Przejdź do zawartości
Znalezienie loga książki w wysokiej rozdzielczości jest praktycznie niemożliwe, nie mówiąc o zrobieniu go moją suszarką do włosów, więc łapcie zastępcze logo pisma. Czyli w praktyce również książki.

Kompendium grozy

Montując polemikę na niedawny tekst Michała – której nie dokończę, bo materia mnie z deka przerosła – zostałem zmuszony do odkopania paru skarbów z końca zeszłego wieku. Konkretnie to ściągnąłem z półki zabytkowe Kompendium Wiedzy Secret Service, swoisty spin-off legendarnego pisma, co to z grobu niedawno wstało i wiele wskazuje na to, że niedługo doń wróci. I zdziwienie mnie ogarnęło, bo zapomniałem, jakie ciekawe rzeczy można było tam znaleźć.

Kompendium czego?

Dla nieobeznanych – wydawane od roku 1996 Kompendium Wiedzy, które doczekało się tomów czterech i dwóch wznowień, było tworzoną przez redakcję Secret Service kompilacją najlepszych treści z pisma zmieszanych ze świeżymi materiałami. Dużo kodów, jakieś opowiadania, poradniki tworzenia gier wideo, podsumowania sytuacji rynkowych na rok taki i taki, manga, anime i inne dziwy ze Wschodu, Berger rozwodzący się na temat militariów, nowinki z internetów, historia cyberpunka i tak dalej. Razem kilkaset mięsistych stron za rozsądne pieniądze (pierwszy tom kosztował niecałą dychę), aż głupio było nie kupować. Zwłaszcza przez osoby mojego pokroju, które kabla do internetów wówczas nie miały, a bardzo były ciekawe, co tam w nerdowskim świecie słychać.

Zerknijmy na okładkę tomu numero uno. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda w porządku. Mamy charakterystyczny piorun, duże żółte napisy na czerwonym tle i bojowy helykopter, w edycji rozszerzonej zmieniony na Larę. Przy drugim rzucie wzrok pada na kółeczko po prawej stronie i już robi się smutniej. „Szklanka krwi dla każdego ucznia”, głosi napis, który u zainteresowanych wywoła pewnie śmiech, ale u nieobeznanej z tematem reszty niekoniecznie. Przypominam, mamy rok 1996, kiedy to wizerunek gracza nie należy do zbyt pozytywnych (nie żeby wiele się przez ostatnie lata zmieniło…). To jakby na okładce pisma o heavy metalu umieścić czarnego kota w garnku. Albo palący się kościół.

Rysunki grozy

SS2
Okładka grozy.

Zaglądam do środka. Strona tytułowa, spis treści, wylewne podziękowania naczelnego dla wiernych czytelników. Póki co spoko. WTEM! rysunek na stronie 6. Osobnik A dostaje solidnego kopniaka w słabiznę od osobnika B. Osobnik B, posiadacz dorodnych kłów i koszulki „I love Secret Service” krzyczy: „Zniszczyłeś mój Secret Service śmieciu!”. Brwi w górę, cień uśmiechu na twarzy, wzruszenie ramion. Przewracam kartkę. Na stronie 8 gość o posturze Space Marine, z okrwawioną gębą oraz sztyletem i strzałą wbitymi w kark woła: „Maksik! Maksik! Piesku, gdzie jesteś?”.

Chwila zadumy, znów przewracam kartkę. Stronę 10 otwiera krótka, komiksowa historia Pana Dżekyla, który po posadzeniu rzyci przed monitorem ujawnia swą prawdziwą naturę i zmienia się w Pana Haida (pisownia oryginalna). Oczy ma dużo większe, język wystawiony, czoło potem zroszone i spojrzenie maniaka. No wypisz wymaluj Typowy Gracz™, tylko zdecydowanie czystszy i bez problemów z kręgosłupem. Dwie strony dalej, tuż pod świetnym poradnikiem jak zmodyfikować zapis gry, by mieć więcej pieniążka, jakiś młodzieniec powiesił się na żyrafie. Zwierzak myśli: „Po atarowcach wszystkiego się można spodziewać”.

Sprawdzam łączną liczbę stron. 336. Sprawdzam stronę aktualną. 12. Oddaję się krótkiej zadumie na temat „czy to ja się zestarzałem, czy te rysunki nigdy nie były zbyt śmieszne” i jadę dalej. Ignoruję teksty, skupiam się na ozdobnikach. Pomijam wszelkie ucięte dłonie, monitory z twarzami psychopatów zapraszające do kolejnej partyjki czy inszych mutantów, których Ordo Hereticus chętnie zaprosiłoby na przyjacielską pogawędkę. Nie docieram zbyt daleko, bo już na 27 stronie wita mnie rysunek Gracza. Lewa ręka olbrzymia jak u zawodowego onanisty, prawa w zaniku, bo od dawna nieużywana, szczątkowe nogi, okulary-musztardówy i szyja potrójnie zgięta. Całość opatrzona szczegółowymi opisami. Siedem stron później jakiś czytelnik SSa odstrzeliwuje głowę siedzącemu obok zwierzakowi z bębenkiem, kulturalnie prosząc o ciszę.

Myślałem, że gorzej nie będzie, ale im dalej w Kompendium, tym poziom rysunkowej dziwności rośnie. Znajdą się psychopaci nie mający nic przeciwko przemocy w grach (strona 53), gracze wyglądający jak oszalali kloszardzi (63), ich koledzy strzelający do ludzi przeszkadzających w graniu i tłumaczący, że to nic osobistego, ale… (197), grupa śliniących się, brzydkich, przesadnie chudych albo grubych okularników, podpisanych „Stali czytelnicy Secret Service oczekują na nowy numer” (225), czy rasowy ABS mówiący „Ja tam golfa nie lubię, ale fajucho jest komuś takim kijem przy….olić!” (261). Książkę wieńczy komiks o młodym człowieku, który na wskutek grania w brutalną grę stał się masowym mordercą (cała strona 335). Wszystko to poprzetykane sucharami, luźnymi dowcipami z Atari bądź Amigi, niezgorszymi grami słownymi i generałem przepraszającym za puszczanie bąków.

Jak cię widzą…

SS3
Okładka mniejszej grozy.

Sobie zdaję sprawę, że rysunki w Kompendium tym i pozostałych jakieś takie mało realistyczne, brutalność przerysowana jak tylko się da, kolorów niet, bo cała książka czarno-biała i generalnie to miała być satyra i humor bazujący na stereotypach. A przynajmniej tak podejrzewam, bo komentarzy autorów próżno szukać. Po latach to widzę, rozumiem, do pewnego stopnia nawet doceniam, bo mam do takich rzeczy spory dystans. Jednak chwilę później przypominam sobie, że natrafienie na podobne niskich lotów materiały w samym Secret Service oraz jego konkurencji nie stanowiło wielkiego problemu, nawet jeśli nostalgia twierdzi inaczej. Wciąż siedzi mi w głowie komiks ze Świata Gier Komputerowych z roku bodaj 1997, na którym Typowy Gracz™ wyzywa jakiegoś nerda od bluźnierców, gdyż ten zasugerował, że przecież komputer nie musi służyć tylko do grania. Ile osób uzna to za dowcip, a ile za wytyczne?

Można mówić, że negatywne opinie o graczach były i wciąż są przesadzone, ale przeglądając zawartość Kompendium dochodzę do wniosku, że sami jesteśmy sobie winni. Że ludzie odpowiedzialni za dostarczanie nam wiadomości i ciekawych tekstów pomogły utrwalić negatywne stereotypy. Osoby z zewnątrz może przeczytają niezłe teksty na temat historii mangi albo opowiadania bazujące na Obcym, ale pierwszym, co rzuci im się w oczy, będą rysunki. Brutalne, wulgarne, bazujące na niskim humorze, z których wyłania się niezbyt pozytywny obraz miłośników gier („Spieprzaj stąd, teraz gram!”, krzyczy w drugim tomie wykrzywiona twarz Gulasha). Obraz, którego nie będzie w stanie zatrzeć nawet tysiąc stron poświęconych idei cyberpunka.

Myślę również o tych graczach, którzy przygodę z hobby zaczęli po 1990 roku, nie znali Bajtka i pierwszym, co wpadło im w łapki, był Secret Service. Michał narzeka na Smugglera i nieodpowiednie zachowania czytelników CD-Action. Ja się z kolei zastanawiam, jak wielu spośród nich czerpało negatywne wzorce właśnie z SSa, ewentualnie osób na tym piśmie wychowanym. Które nie było legowiskiem zła i występku, jak można wywnioskować z mojej pisaniny, ale swoje za uszami, niestety, ma.

PS: Dla zainteresowanych mogę porobić foty co smakowitszych obrazków ze wszystkich czterech tomów Kompendium Wiedzy.