monica Hughes, która nadawałaby się na rządzącego twardą ręką prezydenta, czy komentująca poczynania gracza, obdarzona bardzo charakterystycznym głosem dziennikarka Jane Valderamma. Plus od dwójki w zasadzie każdy gang miał na składzie żołnierzy obu płci o charakterystycznych strojach, nawet jeśli nazwa teoretycznie to wykluczała, patrz Bractwo.

Yep, było w Saints Row mnóstwo kobiet. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to panie dźwigały na swych barkach fabułę serii, nawet jeśli Protagonista musiał nosić tylko jedną część bielizny. W dwójce Pierce był przydatny, ale to jednak Shaundi miała najwięcej kontaktów i ex w każdym mieście. W trójce to ona załatwiła grupie kwaterę na nowym terenie i stanowiła głos rozsądku w trudnych sytuacjach. Z kolei bez pomocy Kinzie technicznie upośledzona postać gracza, co to nie potrafiła obsłużyć GPS-a i ustawić magnetowidu, nie przetrwałaby nawet pięciu minut w wirtualnej wersji Steelportu z czwórki, gdzie pani haker otwierała przejścia między światami cyfrowym i prawdziwym, tłumaczyła, w jak sposób można zepsuć symulację, zrzucała graczowi dodatkowy ekwipunek, a wcześniej uratowała mu dupę, pomagając uciec z niewoli obcych. No i była cudnie wygadana i złośliwa, ale to swoją drogą. Kia do spółki z Monicą stały za najbardziej klimatyczną misją trzeciej części, a Valderammy komentującej aktualne wydarzenia głosem angielskiej lady opowiadającej o nieciekawej pogodzie sprzed roku mógłbym słuchać codziennie.

Kinzie i Shaundi to równie jedne z niewielu postaci, którym udało się przetrwać więcej, niż jedną część serii (Pierce przeżył trzy, Johnny Gat teoretycznie cztery, w praktyce trzy i pół. Nie pytajcie, to skomplikowane) i rozwinąć po drodze. Na ten przykład Shaundi zrezygnowała z dredów, pozbyła się kolczyków i przeszła od stanu „luzik, jest dobrze, podaj mi blanta” do permanentnego – i fabularnie całkowicie uzasadnionego – wkurzenia, zaś Kinzie stała się odrobinę mniej introwertyczna i zdecydowanie bardziej złośliwa i wygadana. Chociaż i tak Valderamma bije je wszystkie na głowę, pojawiając się we wszystkich czterech częściach oraz DLC. Żeby było jeszcze ciekawiej, biorąc pod uwagę wszystkie „opcje romansowe” najbardziej dominujące również okazują się panie, a jedyny członek załogi odmawiający Protagoniście jest facetem. No i Kinzie z Shaundi pojawiają się na okładce części czwartej w towarzystwie głównej postaci.

Władcy Steelportu

ChristmasSaintsRow4

Czy płeć, wygląd, strój albo głos Protagonisty miał znaczenie dla gry? Nie. Dowolnej postaci drugo, trzecio i dalszoplanowej? Nie. Znaczy ok, czasami, ale nie aż tak wielkie, jak można by oczekiwać. „To jest czarnoskóry alfons modulujący swoim głosem z pomocą mikrofonu, a to rudowłosa, złośliwa hakerka z najwyższym IQ na planecie”, zdają się mówić twórcy, opowiadający historię gangu Świętych z dość neutralnej perspektywy. Jasne, jest tu sporo seksu, brutalności, niewyszukanego poczucia humoru i nawiązań do (pop)kultury, ale całość podana jest w sposób, hm… obojętny będzie chyba najwłaściwszym słowem. Mającym wyrąbane na wybory gracza w sposób tak daleki, że nawet Bethesda ze swoim Skyrimem może się schować. Co prawda brak wątków związanych z płcią czy rasą z deczka spłycił grę, wiążąc scenarzystom ręce w pewnych kwestiach, a inne prezentując pod zadziwiającym niekiedy kątem (towarzysze gracza zmieniający orientację jak skarpetki i tak dalej), ale nie nazwę tego wadą. Znaczy nazwałbym do niedawna, ale po przejściu czwórki dotarło do mnie, że rzeczona wada stała się olbrzymią zaletą, gdyż autorzy, miast na kwestie fizyczne, mogli postawić na charaktery swoich bohaterów. Za którymi wiem, że będę bardzo tęsknił, nawet jeśli niektórzy zasługują na bliskie spotkanie z gazrurką. Jest inaczej, bardziej… tolerancyjnie? Po prostu lepiej. I bardzo jestem ciekaw, czy ktoś jeszcze pójdzie wytyczoną przez Volition ścieżką.

Chcesz powspominać co lepsze fragmenty serii? Może tutaj?

 

Przypisorum:

[1] Który jest tylko kwestią czasu, bracia i siostry od Pieca.

[2] Albo posiada, tylko nie chce go zdradzić, nie zostało to sprecyzowane.

[3] 31 poprawka do konstytucji umożliwiła kandydowanie postaci spoza USA, w tym azjatom o rosyjskich korzeniach.