Przejdź do zawartości

Fragment grafiki autorstwa huussii.

Kuc niezgody

Czyli o podziałach wśród nerdów słów kilkaset.

Poniacz na każdą okazję

Pomyślcie o jakiejś postaci z popkultury. Może to być każdy, od najnowszego Doctora oraz Batmana, po drugo i trzecioplanego bohatera serialu sprzed trzydziestu lat. Medium również jest nieistotne. Macie? To teraz wejdźcie na Google Grafikę albo Deviantarta i wpiszcie jego imię wraz ze słówkiem pony. Jest 99% szans na to, że znajdziecie go w nieco odmienionej wersji. Pozostałe 1% to błąd statystyczny.

34 Zasada Internetu mówi, że jeśli coś istnieje, istnieje także porno z jego udziałem. Nie ma wyjątkówZasada 85 (niektóre źródła podają, że 42, ewentualnie odmieniona/alternatywna/dopisek do 34) twierdzi to samo, ale zamiast „porn” wstawia „pony”. Dlaczego? Ponieważ odkąd w roku 2010 światło dnia ujrzała najnowsza, czwarta generacja kuców, fandom w osobie całkowicie niepasujących do targetu serialu bronies (i pegasisters) postawił sobie za cel przerobienie wszystkich mniej lub bardziej znanych (pop)kulturowych postaci (ewentualnie motywów) na ich parzystokopytną wersję. I tak to trwa po dziś dzień.

Przykłady? Juliet Starling z Lolipop Chainsaw, Master Chief z serii Halo, jedenastu Doktorów Who, mafiozipewien znany mem o kosmitach, Rip van Winkle z Hellsinga, niemieccy pancerniacy, Lauren Faust do spółki z Imperatorem Ludzkości, Matrix, rycerze Jedi, Marvelowy Thor i Loki, Draven z League of Legends, Raziel z serii Legacy of Kain, Warhammer 40K, Batman, Lobo, Deadpool, Daenerys Targaryen, ekipa z Team Fortress 2, Krzyk Muncha… Sam Deviantart na hasło „pony” wyświetli ponad 2 miliony (!) wyników, a w kolejce czekają jeszcze sponifikowane trailery growe i filmowe, opowiadania z projektem Fallout: Equestria na czele, oprócz tekstów oferujący również grafiki, soundtracki i audiobooki, przeróbki hitów muzycznych i tak dalej i dalej. Osoby strachliwe nie powinny otwierać przysłowiowej lodówki, bo w środku na pewno siedzą kuce i wyżerają słodkości.

Czy jest to problem? Niezbyt. Znaczy nie dla mnie, bo jestem fanem serialu i wielu jego pochodnych i potrafię dostrzec sporo dobrych stron ponifikacji. Ale są osoby, dla których kucowa wersja czegokolwiek to obraza gorsza od nazwania ich matek chomikami. Ot, chociażby gracze League of Legends („And this is why people don’t like MLP fandom.”, jak to rzekł jeden z nich na widok KucoDravena), albo miłośnicy Doktora Who, albo ktokolwiek inny traktujący swoich ukochanych bohaterów jako niedotykalną świętość. Bo MLP to wszak bajka dla małych dziewczynek, gdzie nie uświadczy się nawet kropelki krwi, więc z automatu jej dorośli miłośnicy, sami od czasu do czasu dorzucający cegiełkę do ogólnego hejtu, są skreśleni. Podwójnie, jeśli zechcą podkuć cokolwiek niekucowego. Aż dziw, że polscy fani czołgów nie drą szat z tego powodu, a nawet potrafią wykazać się poczuciem humoru w starciu z crossoverami.

Ostracyzm fandomowy

Ale tu nie chodzi o to – a raczej nie tylko o to – że wrzucając na Fejsa jakąś dobrą piosenkę muszę pamiętać o dupochronie „wiem, że kuce, ale muzyka jest świetna”, coby nikt się nie czepił. Podejrzewam, że publiczne dzielenie się porno byłoby bezpieczniejsze. Sarkanie „co mi tu pokazujesz jakieś bajeczki dla dzieci!” to irytujący, ale jedynie przykład alergicznej reakcji jednego fandomu na inny. Na jego poczynania, memy, zachowania, a nawet sam fakt istnienia, jakby łamał on któreś z elementarnych praw natury.

Spójrzcie na ten przykład na ludzi pasjonujących się Zmierzchem. Nie jestem wielkim fanem cyklu (chociaż soundtracki z filmów są całkiem całkiem) i wolałbym, żeby jego czytelniczki sięgnęły (również) po nieco lepszą, a na pewno mniej szkodliwą literaturę, ale mam problem z wykluczaniem zmierzchowców (czy jak ich tam inaczej nazwać) poza nawias fantastów. Odbieraniem serii praw do bycia fantastyką, nawet taką bardzo luźną, nazywanie ichnich wampirów gwałtem na kanonie (tak pojemnym [kanonie, nie gwałcie], że wszystko w nim można znaleźć) i patrzeniem na jej fanów niczym na trędowatych. Zawędrowawszy na krańce internetów dochodzę do wniosku, że gdyby nerdy miały swoje państwo, zmierzchowcy musieliby korzystać z osobnych toalet, oznakowanych autobusów i pewnie mieszkać w wyizolowanych dzielnicach, gdyż inne fandomy żyłyby w ciągłym strachu przed jakimkolwiek kontaktem z nimi. Coś jak „słuchający prawdziwej muzyki” w stosunku do miłośniczek (a miłośników w szczególności) Biebera, wzdrygający się na samą myśl o spojrzeniu w ich stronę, co by nie złapać jakiejś egzotycznej choroby.

Jest to smutne, bo czy się to komuś podoba czy nie, twórczość pani Meyer jest częścią (pop)kultury i fantastyki jako takiej. Niezbyt akceptowaną w pewnych kręgach, ale cholernie popularną poza nimi, mającą pewien wpływ na literaturę i film. Paranormale były popularne wcześniej, ale co wywołało kolejny boom na nie? Co rozpoczęło dyskusję na temat kanonicznego wizerunku wampira i uczyniło z wielu ludzi Obrońców Jedynej Słusznej Wersji Krwiopijców? Jasne, nie każdemu cykl przypadnie do gustu, ale czy powinno się piętnować wszystkich mających na jego temat pozytywne zdanie? Czy stwierdzenie „spodobało mi się 50 Twarzy Greya (ewentualnie Achaja bądź inna słaba literatura)” to powód do zapakowania ofiary w worek, zalania go betonem i wrzucenia do rzeki? Ktoś by powiedział, że tak (i pozbawił mnie paru znajomych), ale w takim razie dlaczego miłośnicy „porno dla gospodyń domowych” mają iść do odstrzału, a fani komiksów superbohaterskich nie? Latanie po mieście w gatkach na wierzchu, rozwalanie samochodów laserowymi promieniami z oczu i regularne nawalanie się z superłotrzycami w bikini jest ok, ale słabe BDSM to już pfe i w ogóle kim trzeba być, by to czytać? Bo komiksy mają ugruntowaną pozycję, superherosi to przecież także Strażnicy i Powrót Mrocznego Rycerza, więc w czym problem?

No dobra, trochę wyolbrzymiam, bo tacy komiksiarze też wcale lekko nie mają, gdy przychodzi do rozmów z innymi nerdami. Zresztą nie tylko oni. Sporą część życia spędziłem przed komputerem, czerpiąc przyjemność z hobby, którego fani są pod regularnym ostrzałem artyleryjskim z każdej możliwej strony. Obserwując cykliczne oskarżanie gier video o spowodowanie kolejnej szkolnej masakry, niewłaściwe ukazywanie kobiet i mniejszości seksualnych, nawoływanie do nienawiści, utwierdzanie stereotypów, gloryfikację przemocy, infantylizm, działanie na najniższe instynkty i Holocaust do spółki z AIDS w Afryce zaczynam rozumieć, co muszą czuć miłośnicy innych, wyszydzanych wytworów (pop)kultury. Bo co z tego, że GTA V sprzedało się w Polsce w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy, a Rockstar za zarobione do tej pory pieniądze mogłoby urządzić dziką, tygodniową imprezę dla całego Nowego Jorku, skoro stereotyp grubego, pryszczatego, zakompleksionego gracza, który jedną ręką grzebie sobie w spodniach, a drugą przeładowuje strzelbę wciąż krąży po społeczeństwie i minie trochę czasu, zanim całkiem zniknie? Na tym tle Zmierzch wydaje się być dziecinnie niegroźny, a jego fani są niczym jagniątka przy kolegach Freddy’ego Krugera. Bo powiedzcie sami, kiedy ostatni raz dowiedzieliście się, że ktoś zabił albo zgwałcił, bo naczytał się albo obejrzał Przed świtem? Kto częściej obrywa metką satanisty, fanki Edwarda czy gracze D&D? A z kogo najczęściej śmieją się Poważne Geeki?

Porozumienie ponad podziałami

Trochę się w tym wszystkim motam, ale chodzi mi przede wszystkim o to, że jako ludzie (pop)kulturalni nie powinniśmy przedkładać jednego typu medium nad inne albo odstrzeliwać fanów produktu, który nam się nie podoba. Nie tylko dlatego, że to wciąż jedna wspólna (pop)kultura, gdzie jest mnóstwo zarówno dennych, jak i wspaniałych rzeczy, a z roku na rok wybór jest coraz większy. Nie tylko dlatego, że boczenie się miłośników jednych książek na miłośników innych książek, czy też uznawania czytania jako takiego za lepsze od oglądania seriali albo młócenia na konsoli tworzy niepotrzebne podziały i wzbudza negatywne emocje. Przede wszystkim dlatego, że niektóre części nerdolandu wciąż są młode i podatne na ataki ze strony ludzi z nimi niezwiązanych i to niezależnie od oferowanych reszcie świata wspaniałości. Opinia o takich graczach komputerowych może się zmieniać i będzie się zmieniać, ale nie zmienia (heh…) to faktu, że wciąż mają pod górkę i jeszcze przez jakiś czas będą mieli. Inne fandomy nie powinny więc się od nich odcinać albo dolewać oliwy do ognia, jak to czynią chociażby w przypadku fanów Zmierzchu. Tym bardziej, że i one często były w podobnej sytuacji. Komiks superbohaterski ma w miarę stabilną pozycję, ale na samym początku i on znajdował się na celowniku moralistów i uznawany był jako czyste zło oraz wypaczyciel młodych umysłów.

Dla tak zwanego „przeciętnego człowieka” to jeden pies, czy biegam sobie w przebraniu po konwentach (cosplay niby taki popularny, a regularnie ktoś nazywa go dziecinnym i niegodnym poważnych ludzi. Nawet jeśli chwilę później idzie obejrzeć nowy film SF albo rozegrać sesję w Warhammera), siedzę z nosem w książkach czy rysuję na tablecie komiks z Bellą, Edwardem i jakimś kucem w rolach głównych. Dla niego jestem nerd. Oglądam oderwane od życia seriale, czytam o czarodziejach z bliznami na czole, a w wolnych chwilach nabijam levele krzycząc przy tym „For the Horde!”. Jest mnie coraz więcej, stopniowo zdobywam kolejne terytoria, ale dla wielu wciąż stanowię potencjalnie niebezpieczną ciekawostkę przyrodniczą, którą lepiej obserwować z bezpiecznej odległości. Zwłaszcza na konwentach fanów fantastyki, że o mangowych nie wspomnę*. A żeby zdobyć szacunek ogółu dodatkowo odcinam się od innych nerdów, w moim odczuciu kalających nasze wspólne gniazdo (czasem nawet tę jego część wystawioną na widok publiczny), a robiących przecież dokładnie to samo, co ja – walczących o uznanie w oczach innych. Ewentualnie mających tych innych gdzieś i robiących swoje, co koniec końców jest chyba zdrowsze.

Bronies potrafią wziąć bohaterów z Avengers, League of Legends oraz 300, dodać im kopyta i nakazać ze sobą walczyć w pięciominutowym filmiku z przygrywającym w tle soundtrackiem z Matrixa. Czego jeszcze nie zrobili, ale być może kiedyś to uczynią. Nie wahają się miksować ze sobą różnych wytworów (pop)kultury, tworząc crossovery mające szansę na zbliżenie między fandomami i pokazujące, jak bardzo płodnymi istotami są nerdy, o ile tylko im się chce. A tymczasem są za to krytykowani i spychani na margines jako dziwaki kochające bajeczkę dla dzieci (i fanfiki, po których ciary przechodzą po plecach), rękami innych dziwaków, jarających się magicznymi elfami na złotych smokach, Kosmicznymi Marines walczącymi z Orkami na wulkanicznej planecie na zadupiu galaktyki albo facetem podróżującym w budce telefonicznej przez czas i przestrzeń i walczącym ze słodkimi robotami o morderczych skłonnościach. Gdzie tu sens?

PS: Za wszelkie niespójności w tekście bez cienia skruchy winą obarczam moją recenzentkę z łapanki, czyli zwierza.

* Tak, wiem, że Pyrkon zdobywa coraz większe wpływy i przyciąga ludzi w każdym wieku, ale to wciąż za mało. Starczy spojrzeć, jak czasem telewizja portretuje nerdów, że przypomnę o relacji z jednej z południowych imprez. Tymczasem mangowcy nie dość, że wśród fantastów obserwowani są z niepokojem – zwłaszcza młodzi mężczyźni z kocimi uszkami gadający po japońsku – to jeszcze co jakiś czas odmawia im się konwentowania, patrz kilka przypadków z tego roku.

Chcesz pogadać o podziałach wśród nerdów? Może tutaj?