Przejdź do zawartości

Gdzie Lucas nie może, tam klony pośle

Minimum raz zdarzyło mi się publicznie napisać, że szukam dobrego, militarystycznego filmu lub serialu SF. Takiego na poziomie cyklu książkowego Imperium Człowieka duetu Ringo i Weber, albo historii o komisarzu Gauncie, z dużą ilością akcji, naradami dowódców, pełnokrwistymi żołnierzami oraz poczuciem, że dzieje się coś dużego i wartego poznania. Ostatnim miejscem, gdzie spodziewałem się to wszystko znaleźć, były serialowe Wojny Klonów.

Tak, byłem do tej gwiezdnowojennej animacji nastawiony bardzo negatywnie. Bo przeznaczona dla młodszego widza, bo grafika przedpotopowa, bo humor pewnie taki se, bo opinie na temat pilota niepochlebne, bo Clone Wars w wykonaniu Tartakovsky’ego obejrzałem z osiem razy i nic nie pobije ich wysokiego poziomu i tak dalej. Chciałem czegoś w stylu pierwszej części Starship Troopers, z nieco bardziej naturalistycznych podejściem do wojny, a nie bajeczki dla dzieci z laserami i mieczami świetlnymi, na co wskazywały chociażby skrinszoty. Więc ignorowałem ten serial do dnia, gdy za namową między innymi Orbitalnej Wiedźmy złamałem się i obejrzałem pierwszy odcinek. A potem poszło z górki.

Żeby być dokładnym, w pełni pozytywną opinię wyrobiłem sobie dopiero mniej więcej w połowie pierwszego sezonu. Początkowe odcinki i owszem, były przyjemne, ale cierpiały z powodu dwóch rzeczy – Jar Jara i niskiej kategorii wiekowej. Długoucha personifikacja pecha i pierdołowatości na szczęście była częściej nieobecna niż obecna i jakoś fakt jej istnienia dało się znieść, ale brak krwi i ogólnie pojętej brutalności w wojnie na galaktyczną skalę uwierał mnie zdecydowanie bardziej. I tak, jestem świadom faktu, że żaden z filmów nie epatował okrucieństwem, ale z drugiej strony ani Epizod II, ani tym bardziej III nie przekonały mnie, że wojny klonów to serious business. A serial podołał. Dlaczego?

Klony też ludzie

The Clone Wars oddział ostrzeliwujących wroga szturmowców Republiki

Epizody II i III wprowadziły uniwersum wielomilionową armię facetów o tych samych twarzach, tych samych głosach i jednym celu – walczyć i zginąć za Republikę, jak na masowo produkowane mięso armatnie przystało. Wprowadziło i przesunęło na tło, marnując mnóstwo potencjalnych wątków, jak chociażby stosunek co ważniejszych jedi do tejże armii albo jej żołnierzy do swojego pochodzenia i obowiązków. Nie musiał być to istotny wątek, nie musiał zajmować całej godziny filmu, ale lekkie napomknienie to tu, to tam byłoby jak najbardziej wskazane. Taśmowo produkowane droidy kontra taśmowo produkowani ludzie. Wielki temat, wprowadzony i natychmiast porzucony na rzecz drewnianego romansu.

Tymczasem w Clone Wars klony mają imiona, ksywki, charakter, sposób bycia. Widzę wreszcie ich twarze, różniące się fryzurą albo zarostem na gębie, zaznaczoną na hełmach liczbę ubitych droidów albo symbole jednostek. Żołnierze Republiki rozmawiają, dowcipkują, dogryzają sobie, narzekają na sytuację, umawiają na piwo po powrocie z misji. Jedni są w pełni wierni Senatowi, innych bycie jedynie trybikiem w wojennej machinie mocno uwiera. Jeden z najlepszych odcinków pierwszej serii poświęcony jest w całości grupce świeżaków stacjonujących na zapyziałej planetce, zmuszonych do walki o życie z przeważającymi siłami wroga. Bez Anakina, bez jedi, jedynie oni i kilku próbujących ratować sytuację weteranów. Wszystko to okazało się bardziej emocjonujące i satysfakcjonujące od widoku luźno ubranych kosmitów nawalających się świetlówkami.

Owszem, w Clone Wars Tartakovsky’ego było republikańskie komando, ale i tam stanowiło dodatek do historii stopniowego przechodzenia Anakina na Ciemną Stronę. Tutaj zaś obecni są wszędzie, widać ich identyczne twarze ubrane w mundury marynarki albo pancerze piechoty. To dzięki nim można zrozumieć moralną dwuznaczność konfliktu, gdy okrywający ciało zmarłego szeregowego oficer mówi: „Ci ludzie po to się urodzili”, bądź gdy same klony wprost mówią, że przecież nikt ich nie uratuje, bo z założenia miały być spisane na straty. Wojna przestała być dzięki nim jedynie pokazem efektów specjalnych, a stała się wreszcie prawdziwsza, a co za tym idzie interesująca.

Anakin z charakterem

The Clone Wars skrzydło bombowców ruszających na łowy

Młody Skywalker to kawał buca. Podejmujący pochopne decyzje, dogryzający swojej padawance, od czasu do czasu ignorujący rozkazy, nadmiernie ryzykujący. Zarazem dba o swoich ludzi, potrafi się przyznać do błędu i jest skłonny do poświęceń. To o 100% więcej osobowości od tej posiadanej w filmie. To zresztą tyczy się wszystkich postaci. Obi-Wan jest sarkastyczny, ale ma łeb na karku i stara się z niego korzystać. Padme zainwestowała parę pedeków w umiejętności strzeleckie i akrobatyczne i jak trzeba, to potrafi o siebie zadbać. Nawet Yoda przestał siedzieć na tyłku w świątyni Jedi, tylko z właściwym sobie wdziękiem i poczuciem humoru rozłożył na łopatki duży oddział droidów bojowych i ich dzierżącą miecze świetlne szefową w ramach deseru.

Bohaterowie w Clone Wars, nawet ci drugoplanowi, wreszcie działają. Nie siedzą i nie gadają, tylko planują, wykazują się inicjatywą, rozwiązują problemy. Kłócą się, spierają o drobiazgi, cieszą, złoszczą, czasem nawet krzyczą na siebie. Nawet wiecznie opanowani jedi potrafią być bardziej sympatyczni, niż ci filmowi. Za wyjątkiem Separatystów, ale to wciąż jest serial dla młodszych widzów, więc wyraźny podział na dobrych i złych musi być zachowany. Stąd Grievous ma zwyczaj często i gęsto uciekać i jest bardziej groteskowy niż straszny, Ciemna Strona nie bierze jeńców, nie szanuje sojuszników, głównie grozi i wymusza i tak dalej. Z drugiej strony jak stawia opór, to silny i do samego końca, więc nie można powiedzieć, by Republika miała z nimi łatwą przeprawę. Mają też fajniejsze stroje.

Co zaś mnie najbardziej zaskoczyło, to Jar Jar. Tak, wciąż nie mam ochoty go oglądać, ale jak już się pojawia, to o dziwo potrafi zrobić coś dobrego. Wykazać się pomysłem, odpowiedzialnością, nawet próbuje ratować przyjaciół z opresji. Wciąż za mało, bym był w stanie go polubić, ale przynajmniej widzę starania, a to zawsze więcej, niż przez trzy filmy dał mi Lucas.

Wojna jest piekłem

The Clone Wars mocno uszkodzony w czasie bitwy niszczyciel Republiki

Co zrobić, by w filmie dla młodzieży pokazać rzeczy mało przyjemne? Można wstawić wielką planszę z sugestią „rodzicu, może być brutalnie, oglądaj wraz z dzieckiem”, ale to tylko półśrodek. Można również sięgnąć po niedopowiedzenia. Na ten przykład w jednym z odcinków jedi lądują na mroźnej planecie, co by sprawdzić stan milczącej od zbyt wielu dni bazy. W środku znajdują pobojowisko, w tym mnóstwo hełmów nabitych na oszczepy. Żadnych głów, żadnych okrwawionych pali, tylko hełmy. Nic nie widać, a widać wszystko. Zresztą kawałek dalej zrobiono to samo, tylko z głowami droidów, podbijając nieco poziom straszności. W innym odcinku padawanka Skywalkera, Ahsoka (nieme h), przechodzi mały kryzys w związku z wysokimi stratami, będącymi zresztą w sporej części jej winą. W kolejnym mamy scenę przebicia człowieka od tyłu mieczem świetlnym, kawałek dalej kapsułę ratunkową i dwójkę wypuszczonych w próżnię rozbitków, jeszcze gdzie indziej mieszkańców podbitej planety przetrzymywanej w charakterze zakładników, bombardowania obiektów cywilnych, obrócone w perzynę miasta, żołnierzy poświęcających życie za towarzyszy i neutralne istoty zmuszane do wzięcia udziału w konflikcie, który ich ani nie obchodzi, ani nawet nie dotyczy. Ba, nawet motyw z serii „dziecko wśród gruzów rodzinnego domu”. W serialu dla młodego widza.

Co ciekawe, to wszystko nie jest ugładzone. Tak, nie widać nigdzie krwi, dobrzy ostatecznie wygrywają, sieroty znajdują rodziców, a na niebie pojawia się słońce, lecz nim do tego dojdzie dzieją się rzeczy co najmniej straszne, gdzie brak flaków zupełnie nie przeszkadza, by poczuć grozę galaktycznej wojny. Co więcej, przynajmniej kilka razy miałem wrażenie, że scenarzyści bardzo chętnie pokazaliby dużo więcej, tylko im kategoria wiekowa nie pozwala, więc starają się robić pewne rzeczy naokoło, co by się nikt nie przyczepił. Co nie przeszkadza im mówić wprost o tym, że żołnierz nie żyje. Nie odszedł, nie zniknął, tylko nie żyje, tutaj leży jego ciało, proszę, oto dwusekundowe zbliżenie. Zdarzył się nawet jeden na szybko urządzony pogrzeb, który mimo udziału Jar Jara nie był ani odrobinę zabawny, nawet w żenująco śmieszny sposób. Z każdym odcinkiem coraz bardziej czuję, jak poważnym konfliktem są wojny klonów, jak wielki wysiłek podejmuje Republika i rycerze jedi, jak odbija się ona na reszcie galaktyki, czy rzeczona galaktyka tego chce czy nie. Że ta wojna, każda wojna, jest na swoim podstawowym poziomie całkowicie bezsensowna.

Z mniejszych plusów – continuity. Nie każdy serial je ma, nie każdy robi je dobrze, a tutaj jest i prezentuje się nieźle. Zwłaszcza przy okazji formalnie osobnych, a w praktyce stanowiących dłuższą serię odcinków. W pierwszym bitwa na orbicie, w drugiej desant, w trzeciej walki o stolicę i może jakaś wspominka za kilka kolejnych. Świetna sprawa.

Drobiazg tu, drobiazg tam

The Clone Wars mistrz jedi Kit Fisto wraz z padawanem oraz grupą szturmowców

Jako perfekcjonista w trakcie leczenia mam brzydki zwyczaj wypatrywania i czepiania się szczegółów. Dlatego wielce się zdziwiłem, gdy we wcześniej wspomnianym piątym odcinku (tytuł Rookies. Zacnie dobrany) pojawiło się radio. Specjalna stacja, puszczająca muzykę dla żołnierzy. Pierdoła, która w pozostałych odcinkach sezonu już się nie pojawiła, ale dała mi poczucie, że ten świat nie jest tak kartonowy, jak wynikałoby z filmów. Bo ktoś dba o morale klonów, ktoś dobiera im muzykę, gdzieś musi być stacja nadawcza, ktoś w niej musi pracować. Kim jest? Dlaczego to robi? Czy poza muzyką żołnierze dostają coś jeszcze? Był wspomniany alkohol, może otrzymują też papierosy? Dostają przepustki? Jeśli tak, to gdzie się udają? Masa pytań, ale i masa miejsca na interpretację, na dociekania, dopisywanie swoich rzeczy. Dzięki takim drobiazgom wojna, ponownie, stała się bardziej ludzka, bardziej zrozumiała dla mnie.

Jest tego zresztą więcej. Tak, grafika w serialu jest taka se, słabe tekstury straszą praktycznie co odcinek, a do trochę karykaturalnych modeli postaci trzeba się przyzwyczaić, ale prędzej czy później człowiek zaczyna doceniać widok Obi-Wana gładzącego zarost w trakcie myślenia, wojskowe gesty oficerów, zawartość okrętowych wyświetlaczy. Wyraźnie widać, że ktoś przysiadł z grafikami i scenarzystami, przejrzał uważnie efekty ich pracy i palcem pokazał, gdzie można dorzucić coś interesującego, coś wartego uwagi, przykuwającego wzrok. Sam fakt, że wiele klonów posiada charakterystyczne elementy wyglądu albo ekwipunku jest godzien pochwały, w końcu mówimy tutaj o produkcie taśmy fabrycznej, a właściwie to laboratoryjnej.

Bitwy, bitwy i jeszcze raz bitwy

The Clone Wars Anakin, Asoka oraz grupa szturmowców szykujących się do desantu

Jak pisałem wcześniej, nie ma krwi. Za to liczbę trupów po obu stronach można spokojnie liczyć w tysiącach. Praktycznie co odcinek jest jakaś strzelanina, widać oddział droidów masakrowanych przez klony albo jedi, klony rozstrzeliwane przez droidy, pojazdy eksplodujące od dobrze rzuconego granatu albo rozpadający się na części niszczyciel. Jeśli wysłany zostaje gdzieś desant, to istnieje spora szansa, że przynajmniej jeden statek zostanie zestrzelony w drodze na miejsce, gdzie na atakujących czekać będą bunkry, snajperzy i okopana piechota. Walki są szybkie, intensywne i stratogenne dla obu stron. Oczywiście poza większością imiennych postaci, ale nawet tutaj zdarza się, że jakaś postać trzecioplanowa pójdzie do piachu, co by podbić stawkę konfliktu.

Walki są bardzo satysfakcjonujące, a z racji skali konfliktu toczą się we wszystkich możliwych lokacjach. Pojawia się małe, zrujnowane miasto i taktyczne podchody do wrogich pozycji, duże zrujnowane miasto i strzelaniny w wieżowcach, zacięte walki w czasie abordażu okrętu i odpierania takowego, w podziemnych tunelach, na lodowych planetach, na pustynnych planetach i tak dalej. Gdzieś w tym wszystkim widać również dwojących i trojących się jedi, którym czasem nawet zdarzy się wycofać pod naporem zbyt licznych sił wroga, kierowanych przez całkiem inteligentnych droidów-dowódców oraz admirałów wykazujących się wiedza taktyczną, a nawet interesujących się profilami psychologicznymi oponentów. Stereotyp złego tchórza trzyma się w serialu nieźle, ale idiotów można policzyć na palcach jednej ręki.

Fani military porn też znajdą coś dla siebie, począwszy od wielkich okrętów kosmicznych, a skończywszy na całkiem nowych modelach droidów bojowych, takich jak infiltratorzy albo dowódcy polowi. W przeciwieństwie do szeregowych żołnierzy albo oficerów niższego szczebla posiadających inteligencję, a nie zaawansowane algorytmy głupoty i nieefektywności. Znalazło się również miejsce dla charakterystycznych dla Star Wars monstrualnych i na dłuższą metę nieefektywnych okrętów wojennych, ręcznych wyrzutni rakiet, snajperek laserowych i innych zabawek dla dużych chłopców i dziewczynek. Na mój gust jeszcze odrobinkę za mało, ale całość idzie w dobrym kierunku.

Więc oglądać?

Oglądać. Tak, zdarzają się gorsze odcinki. Tak, niska kategoria wiekowa sporo psuje. Tak, graficznie jest słabo (ponoć do 2 sezonu), ale całość nadrabia muzyką, grą aktorską (Obi-Wan jeszcze nigdy nie brzmiał tak sympatycznie, a Dooku groźnie), scenariuszem i ogólnym klimatem. Nadrabia wykorzystaniem tego, co filmy zignorowały albo potraktowały marginalnie, samemu zresztą patrząc na pierwszą trylogię ze sporym przymrużeniem oka. Nadrabia poważniejszym spojrzeniem na galaktyczny konflikt, mimo narzuconych odgórnie ograniczeń. The Clone Wars to dobre, wojenne SF, którego od dawna szukałem.

Chcecie pogadać o serialu? Może tutaj?