Przejdź do zawartości

Książki mego życia

Suzarro wytypowała Bobera, robiąc przy tym ładne oczka. Bober więc westchnął i zabrał się do pisania. A że już raz listę stworzył, to postanowił wykorzystać ją po raz drugi, trochę poszerzając to tu, to tam.

Dla niewtajemniczonych – wyzwanie obejmuje wymienienie dziesięciu książek, które z jakiegoś powodu, nawet banalnego, utkwiły mi w pamięci. Poniższa lista będzie jednak dwa razy i odrobinkę dłuższa. Bo tak.

1. J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni. Praktycznie pierwsza powieść fantasy, którą przeczytałem za mojego świadomego życia, w czasach głębokiego gimnazjum. Wszystkie trzy tomy w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej, od deski do deski, wraz z dodatkami. Do tego w zubożonym wydaniu, bo jakiś geniusz wyrwał strony opisujące zabawy Aragorna z Palantirem. Czy lektura wzbudziła moją miłość do fantasy nie wiem, ale rok później z licealnej biblioteki wyszabrowałem pięcioksiąg wiedźminowski oraz trylogię Dragonlance, więc coś musi być na rzeczy.

2. Joseph Heller, Paragraf 22. Bodaj pierwsza powieść, której lekturę urwałem w połowie. Próbowałem ją przeczytać za liceum, potem ze dwa razy na studiach. Za każdym razem dawka szaleństwa, surrealizmu oraz tragizmu życia drugowojennych lotników pozbawiały mnie energii. Do dziś gapi się na mnie z wyższością znad biurka, jakby próbował powiedzieć „i co, słabeuszu, nie dałeś mi rady, a?”. Kiedyś dam, nie bój nic. Poza tym cenię cię na tyle, by nie odpyskować.

3. Douglas Adams, Autostopem przez Galaktykę. Lubię brytyjski humor mniej więcej od czasów podstawówki, gdy oglądałem w TV pojedyncze odcinki Benny Hill Show. Potem przyszło liceum, wraz z nim poznałem Monty Pythona, więc Autostopem było naturalnym kolejnym etapem. Poza tym dzięki niemu poznałem odpowiedź na pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę, którą to odpowiedź znać warto, nawet jeśli właściwe pytanie zaginęło w pomroce dziejów i resztkach zniszczonej Ziemi.

4. Umberto Eco, Imię Róży. Jedna z tych powieści, na które się strasznie napalałem, bo wiele oczytanych osób i internety zachwalały. Plus Eco, czyli Prawdziwy Pisarz, Wielki Artysta, no wypadałoby znać. I poznałem, parę razy przy tym przysypiając. Czułem się bowiem jak podczas lektury Narrenturm, tylko jeszcze bardziej przeładowanym faktami, cytatami, sentencjami i tytułami ksiąg znanych tylko przez badaczy literatury średniowiecznej. Tym sposobem zniechęciłem się do superrealistycznych powieści historycznych i zacząłem doceniać lżejszą, łatwiejszą do przyswojenia prozę.

5. John Ringo, David Weber, Imperium Człowieka. Cykl czterech powieści, które uznaję za majstersztyk w dziedzinie militarnego SF. Co jest o tyle ciekawe, że ani Ringo, ani Webera niezbyt trawię jako samodzielnych pisarzy – przynajmniej od momentu, gdy nieco lepiej poznałem ich dzieła – ale w duecie sprawdzają się wyjątkowo dobrze, niwelując swoje wady i uwypuklając zalety. Całość czytałem dość dawno i kto wie, może się już zestarzała, ale na liście „kiedyś muszę powtórzyć” plasuje się bardzo wysoko.

pajeczyna-utkana-z-ciemn_15216. Karl E. Wagner, Pajęczyna utkana z ciemności. Po raz pierwszy przeczytałem za gówniarza, chyba jeszcze w gimnazjum i poczułem dziwne przywiązanie do tej mroczno-fantastycznej (czy tam sword & sorcery, jak twierdzą znawcy) opowieści o przeklętym nieśmiertelnością barbarzyńcy i okaleczonej, żądnej zemsty czarownicy. Na studiach podejrzewałem, że historia zbyt mocno się zestarzała, ale ponowna lektura udowodniła, że wcale a wcale. Na nieokreśloną przyszłość planuję maraton z całym pięcioksięgiem, bo jest tego wart.

7. Stephen King, Misery. Pierwsza i póki co chyba jedyna powieść grozy, która mnie autentycznie przeraziła, chociaż elementów nadnaturalnych w niej tyle, co złota w przydrożnej kałuży. Czytałem, a właściwie to pochłaniałem późnymi godzinami, jedynie przy nocnej lampce i do dziś pamiętam, jakie wrażenie wywarły na mnie ostatnie, zapisane zupełnie inną czcionką (czytelnicy zrozumieją) strony. To Misery przekonało mnie, że King wielkim pisarzem jest. Przynajmniej póki nie sięgnąłem po…

8. Stephen King, Lśnienie. Wszyscy mi mówili, że arcydzieło. Że wielka literatura, masterpiece mistrza grozy, miliony nakładu i panie, taka wielka rzecz. A potem się okazało, że ta wielka rzecz złożona jest w 3/4 z nudy, rozwlekłych dialogów, nadmiernego psychologizowania i akcji trzymającej za serce niczym wyścigi żółwi błotnych. Do dziś się zastanawiam, czy to coś ze mną jest nie tak, czy może rzeczywiście Lśnienie to nieco zbyt grupy plik papieru toaletowego. Jedna z niewielu książek, których pozbyłem się z domu. Zero żalu.

9. [Autorka wycięta, sami znajdziecie], Mroczna Magia. Nie czytałem paranormali. Znaczy zdarzało mi się, chociażby pierwszy tom Sagi o Ludziach Lodu czy Ja, Diablica, ale tamte historyjki były lekkie, łatwe i (w miarę, tak bardzo, bardzo w miarę) przyjemne. Tymczasem MM to paranormal pełną gębą, część większego, bestsellerowego (sic!) cyklu, będącego dla mnie ucieleśnieniem wszystkich wad tego typu historii. Zresztą kiedyś wyzłośliwiałem się na temat jej fabuły. Od czasu tej lektury nie tykam żadnych romansów z wampirami, a jeśli już to robię, to tylko przez grube rękawice na końcu dziesięciometrowego kija.

10. Krzysztof Ostrowski, Marcel A. Marcel, Oro. Powieść familijna, czyli coś, z czym rzadko mam okazję się zapoznać. Posiadająca bardzo proste, ale wyjątkowo pozytywne przesłanie, jakiego próżno ostatnimi czasy znaleźć. Zwłaszcza w fantastyce, moim głównym żerowisku. Dodatkowo była to pierwsza powieść, którą moja droga rodzicielka zdecydowała się przeczytać po iluś latach przerwy (słaby wzrok nie zachęca) i wciągnęła się, tak że musiałem co jakiś czas podrzucać jej kolejne pozycje. Serce rośnie, gdy czyta się takie rzeczy.

world-war-z-b-iext2201284711. Max Brooks, World War Z. Przez tą powieść nabrałem ochotę na opisanie zombie apokalipsy w krainie fantasy. Oczywiście w relacjach świadków. Nie sądziłem, że można napisać fałszywą historię wojny z żywymi trupami i uczynić ją tak namacalną, a tu proszę, udało się. Jest sensownie, logicznie i, co najważniejsze, przerażająco. Nawet jeśli zachowania opisywanych ludzi są, w najlepszym wypadku, nierozsądne. Szkoda, że film pod tym samym tytułem ma z oryginałem niewiele wspólnego. I że moje wydanie ma jego reklamę na okładce. Ugh!

12. J. R. R. Tolkien, Silmarillion. Nienawidzę tej książki. Za rozwlekłość, natłok nazw i faktów, wielowątkowość i stos innych jeszcze rzeczy. Przede wszystkim dlatego, że nie zdołałem jej przeczytać w całości, taka to ciężka lektura, oraz za podniesienie mi poprzeczki. Bo kiedyś sam chciałbym stworzyć swoją fantasy wersję Biblii, z historią świata, herosami i resztą ferajny, ale wiem, że będę porównywany do papcio Tolkiena. Wielkie dzięki, profesorze!

13. Tom B. Stone, Szkoła przy cmentarzu. Cykl powieści grozy dla młodzieży, czytywany przeze mnie w gimnazjum. Pamiętany tak se, jeśli nie liczyć pojedynczych motywów, ale już wtedy ładnie bawiący się z moją wyobraźnią. Rowerzysta bez głowy, deskorolkarz zombiak – dziś te pomysły brzmią banalnie, ale wtedy były dla mnie świeżutkie i oryginalne, same zaś historie bardzo starały się chociaż trochę straszyć. Dziś bym ich nie tknął, chociaż planuję kiedyś ponownie przeczytać pierwszy tom, tak z czystej ciekawości. Kiedyś.

14. J. K. Rowling, Harry Potter. W Polsce wydano trzy tomy, a ja o żadnym z nich nie słyszałem. Gdy polonistka w gimnazjum dała mi dodatkowe zadanie „napisz rozprawkę o Potterze”, wziąłem je z ciekawości. No bo kto to taki ten cały Potter? Sięgnąłem więc po Kamień filozoficzny, a potem poszło z górki. Znaczy wychowawczyni próbowała mnie i resztę klasy przekonywać, że Potter to zło i Szatan, miała nawet specjalną broszurę na ten temat (chętnie bym ja kiedyś przejrzał), ale przykro mi, nie wyszło.

15. John Birmingham, Oś Czasu. Jedna z historii z cyklu „weźmy ludzi z XXI wieku i przenieśmy ich w 1939 rok!”, która uświadomiła mi, jak wielkie potrafią być różnice między mężczyzną rocznik 1919 i jego kolegą, rocznik 1989. Do tego miała wartką akcję, sporo interesujących pomysłów z zakresu mieszania faktów i fikcji oraz mnóstwo smaczków dla znawców i wielbicieli historii. Oraz była fundamentem mojej testowej recenzji dla serwisu Poltergeist, chociaż dziś na 100% napisałbym ją inaczej.

10059_ogrody-ksiezyca-hc-40016. Steven Erikson, Ogrody Księżyca. Lud internetów twierdził, że wielkie, wspaniałe i w ogóle każdy fan fantasy musi znać. Kumpel pewnego dnia pokazał mi grubą cegłę i też zachwalał, więc kupiłem. I pożałowałem tego, oj pożałowałem. Znaczy ok, nie tak mocno, jak paranormali (na szczęście recenzenckie, więc straty tylko psychiczne), ale wciąż mam problemy ze zrozumieniem, skąd taka popularność cyklu. Kiedyś zresztą napisałem na ten temat dużo słów.

17. Glen Cook, Czarna Kompania. Co prawda przeczytałem tylko pierwszy tom z czteroczęściowego wydania Rebisu, ale uderzyła mnie jego inność. Opisy bitew krótkie jak pierdnięcie kota, postacie o nieokreślonych kształtach, wiedza wojskowa wyzierająca z każdego kąta i mnóstwo dobrych pomysłów, które widziałem w wielu innych, młodszych książkach, a nawet grach wideo. Początek był trudny, ale im dalej w las, tym coraz lepiej. Ba, kumpel trzy razy podchodził, trzy razy się odbijał, ale jak za czwartym zaskoczyło, to lektura poszła błyskawicznie. Kiedyś dokończę, słowo skauta.

18. Mag: Wstąpienie. RPG, które przez wiele lat uważałem – i wciąż zresztą uważam – za niemożliwe do poprowadzenia. Dające mi tak wiele możliwości, punktów zaczepienia, filozoficznych i naukowych uzasadnień, że nie wiem, od której strony się za nie chwycić. Wciąż cenię za bogactwo świata, całą metafizyczno-mistyczno-cholera-wie-jaką otoczkę i możliwość grania magiem przez duże M. Poza tym lektura dość trudna i nieporęczna, przez co kojarzy mi się ze średniowiecznymi woluminami. To chyba dobrze?

19. Stanisław Lem, Niezwyciężony. No nie dałem rady. Sensu przeczytałem, od początku do końca, ale nie dałem rady się zakochać. Za dużo technicznych słów dla licealisty, za dużo zdań skonstruowanych tak, by odstraszać. Za dużo poczucia, że wdepnąłem w dziwne miejsce, co ja tu w ogóle robię i gdzie są drzwi? Jedna z książek, które muszę przeczytać drugi raz, co by udowodnić sobie, że przez ostatnie lata zasób słownictwa oraz IQ trochę mi podskoczyły.

20. Ernest Adams, Projektowanie gier. Podstawy. Jedna z najgrubszych i najdroższych (ponad stówa od sztuki!) knig w moim domu, która uświadomiła mi, że tworzenie gier wideo to nie takie hop siup i w ogóle weź się chłopcze dokształć, bo za cienki w te klocki jesteś. Kiedyś się zachwycałem, teraz zaś widzę, że przydałby się jej porządny redaktor i nieco więcej konkretów, bez chwytania każdej sroki za ogon. Jako zaczątek niezła, ale obawiałbym się gier tworzonych w oparciu o nią i tylko o nią.

4e64fb11f320cdab958a7094840c3e4622bc21. Jeff Grubb, Bratobójcza wojna. Czyli jak uświadomić Boberowi, że historie na podstawie gier mogą być niezłe, nawet jeśli w ogólnym rozrachunku stanowią głównie lekkie czytadła. Zachęciła mnie do zakupu reszty cyklu, który z racji różnych autorów zaangażowanych w jego tworzenie okazał się interesującym doświadczeniem, oraz zerknięcia na książkowe Diablo, Starcrafta i inne takie. Prawdopodobnie przez nią sięgnąłem po W cieniu Xel’Naga, za co czeka na nią specjalne miejsce w Piekle.

22. Russin Robin, Jak napisać scenariusz filmowy? Poradnik, dzięki któremu zacząłem patrzeć nieco inaczej na tworzenie historii i związane z tym reguły. Niby dla scenarzystów, a tak naprawdę dla wszystkich opowiadaczy niezależnie od medium. O nim też mam notkę.

To tyle ode mnie. Nikogo nie nominuję, bo już to wcześniej zrobiłem, o!

PS: Jak ktoś zainteresowany, to w weekend na toruńskim Coperniconie będę gadał o nazistach i sprawdzał znajomość gier wideo wśród (niekoniecznie) młodych nerdów.