Przejdź do zawartości

Lubię poczytać w kinie

Reading Time: 5 minutes
Zajumane z Tumblra.
Zajumane z Tumblra.

Czyli o dubbingu, lektorach i dziwnej polityce kin.

Miałem dziś wstawić „polemikę” na niedawną notkę Zwierza o krytyce w internecie i bardzo bardzo bardzo złej popkulturze, ale coś innego siedzi mi na wątrobie i albo to coś z niej zrzucę, albo nabawię się problemów z trawieniem. A że temat dość, myślę, aktualny i popularny, to chyba nie ma powodów, by zwlekać z pisaniem.

Wczoraj obejrzałem Robaczki z Zaginionej Doliny (recenzja napisana, teraz pastwi się nad nią korekta). Świetnie wyglądający, świetnie brzmiący i autentycznie zabawny film o życiu owadów i międzymrowiskowej wojnie o pudełko z kostkami cukru. Świetny pod wieloma względami, ale mimo to ostro krytykowany i nisko wyceniany na Filmwebie. Dlaczego? Z powodu dubbingu. Nie chce mi się drugi raz pisać tych samych, krytycznych uwag, więc ujmę problem w jednym zdaniu – do filmu pozbawionego dialogów wrzucono dwóch narratorów, których obecność jest nie tyle nawet zbędna, co na dłuższą metę zwyczajnie szkodliwa i psująca odbiór naprawdę zacnej produkcji (nikt nie powiedział, że zdanie będzie krótkie). Było to równie złe, a może i gorsze, co polskie wersje Hobbita, Gry Endera czy drugiego Thora (brat po polskiej zapowiedzi stwierdził, że mu ochota na obejrzenie filmu spadła do zera).

Jest mi z tego powodu szczególnie źle, bo dwa tygodnie temu wybrałem się na Frozen w wersji PL i widzę olbrzymią różnicę między tymi dwoma produkcjami. Tak, wiem, Disney ma długą tradycję dobrych dubbingów, wielki przebój kinowy, duża firma i takie tam, co by nie odwalać fuszerki, ale w tym konkretnym wypadku dubbing zadziałał. Bo aktorzy się postarali, bo potrafili śpiewać, bo tłumacz stanął na wysokości zadania, a wprowadzenie lokalnych wątków (górale) odbyło się bezboleśnie i z korzyścią dla całości. Tam miało to wszystko sens i zostało potraktowane poważnie. W Robaczkach, filmie teoretycznie skierowanym do dzieci (kolorowo, w miarę wesoło, trochę slapstickowo, zero krwi, no który dorosły się na to wybierze?), ruch ten sensu nie miał żadnego. Zabrakło też poważnego potraktowania materiału, bo zrezygnowanie z dialogów było artystyczną decyzją twórców, jednym z filarów popularności serialu Minuscule i wypadało to uszanować, miast silić się na ulepszanie czegoś, co już jest dobre. To jak dorzucenie gitary elektrycznej do organowego wykonania Toccata & Fugue D Minor (nie wiem, czy i jak to się odmienia, nie czepiajcie się), bo organizator koncertu uznał, że w ten sposób trafi do młodszej publiki. Albo narratora opisującego zachowania i stan ducha mima. Albo soundtracka do książki… No dobra, zły przykład.

Nie będę zaprzeczał, że w przeszłości, w czasach bycia mało świadomym konsumentem, zwanym także dziesięciolatkiem, namiętnie oglądałem filmy z dubbingiem albo lektorem. Na przykład Miasto kotów (obejrzyjcie, dobra rzecz), gdzie tłumacz wykazał się kreatywnością i dorzucił kilka linijek to tu, to tam, a zagłuszający angielską wersję lektor nawet starał się robić coś więcej, niż tylko czytać tekst z kartki. Ale to wszystko było dawno, w antyku mego życia, gdy zwyczajnie nie wiedziałem, że można inaczej, lepiej. Przynajmniej dla mnie, osoby od dawna potrafiącej oglądać angielskie filmy bez (zbytniego) wsparcia napisów, wychwytująca ukryte w nich smaczki i nie mająca wielkich problemów z ogarnięciem, co się właśnie stało i co kto powiedział. Zdaję sobie przy tym w pełni sprawę z faktu, że nie każdy potrafi jednocześnie śledzić fabułę i dialogi, albo zwyczajnie wisi mu to, co leci z głośników, o ile tylko zgadza się z obrazem. Chciałbym jedynie, by taka osoba miała świadomość, że można inaczej, że w kinie dostępne są również inne wersje… Znaczy być powinny.

Ja nie mam pretensji o to, że film ma dubbing. Znaczy mam, ale nie miałbym, gdyby istniała możliwość wyboru. Hobbita mogłem oglądać w trzydziestu tysiącach wersji i dwóch i pół językach, ciesząc uszy Smaugiem Cumberbatchem (wybacz, Jacku Mikołajczyku, ale to zupełnie nie twoja liga). Nikt nie zmuszał mnie również do obejrzenia dubbingowanego Thora: Mrocznego Świata (Marcin Bosak, choćby nie wiem, jak się starał, nie będzie brzmieć tak demonicznie, jak Loki). W przypadku Robaczków figa, tylko wersja PL. Niby logiczne, wszak na pierwszy, drugi i dziesiąty rzut oka jest to produkcja dla dzieci, jak Frozen (Frozen filmem dla dzieci, aha…), a takowych to się z napisami raczej nie puszcza, w końcu młody człowiek może nie zdążyć przeczytać dialogu albo się pogubić się w fabule bez dobrotliwego głosu narratora, ale w takim wypadku dlaczego nikt nie oferował mi tylko dubbingowanej wersji Gry Endera, którą ktoś też najwyraźniej uznał za film dla młodszego widza (ha, ha, ha…)?

Brzmię marudnie, ale zwyczajnie irytuje mnie taka łatwa do ominięcia – przynajmniej z mojej perspektywy, inną nie dysponuję – sytuacja. Tym bardziej, że premiera filmu na zamożnym Zachodzie odbyła się w listopadzie zeszłego roku, a u nas dopiero dwa miesiące później, co jest sporym przegięciem, biorąc pod uwagę sytuację innych kinowych nowości (z drugim Thorem uporano się w dwa tygodnie, z drugim Hobbitem w prawie miesiąc). Ja wiem, że większa premiera skupia na sobie więcej uwagi, bo potencjalnie przyniesie również większe zyski, ale bez przesady. Dwa miechy? Na napisanie (bo tłumaczyć nie było czego) wypełnionego sucharami tekstu dla dwóch narratorów i później nagranie go? Gdy wystarczyło film po prostu sprowadzić do kraju i z głowy? To chyba nasza narodowa, czy raczej ogólnosłowiańska cecha, szczególnie dobrze widoczna, gdy schodzimy na tematy prawne – niepotrzebnie komplikować sobie i innym życie. Bo tak stoi w Dekalogu czy coś.

Ktoś mógłby mi powiedzieć, że z deka przesadzam i nie ma o co drzeć szat. Nie zaprzeczę, że problem nie należy do kategorii wymagających natychmiastowego działania, ale dodam (co poradzę, że lubię mieć ostatnie słowo w dyskusjach?), że zwyczajnie szkoda mi dobrego filmu, który ktoś, zapewne całkiem nieświadomie, popsuł. Tak jak nieudolne tłumaczenia popsuły całkiem sporo dobrej literatury, polityka stacji telewizyjnych ograniczyła zacne seriale tylko do jednego sezonu (zainteresowani wiedzą, które mam na myśli. I nie, nie tylko ten jeden), a dziwne decyzje wydawców sprawiły, że kupienie w Polsce anime w rozsądnej cenie wymaga znacznego wysiłku bez gwarancji sukcesu, że o płytach nieco bardziej egzotycznych wykonawców nie wspomnę. Dlaczego nie chcecie mych pieniędzy? Albo też chcecie, ale wasza oferta jest ograniczona? Dlaczego robicie mi i wielu takim jak ja na złość, traktując mnie jak idiotę? Zwłaszcza teraz, gdy, co prawda za dużo większe pieniądze, but still, mogę wszystko, czego mi trzeba, sprowadzić z zagranicy. Że wyjdzie mnie drożej? Trudno. Grunt, że będę miał taki produkt, jaki chcę mieć.

Uf, lepiej mi, nawet jeśli potraktowałem temat trochę po łebkach. Następny wpis będzie pozbawiony marudzenia, obiecuję.

Chcesz nazwać mnie marudą? Może tutaj?