Przejdź do zawartości

Kolejny krok w karierze

Może powieści, gry czy filmy nie będące arcydziełami i produktami generacji, wszystkie te czysto rozrywkowe pozycje, zapomniane przez świat góra tydzień po ich premierze, są bardziej potrzebne, niż nam się wydaje? Może popełniamy błąd myśląc o nich jako o celu, a nie środkach prowadzących do czegoś większego?

Gdy piszę te słowa Subverse, sci-fi RPG z pieprzykiem od studioFOW, zebrało milion i ćwiartkę dolarów. To będzie pierwsza gra od grupy zajmującej się kręceniem animowanego porno. Bardzo ambitna gra, z eksploracją kosmosu, turowymi walkami lądowymi i profesjonalnie animowanymi scenami seksu. Projekt wymagający niemałych pieniędzy, o które na Kickstarterze prosić może każdy, ale mało kto je otrzyma. Do tego trzeba znanego nazwiska albo wyrobionej przez lata renomy. Na przykład zbudowanej na pięciu latach aktywności i wciąż rosnącym portfolio. Bez ponad dziesięciu pełnometrażowych filmów studioFOW byłoby niczym.

Popatrzmy na inne przykłady. Między pierwszą profesjonalną – w znaczeniu zarabiającą pieniądze – publikacją, a pierwszym tomem Pieśni Lodu i Ognia upłynęło dwadzieścia sześć lat. Bardzo nierówny pierwszy Wiedźmin wylał fundamenty, na których zbudowano sukces trójki. Przed Braid Jonathan Blow pracował jako kontraktor dla Ion Storm oraz IBM. Przyszły John Rambo grał „gości na weselach” i baraszkował w filmach porno, a jego kolega z branży, James Gunn, szlifował warsztat w Tromie.

Sukces wymaga czasu. Potrzebował go Martin, potrzebowali Redzi i Jonathan Blow. James Gunn nie od razu nakręcił Guardians of the Galaxy, Stallone z miejsca nie stał się Rockym. Między początkiem czyjejś kariery oraz wybiciem się potrafi minąć wiele lat. Czasem wypełnionych gównianymi projektami i hałturami na boku, czasem obiektywnie dobrym materiałem, ale zawsze czymś, co w ogólnym rozrachunku zostanie przyćmione przez blask najbardziej udanych dzieł. Dzieł, które prawdopodobnie nie powstałyby, gdyby nie ich mniej znani poprzednicy. Na czymś trzeba zbierać doświadczenie i szlifować warsztat, coś musi przekonać ludzi trzymających kasę do otwarcia portfela.

To powoduje, że ocenianie filmów czy gier staje się bardziej skomplikowane. Jak bowiem traktować pierwszą powieść licealisty – jako taką se historię pióra literackiego świeżaka, czy może ważny etap w procesie produkcji bestsellera? Czy można patrzeć na nią w oderwaniu od pozostałych, od procesu kształtowania jego talentu oraz warsztatu? Historia powinna bronić się sama, ale czy nie powinniśmy potraktować jej jak materiału ćwiczeniowego, a co za tym idzie spojrzeć łaskawszym okiem? Czy wręcz przeciwnie, dodatkowo skarcić, bo dlaczego mamy płacić za czyjąś naukę? W którym momencie takie nastawienie przestaje mieć sens? Przy trzeciej książce? Piątej? Pierwszym naprawdę głośnym sukcesie? Dlaczego akurat wtedy?

No i najważniejsze – ile kroków dzieli nas od arcydzieła? Będzie ono warte podróży, czy może okaże się wielkim zawodem, jak Bioshock: Infinite? Co, jeśli autor po wielu latach praktyki wciąż nie będzie w stanie go wyprodukować? Bo nie potrafi, nie może albo zwyczajnie nie ma ochoty, w pełni zadowolony z tego, gdzie jest i co robi? John Ringo jest poczytnym autorem, podobnie Mark Weber. Obaj nie próbują pisać Wielkich Dzieł, tylko tłuką czytadła. Rok za rokiem, cykl za cyklem. Czy powinniśmy mieć im to za złe? Wymagać od nich napisania nowej Diuny albo Fundacji, wierząc, że potrafią i powinni?

Czy może lepiej przypomieć sobie, że żyjemy w czasach absurdalnego nadmiaru rozrywek i zwyczajnie o tym nie myśleć?