Przejdź do zawartości

Kiedyś się z tym zapoznam

Reading Time: 8 minutes

Czyli o stosikach wstydu słów kilkaset.

Co, gdzie i jak?

Gogle na hasło „stosik wstydu” prezentuje mi jedynie stosiki
blogerów książkowych [1]. Ten konkretny znalazłem tutaj.
Znacie to dziwo ze zdania powyżej, prawda? Czasy się zmieniają, mody przychodzą i odchodzą, a człowiek ciągle się czegoś wstydzi. Kiedyś było to nieobyczajne prowadzenie się albo stroje odsłaniające szyję czy kostkę, a obecnie  przynajmniej w Europie i pochodnych – braki w popkulturowej edukacji. Dla osób niezapoznanych z tematem (chociaż nie wierzę, że takowe istnieją, ale na wypadek wszelki): za każdym razem, gdy ktoś mówi: „Powinienem zagrać w X, obejrzeć Y, przeczytać Z”, ma na myśli właśnie stosik (ewentualnie kupkę) wstydu. Listę rzeczy „na później”, do ogarnięcia w czasie wolnym, zazwyczaj klasyków, fundamenty gatunku albo dzieła uznawane za najlepsze w swej kategorii. Ewentualnie dwadzieścia kupionych w czasie jednej wizyty w antykwariacie tomiszczy, czekających na swoje pięć minut sławy, gapiących się na biednego czytelnika z najwyższej półki, niczym trybunał hiszpańskiej inkwizycji. Bo to wstyd nie znać AC/DC, nie obejrzeć Fight Club (a obecnie Gry o Tron), nie przeczytać Wiedźmina. Prawda?

Nie będę się chwalił, jak duże są moje stosiki wstydu. Albo też były, bo od pewnego czasu nie uznaję ich istnienia. Próbowałem chyba ze cztery razy spisywać wszystkie polecane mi przez znajomych i nieznajomych tytuły, ale koniec końców trud mój daremnym był. Część z nich zaginęła w odmętach mistycznego Stosu Papierzysk, reszta zaś osiągała rozmiary, przy których amerykańskie lotniskowce powinny wpaść w kompleksy. Widząc, że najwyższa liczba porządkowa oscyluje koło tysiąca wyrzucałem je do śmieci, dostrzegając bezsens prowadzenia tego typu list.

Powyższa ilustracja jest, wyjątkowo, jedyną w całym tekście. Jeśli w dzieciństwie molestowały cię literki, lepiej zatrzymaj się w tym miejscu.

Niekończąca się gonitwa

Pomyślmy o przeciętnym człowieku z Europy, co to ma czas i pieniądze na kulturę. Albo dostatecznie dobre łącze i dużo miejsca na dysku. Czyta, ogląda filmy i słucha muzyki. Czasem w coś zagra albo przejrzy komiks, ale bez szczególnej spiny. Załóżmy, że spośród wszystkich działów kultury najbardziej ukochał sobie literaturę i czuje się zobligowany do poznania wszystkiego dobrego, co w tej kategorii ujrzało światło dzienne. Przyjmując wzięte z najczarniejszej z czarnych dziur założenie, że od roku 1900 co miesiąc powstawała na całym świecie tylko jedna wartościowa książka (pomińmy gatunek, język, osobę autora i tak dalej), to do roku 2000 otrzymujemy tysiąc i dwieście publikacji. Zakładając, że wszystkie są podobnej grubości i trudności przyswojenia, takim w sam raz na tydzień leniwego czytania, to otrzymujemy ponad 20 lat lektury, od roku 2013 do 2033. 20 lat przebiegania wzrokiem po literkach, w trakcie których powstaną kolejne wartościowe książki (i to znacznie więcej, niż staram się wam wmówić), w czasie nadrabiania których napisane zostaną następne i tak dalej i dalej.

Fakt, że króliczek literat będzie za każdym razem o krok przed ścigającym nie brzmi może tak strasznie, zwłaszcza dla tru hardkorowych fanów literatury [2] i w myśl zasady, że nie meta się liczy, a wyścig, ale z pewnością zdołuje tych, którzy pragną czerpać z kultury nieco szerzej. Próba gonienia w tym samym momencie króliczka literata, króliczka filmowca, króliczka muzyka i ich krewnych i znajomych skończyć się może jedynie dezorientacją oraz chwiejnym dreptaniem po śladach to jednego, to drugiego. Szczególnie współczuje fanom króliczka gierkomana (chociaż serialowy też ma swoje za uszami), bo ci do emerytury nie będą na bieżąco, biorąc pod uwagę rozmiary współczesnego rynku growego i czas potrzebny do ukończenia Skyrima czy innego Just Cause 2 na 100%. Że nie wspomnę o tytułach pokroju Sim City, co to w praktyce nigdy się nie kończą, a można je jeszcze obudować modami. Co by tłumaczyło, dlaczego ostatnimi czasy żywię cieplejsze uczucia dla tak pogardzanych przez Prawdziwych Graczy ośmio-dziesięcio godzinnych tytułów, po ukończeniu których mam przynajmniej poczucie spełnienia (cokolwiek sobie teraz pomyśleliście)

Kanon? A cóż to takiego?

Z tego wszystkiego wynika prosty fakt. Jest niemożliwością zapoznanie się ze wszystkim, co w danym segmencie wartościowe. Może z absolutną klasyką, ale poza paroma wybranymi dziełami jest ona dość rozmyta. Fantastyka? Ok, Władca Pierścieni, zakrzyknie ktoś. A Conan? Kane? Świat Dysku, Ziemiomorze, Koło Czasu? Słuchając rocka muszę znać AC/DC, Metallikę, Iron Maiden i Motorhead. A Elvisa? Johnny’ego Casha? Czy za nieznajomość Nirvany dostanę po uszach, a jeśli tak, to od kogo i dlaczego? Bo możecie się śmiać, ale o istnieniu Iron Maiden to ja wiedziałem od lat, ale słucham okazjonalnie i jak ktoś mi puści coś innego, niż Trooper czy inne Run to the Hills, to za czorta nie zgadnę co właśnie leci. Zresztą od razu przypomina mi się dawno temu obserwowana rozmowa paru losowych czytaczy fantastyki o to, co należy do kanonu. Gdyby stali na czele ONZ organizacja nie doszłaby do wspólnych wniosków nawet w najbardziej banalnej sprawie.

Tak, mam z tym problem, ponieważ jeśli spytam się losowej grupki ludzi, czym jest kanon tego czy owego, to dostanę sporo podobnych, ale i równie wiele wykluczających się, bądź unikatowych odpowiedzi. Część wspólną może i zdołam opanować, ale przy wyjątkach zabraknie mi czasu. Już pominę to, że czasy się zmieniają i dzieła sprzed X lat mogą być dla współczesnego odbiorcy niestrawne. Na studiach, w czasach naprawdę dobrej grafiki 3D próbowałem znów zagrać w Duke Nukem 3D, ale piksele niemal wypaliły mi oczy i spowodowały roztrój żołądka. Próbowałem też obejrzeć Heavy Metal, ale dopiero wersja z roku 2000 do mnie trafiła. Czy mam się wstydzić tego, że starsza, ceniona przez krytykę odsłona okazała się zbyt stara na mój gust? Albo nieznajomości jakiejś kapeli, która w ramach gatunku uznawana jest za drugiego Mesjasza, gdy obok stoi ze sto innych, również za takowych uznawanych, tylko przez inną część szeroko pojętej rzeszy fanów?

Do nieba i dalej

Niedawno Good Old Games zaoferowało graczom drugiego System Shocka za śmieszne pieniądze. Reakcja jednego z komentatorów na Facebooku: „If you claim you love gaming and don’t already own System Shock 2, WHAT THE HELL IS WRONG WITH YOU?”. Podejrzewam, że fakt grania od podstawówki (jestem roczek po studiach, policzcie sobie) i stos zaliczonych tytułów by go nie przekonał… Ale nie w tym sęk. Nie kupiłem Shocka nie dlatego, że nie jestem tru graczem (chociaż patrząc po niektórych wstyd się przyznawać), ale z powodu przesytu. Jako człowiek w wieku, w którym czas na rozrywki zaczyna się kurczyć, nie jestem w stanie wykorzystać w stu procentach posiadanych dobrodziejstw. Kupowane w paczkach po dziesięć sztuk za parę dolców gry leżą na Steamie i czekają na lepsze czasy, a sporo z nich wymaga więcej, niż dziesięciu minut uwagi gdzieś w środę późnym wieczorem. Zainstalowana przed tygodniem Septerra Core (ma korzenie w jRPG, więc możecie sobie wyobrazić, ile potrzeba na nią czasu) cierpliwie oczekuje mojego pojawienia się, a ja nie mam serca mamić jej kolejnymi nierealnymi datami. 

Co ma to wspólnego ze stosikami? Ano to, że rosnąca biblioteka tytułów jest takim swoistym stosikiem. Świadectwem tego, że mam wiele do nadrobienia, a zbyt mało czasu na to. Z tego powodu ostatnio niczego nie kupuję na zapas, bo wiem, że nieprędko w to to zagram, obejrzę czy przeczytam. No dobra, książki i filmy to kapkę inna bajka, gdyż ogarnia się je zdecydowanie szybciej, a i mogę je postawić na półce, ale nawet w ich przypadku opóźnienia mogą ciągnąć się miesiącami. Brat od dwóch lat próbuje obejrzeć jeden film, którego tytuł wyleciał mi z pamięci i stale coś włazi mu w paradę. Od zmęczenia po pracy począwszy, przez studenckie projekty, a na ochocie obejrzenia czegoś innego skończywszy.

Słowacki wielkim poetą był

Kupki wstydu mają pewną bardzo przykrą cechę. Są szkolne. Kojarzą mi się z listą lektur, które muszę wpierw przeczytać od A do Z, a potem udowodnić przed nauczycielem, że na pewno nie korzystałem ze streszczeń. Może współcześni uczniowie darzą je miłością głębszą od tej, którą Romeo obdarzał Julię, ale za moich czasów [3] traktowaliśmy lektury (większość, żeby nie było) jako zło konieczne, a ponoć pochodzę ze „starych, lepszych czasów”, kiedy to ludzie mieli w głowie o te 50% więcej komórek niż współcześni, na każdym rogu stała czytelnia, a kółka literackie kwitły nawet w przedszkolach. Dobrze pamiętam, jak chętne koledzy z licealnej ławy sięgali po Nad Niemnem i inne tego typu umilacze czasu, z jaką euforią czytano czterostronicowe opisy przyrody i dialogi, przy których nawet te z fanfików potterowych brzmią jak najwspanialsza na świecie poezja. Liceum to nie wszystko, spytajcie studentów, jak chętnie przysiadają do obligatoryjnych lektur na ćwiczenia i egzaminy. Sytuacja „jest sesja, czas seriale obejrzeć” nie wzięła się znikąd.

Zresztą co to za przyjemność obcowania z kulturą, kiedy traktuje się ją jako listę spraw do załatwienia? Czy odhaczenie jak największej liczby pozycji, samo w sobie będące elementem pracy, a nie rozrywki, uczyni ze mnie lepszego człowieka? Bardziej świadomego, owszem, ale i to nie do końca. Jak pisałem ostatnio, zacnych cyfrowych bohaterek musiałem ostatnio szukać z listą konkursową w łapie. Nie dlatego, że jest ich mało (chociaż może…), ale z powodu zapchania pamięci. Bo fakt grania w mnóstwo gier oznacza głównie to, że przez screena czy innej podpowiedzi mogę sobie o niej ot tak nie przypomnieć. Czasem łapię się na to, że nie kojarzę cytatów, które jeszcze pięć lat temu powtarzałem każdego dnia, bo ich miejsce zajęła setka nowych, albo rozpisuję sobie szkic opowiadania, by za godzinkę zorientować się, że to już było. Trzydzieści razy, w samym zeszłym tygodniu. A będzie coraz gorzej, bo obecnie każdy jest twórcą i nawet jeśli wśród internautów jest tylko 1% wartych zainteresowania ludzi, to wciąż otrzymujemy naprawdę pokaźną ich liczbę. Kto posiada nadmiar RSS-ów albo subskrypcji na YouTube, ten wie, co to za ból.

W kwestii mylenia pracy i rozrywki: czasem spotykam się ze stwierdzeniem, że do pełnego zrozumienia dzieła X należy (nie wypadałoby, ale należy) poznać Y i Z. O ile w przypadku nawiązań i ukrytych tu i ówdzie żartów jest w tym pewien sens, inaczej jest się jak dziecko przy oglądaniu Shreka czy innej współczesnej kreskówki, tak nie ma go, gdy mówimy o interpretacji. Zakładamy wtedy, że każda osoba musi iść po nitce do kłębka, że spojrzenie na sprawę z innej perspektywy, bez zapodanych przez rekomendowane dzieła narzędzi jest ble, co w przypadku dzieł sztuki  a tym są zarówno książki i filmy, jak i gry czy komiksy  jest stwierdzeniem kuriozalnym. No i kojarzącym się ponownie ze szkołą i Jedyną Słuszną Linią Interpretacji Partyjnej (bez ).

Jak żyć, panie premierze?

Z takich to (i paru jeszcze) powodów od pewnego czasu nie przejmuję się kupkami wstydu. Na półkach i dysku mam naprawdę duże zapasy wszystkiego i gdy je wreszcie pochłonę (kiedyś tam), wtedy zacznę szukać czegoś nowego, czy to pytając ludzi o rekomendacje, czy też szukając pereł na własną rękę. A na pewno nie będę notował sobie dzieł wartych zapoznania się, bo tylko wpędzę się w kolejną depresję spod szyldu „tyle wokół dobroci, a tak mało czasu!”, co dla osoby chcącej co jakiś czas pospamować innym swoimi wypocinami jest szczególnie bolesne. Zwłaszcza, gdy się pamięta o czasie wymaganym do zapisania czterech stron, a planuje zapisać ich zdecydowanie więcej. I powiem wam, że wystarczy nie przejmować się faktem oglądania jakiegoś zacnego serialu dwadzieścia lat po reszcie świata, by człowiek stał się szczęśliwszy, a każdy odcinek z automatu nabrał dodatkowej wartości.

[1] Więcej odpowiedzi (chociaż i tak bardzo mało, a i głównie, ciekawostka, growych) uzyskałem na hasło „kupka wstydu”.

[2] Pytanie za sto punktów  jak takie dziwo może wyglądać?

[3] Fakt, że mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, gdyż maturę pisałem dobrych parę lat temu, wywołuje we mnie dziwne uczucie.

Chcesz pochwalić się swoim stosikiem wstydu? Może tutaj?