Przejdź do zawartości

Marvel wciąż w dobrej formie

Dzisiejszy wpis, wbrew wcześniejszym obietnicom, również nie będzie o komiksie. Nie będzie, bo Bober poszedł na Zimowego Żołnierza i koniecznie musi coś o nim napisać. Ale spokojna, obiecana notka, nad którą pracuję w tak zwanym międzyczasie, w końcu się tu pojawi. Niedługo. Słowo.

Jakiś czas temu popełniłem tekst na temat filmotwórczych problemów DC, wychodząc z założenia, że w porównaniu z Marvelem posiadacze praw do Supermana nie za bardzo wiedzą, jak ekranizować swój dorobek. Albo też wiedzą, ale z powodu upływającego czasu muszą chodzić na skróty. Po obejrzeniu Zimowego Żołnierza mam już pewność, że DC nie jest w stanie nadrobić dzielącego obie firmy dystansu. Bo Marvel nie tylko wie, jak robić filmy o superbohaterach. Marvel wie, jak robić najlepsze filmy o superbohaterach.

Co nie oznacza, że Iron Man, Avengers czy wreszcie Zimowy Żołnierz są bez wad. Nawet tak przeze mnie ukochana trylogia o Żelaznym Człowieku zasłużyła na klapsa albo dwa, jednak w porównaniu do nolanowskich Batmanów albo Man of Steel (zupełnie już nie wiem, co mi się w nim podobało) będą to klapsy delikatne, czułe wręcz (gorąco się zrobiło). Dlatego w poniższym tekście będę pisał tylko o tym, co mi się w nowym Kapitanie, a przy okazji w pracy Marvela jako takiej, najbardziej podoba. Czytaj: nic nowego w temacie, możecie iść prokrastynować gdzie indziej.

Dla odmiany postaram się unikać spoilerów, a przynajmniej je wyraźnie oznaczyć.

Trykoty i peleryny, czyli bohaterowie

Ponowne oglądanie Batman Beyond, historii Bruce’a Wayne’a po osiemdziesiątce i jego protegowanego, a zarazem nowego Gacka, Terry’ego McGinnisa, przypomniało mi, za co lubię Batmana. Nie za kostium, wypchany po brzegi gadżetami z małym dodatkiem kryptonu utility belt, wypełnioną pamiątkami po rozmaitych zbrodniarzach jaskinię ani bliskie kontakty z Ligą Sprawiedliwych, tylko za charakter. Z deczka zgorzkniałe poczucie humoru, skoncentrowanie na obowiązkach, mentalność osoby przygotowanej na każdą ewentualność, chęć niesienia pomocy słabszym, lojalność względem przyjaciół, gotowość walki aż do gorzkiego końca. Mieszankę ludzkich i typowo bohaterskich cech, dających w efekcie postać z krwi i kości. Szczególnie interesującą, gdy postawi się obok jego młodszego partnera albo dowolnego z długiej listy Robinów.

I to ludzkie podejście do postaci ujęło mnie zarówno w pierwszym Kapitanie, jak i w Zimowym Żołnierzu. Ameryka jest grzeczny, wciąż dość nieśmiały w stosunku do kobiet, kierujący się prostymi regułami, wierny ideałom, okazujący emocje. Stark to dupek, Thor prostolinijny mięśniak (chociaż i to się zmienia), a Steve? Chłopak z sąsiedztwa, co to pomoże, doradzi i chętnie pogada przy piwie. Bohater narodowy, który mimo zasług pozostał skromnym i uprzejmym człowiekiem obowiązku, nie dającym zgody na działania w jego opinii przekraczające wyraźnie ustalone granice. Batman nie zabija, Superman nie zabija, a Kapitan nie chce, by ludzie stali się zakładnikami swego pragnienia życia w bezpiecznym świecie, nawet jeśli rozumie, że pewne sytuacje wymagają niepopularnych działań. Ba, nawet pyta przed walką, bez ukrytej między wierszami szydery, czy któryś oponent nie chciałby się zawczasu wycofać! Ktoś mógłby nazwać go harcerzykiem, ale taka szczera, patriotyczna, uczciwa postawa jest czymś dawno przeze mnie niewidzianym i stanowiła przyjemne orzeźwienie po tym, co ostatnio miałem okazję czytać bądź oglądać.

Ale Kapitan to nie wszystko. W Zimowym Żołnierzu występuje Nick Furry, nadrabiający braki narodowego bohatera w dziedzinie wygadania i zgryźliwości, Czarna Wdowa, która nauczyła się żartować i szeroko uśmiechać, nie zatracając przy tym umiejętności profesjonalnej zabójczyni na usługach rządu, debiutujący na filmowym ekranie Falcon, ex-żołnierz na ochotnika wracający do służby, bo wymaga tego sytuacja i grono barwnych, nawet jeśli tylko ledwo zarysowanych bohaterów. I wszyscy, nawet trzecioplanowcy, mieli do zaoferowania coś ciekawego, jedną scenę albo chociażby linijkę dialogu, które pewnie po jakimś czasie wylecą mi z pamięci, ale pozostawią z uczuciem, że obejrzałem coś dobrego. Film z prawdziwymi postaciami, a nie deklamującymi swoje role kukiełkami.

Sznurki, kłębki i dywany, czyli ciągłość

CaptainAmerica1

Skoro mowa o epizodach i pojedynczych zdaniach – jedno z nich pada z ust osoby, której jedyny udział w filmowym uniwersum Marvela ograniczał się do bycia dupkiem w drugim Iron Manie. To jedno zdanie wywróciło do góry nogami mój osąd na jej temat i sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, czy aby w pełni zrozumiałem, o co chodziło w tamtym filmie sprzed czterech lat. I wiecie, co się okazało po kilku minutach kminienia po seansie? Że rzeczone zdanie pasowało. Do postaci, do tamtej sytuacji i do następnych wydarzeń, że miało sens w kontekście całości, gdyż filmów Marvela od dłuższego czasu nie powinno się rozpatrywać wyłącznie jako osobnych tworów. Przy Avengers miałem poczucie, że widzę jedynie urywek większej całości, rozpisaną na lata historię, którą należy śledzić po kawałku, co by móc docenić jej ogrom i szczegółowość. Oglądając Zimowego Żołnierza to uczucie powróciło ze zdwojoną siłą. Bo ja nie oglądałem filmu o Kapitanie. Oglądałem odcinek serialu o superherosach, dla niepoznaki rozciągnięty do dwóch godzin z małym hakiem.

Najbardziej widoczne było to w scenie po napisach. Znaczy pierwszej, bo od pewnego czasu Marvel serwuje dwie: trailer ciągu dalszego i dużo skromniejsze coś, w przypadku drugiego Kapitana Ameryki zapowiedź rychłego powrotu jednej z postaci. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo jej spory potencjał nie został w pełni wykorzystany, a ja nie lubię niewykorzystanego potencjału. Anyway pierwsza ponapisowa scena sprawiła, że ucieszyłem się jak małe dziecko na widok pudełka pełnego zabawek. Nie dość, że pokazano nowe postacie (kim dokładnie były przypomniałem sobie dopiero dziś, o mało co nie wprawiając pasażerów autobusu w stan konsternacji na widok radującego się z czort wie czego brodatego faceta. I fakt, że kojarzyłem je nie z komiksu, tylko jednej z moich ukochanych animacji nie ma tutaj nic do rzeczy!), które na pewno pojawią się w drugich Avengers albo kolejnym „samodzielnym” filmie od Marvela, to jeszcze sięgnięto po rekwizyt z poprzednich filmów. Przedmiot, który wydawało się spełnił swoją rolę i zostanie zapomniany, służąc jedynie jako element cosplayów. W połączeniu z puszczanym przed seansem trailerem Guardians of the Galaxy, który to film jest mocno powiązany z końcową sceną drugiego Thora oraz pierwszych Avengers, firma niejako wymusiła na mnie następne wizyty w kinie. Bo ja nie daruję draniom nieustannego ciągania mnie za nos, podsuwania tropów, składanych z szerokim uśmiechem obietnic, wyciągania królików z kapelusza i mamienia wizjami epickiego finału. Ja muszę się dowiedzieć, co będzie dalej i czym scenarzyści mnie jeszcze zaskoczą. Muszę znów poczuć ekscytację z powodu rozpoznania kolejnych bohaterów i motywów, które prędzej czy później ujrzę w pełnej krasie, w którymś z następnych filmów. Nazwijcie mnie uzależnionym, a ja Wam przytaknę i poproszę o więcej.

Swoją drogą jeden z widzów skomentował, że przy takich zabiegach Marvela ostatnie filmy z ich długiego łańcuszka będą oglądały dopiero nasze wnuki. Jak tu nie twierdzić, że to zła firma jest?

Humor, puszczanie oka i drugie dno, czyli opowieść

Ja poproszę film z tą panią po prawej. Najlepiej trzy.

Jednym z moich zarzutów w stosunku do DC jest traktowanie swojej pracy zbyt serio, co w pewnych sytuacjach skutkuje efektem odwrotnym do zamierzonego. Śmiesznością tam, gdzie powaga ma wyciskać łzy i wywracaniem oczami tam, gdzie patos przekracza dopuszczalne stężenie. Marvel tego problemu nie ma, a przynajmniej dobrze go maskuje pod warstwą żartobliwych dialogów i nawiązywania do wcześniejszych swych dzieł. Tu mamy spowalniający pracę serca środek na uspokojenie, efekt wielu nieprzespanych nocy doktora Bannera. Jemu nie za bardzo pomógł, ale mi i owszem; Nowoczesne silniki pulsacyjne? Niech zgadnę, Stark przy nich majstrował albo służył jako konsultant?; Ok, załatwię ci to i tamto, ale masz kontakty, więc zorganizuj wizytę Iron Mana na urodzinach mojej córki. Tylko tak na serio, nie jeden przelot nad imprezą i koniec, jak Tony ma w zwyczaju.

Ktoś mógłby nazwać takie zagranie niskim, niemalże oszustwem, ale sala kinowa miałaby na ten temat inne zdanie. Ludzie śmiali się na wspomnienie reszty Mścicieli, wyłapywali smaczki i nawiązania podlane dużą dawką nienachalnego humoru, przypominali sobie wcześniejsze filmy Marvela i doceniali, że firma również o nich pamięta. Że dba o swoich widzów, nie pozwalając im zapomnieć, że, ponownie, mają do czynienia z wycinkiem większego obrazka, fragmentem szerszej historii. A ja lubię ciągłość i poczucie, że poza kadrem jest coś jeszcze. Że wiem, o czym lub kim rozmawiają bohaterowie, jaki ma to związek z dotychczasowymi wydarzeniami i dlaczego jest to wszystko takie ważne. Nawet taki drobiazg, jak, dostępna w kilku wersjach, kapitanowa lista rzeczy do nadrobienia, (minor spoiler) odwiedziny w muzeum Kapitana Ameryki oraz u podstarzałej agentki Peggy Carter były dla mnie dowodem szacunku studia wobec fanów, podobnie jak okładka pierwszego komiksu z udziałem naszego superhero w oryginalnym Kapitanie Ameryce. Z drugiej strony żaden z tych elementów nie został wykorzystany w sposób wprawiający świeżaków w konfuzję. Nie wiedziałaś, że pierwsza tarcza kapitana nie była okrągła? Nie szkodzi, nie zrobimy ci z tego powodu krzywdy. Wiedziałaś? Patrz, co nasz bohater trzyma w dłoni!

Równie dużego, a może i większego plusa otrzymuje Marvel za nawiązania do współczesności. Ok, Tony Stark mówiący o MySpace był lekką przeginką – albo kiepskim dowcipem, biorąc pod uwagę, o kim my tu mówimy – ale zdanie „Jeśli ktoś o nim tweetnie, chcę o tym wiedzieć” idealnie wpasowuje się w naszą rzeczywistość. Podobnie jak kwestie bezpieczeństwa, dużych agencji międzynarodowych o olbrzymich budżetach, zasobach ludzkich i nieco zbyt szerokich uprawnieniach, szpiegostwa, sieciowego ekshibicjonizmu, dostępu do informacji, drogiej wolności czy reguł, co do których nie wiadomo, czy i kiedy je stosować, zmieniać albo omijać. Zimowy Żołnierz nie jest traktatem filozoficznym ubranym w ciuszki dramatu szpiegowskiego (yep, napisałem to) z bohaterami przez duże B i spiskiem przez duże S, ale jako komentarz do aktualnych wydarzeń, na dodatek przedstawiający kilka punktów widzenia i nie precyzujący, który z nich jest jedynie słusznym i prawdziwym, sprawdza się bardzo dobrze. Fakt, że źli przegrywają (spoiler – źli przegrywają) nie oznacza jednocześnie, że ich podejście do sprawy było niewłaściwe. Oznacza tylko tyle, że źli przegrali. Zresztą w filmie po tyłku obrywają równo wszyscy, więc ciężko powiedzieć, kto ostatecznie opuścił pole bitwy z tarczą. Zwłaszcza biorąc pod uwagę scenę po napisach.

Za to jedno muszę Marvelowi przyznać – nie boi się podejmować śmiałych kroków i zrywać ze status quo, nawet jeśli tym samym wywołuje bardzo głębokie zmiany w uniwersum. To jak końcówka gry Batman: Arkham City, gdzie (spoiler alert) Joker ginie (koniec spoilera). Takiej odwagi życzyłbym każdej firmie. Zwłaszcza komiksowej, bo te słyną z niechęci do zbyt gwałtownych ruchów.

Bohaterowie, opowieść i ciągłość, czyli ekranizacje komiksów Marvela

Z kolei tego pana było za mało. Ale będzie więcej. Proszę?

Ponad tysiąc pięćset znaków, a ja nie napisałem jeszcze ani słowa o wpadającej w ucho, odpowiednio stonowanej muzyce (dobrej, bo niezauważalnej), cieszących oko efektach specjalnych i trudnej do pomylenia estetyce, o entym z kolei kilkusekundowym wystąpieniu Stana Lee, o emocjonującej, chociaż czasem trudnej do docenienia z powodu zbyt szybkich ruchów kamery choreografii walk, o szczegółowych kostiumach (a nie CGI, Zielona Latarnio), o scenach w powietrzu kojarzących mi się z najlepszymi latami Gwiezdnych Wojen i masie innych rzeczy, ale w takim wypadku pogrzebałbym Was pod górą liter (tak jakby ta notka nie była już kapkę za długa). Zimowy Żołnierz nie jest pozbawiony wad, ale dawno żaden film nie zostawił mnie z tak silnym uczuciem zadowolenia i niedosytu. Radości z powodu obejrzenia w kinie wyjątkowo zacnej ekranizacji komiksu, z powodu zalewu kin „nerdowskimi filmami”, z powodu ich wysokiej jakości i uwielbienia przez publikę, dla której goście w trykotach nie są już obciachowi. Świadomość, że Guardians of the Galaxy pojawią się na ekranach dopiero za kilka miesięcy tylko pogłębia moją frustrację, że to póki co wszystko. Bo, że tak powtórzę za wstępem, po seansie nabrałem już absolutnej pewności, że w filmowym starciu z DC Marvel stoi i długo jeszcze stać będzie na zwycięskich pozycjach. Zimowy Żołnierz w pełni mi to uświadomił, stawiając wysoko poprzeczkę dla drugiego Man of Steel. Na tyle wysoko, że, przynajmniej dla mnie, kontynuacja przygód Supermana (i Batmana. I Wonder Woman. I…) najprawdopodobniej ich nie przeskoczy. Nie przy obecnej polityce opiekunów Ligi Sprawiedliwych.

Jeśli podobała się Wam jedynka albo Avengers, idźcie na to. Obojętnie czy mówimy o wersji 2D czy 3D. Idźcie i przekonajcie się, że dotychczasowa noty 8.2 na Imdb i 91% na Rotten Tomatoes są jak najbardziej zasłużone. Takie filmy lubię, takie filmy Marvel kręci i kręcić dalej powinien. Dziękuję i proszę – nie, domagam się – o więcej.

Chcesz przyznać mi rację? Może tutaj?