Przejdź do zawartości

Milion oświeconych

Milion subskrypcji. Tyle (plus kilkadziesiąt tysięcy) przed kilkoma tygodniami osiągnął Total Biscuit i jego poświęcony grom vlog na YouTube. Liczba, która na zdrowy rozum nigdy nie powinna paść.

Zanim przejdę do konkretów, garść statystyk. Na Jutube Gamezilla posiada niemal pięć tysięcy subskrybentów, Eurogamer prawie szesnaście tysięcy, Escapist ponad sto piętnaście tysięcy, a Dem (tak dla kontrastu) zgarnął niemal siedemdziesiąt tysięcy. Najbliższy tego rekordu jest za to Angry Joe z grubo ponad pół milionem obserwatorów. 

Można się tutaj sprzeczać i twierdzić, że nie uwzględniłem innych dużych serwisów growych (albo rozrywkowych z istotnym składnikiem gier), że subskrybcje są mniej istotne od lajków na Facebooku czy wiernych ćwierkaczy, że wreszcie to tylko jeden człowiek (plus wsparcie na paru frontach) i niewiele znaczy przy dużym serwisie w rodzaju Gamasutry (co jest bzdurą, gdy uważniej przyjrzy się jego działalności). Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi. Kwestia jest taka, że według współczesnych trendów oraz reguł, na tym konkretnym kanale granica miliona nie powinna zostać osiągnięta nigdy. Przenigdy. I o tym będzie poniższy tekst.

Wpierw jednak przerwa na kolejną garść statystyk, tym razem z Facebooka. Na tymże serwisie wyżej wspomniana Gamasutra ma lekko ponad dziesięć tysięcy łapek w górę, Angry Joe prawie trzydzieści jeden tysięcy, Escapist prawie czterdzieści tysięcy, Cynical Brit prawie osiemdziesiąt tysięcy, zaś Total Biscuit ponad pięćdziesiąt i jeden. Tylko Zero Punctuation bije ich wszystkich na głowę liczbą ponad dwustu trzydziestu tysięcy lajków. Co jest ciekawe w kontekście bytności Yahtzeego na stronach Escapista i zmusza do zastanowienia, jaką część popularności serwisu stanowią jego filmiki. Gdzie jest teraz wasz Imperator?

Ilość i jakość

Total Biscuit według jednego z fanów.

Nie będę wnikał w to, jak długo Biscuit (właściwie to John Bain) kręci swoje filmy i jaką przeszedł drogę do obecnego sukcesu. Grunt, że ma ich za sobą ponad dwa tysiące, a kolejne wrzuca niekiedy dzień po dniu, przy okazji ćwierkając na Twitterze i udzielając się w wielu innych miejscach. Taka regularność jest niezwykła, zważywszy na to, jakie John tworzy filmiki.

Jako przykład weźmy jedną z recenzji z cyklu WTS is…, poświęconą drugiej części drugiego Starcrafta. Pierwsze wrażenie to szok. Niemal godzina? Yahtzee przecież wyrabia się w góra sześć minut z hakiem! Tyle trwają Let’s Playe czy inne gameplaye, część pierwsza z trzydziestu! Żeby było śmieszniej, tuż obok wisi półtoragodzinna (!) recenzja przedpremierowej wersji SimCity. Trudno mi powiedzieć, czy to jest rekord. Na pewno w Sieci znajdzie się materiał (podcast chociażby) dłuższy o przynajmniej kilka sekund (Angry Joe potrafi przygotować nawet pół godziny materiału), więc o co ten cały szum?

Moje zdziwienie wynika z prostego faktu, że oto milion ludzi postanowił regularnie obserwować kanał faceta, który mówi do rzeczy, z rzadka rzuci dowcipem, nigdy nie świruje i regularnie oferuje bardzo bardzo długie filmiki na temat szeroko pojętej wirtualnej rozrywki. Faceta, który nie idzie w bylejakość, tanie efekciarstwo i wygłupy, przedkładając jakość ponad ilość i komentując zastaną rzeczywistość w sposób rzeczowy i bez ulegania jakimkolwiek naciskom. Faceta, będącego doskonałym przykładem rozsądnego dziennikarza, chwalącego, ale potrafiącego skrytykować, nie ulegającego okazjonalnej histerii mainstreamu.

„Zaraz, dziwi cię to?”, spyta teraz któreś z was. Ano dziwi. Albo też, gdy się głębiej nad tym zastanowić, wywołuje zdziwienio-podziw. Mówi się bowiem, że jakość wybroni się sama, że produkowane taśmowo byle co prędzej czy później zostanie wyparte przez coś zdecydowanie lepszego. Rzeczywistość to co prawda potwierdza, ale zadziwiająco często stosuje podwójne standardy.

Mądry tytuł

Nie bądź żyła, kliknij subscribe!

Widzicie, żyjemy w świecie, który w większości ceni bylejakość. Przykładowo, w naszym kawałku Europy z teleturniejów nastawionych na wiedzę odpadła między innymi Wielka Gra, ostało się za to Jeden z dziesięciu. Wśród programów rozrywkowych królował wpierw Big Brother i pochodne, teraz zaś enta edycja Tańca z Gwiazdami czy innego programu dla śpiewaków i tancerzy, pełnych światła, krzyków i efekciarstwa, będących nową formą reality show i kalką tego, czym żyje Zachód. Paranormal romance z kulawą fabułą wpierw rozchodzi się w milionach egzemplarzy (Zmierzch, aczkolwiek nie tylko on), a potem zostaje sfilmowany (patrz poprzedni nawias), przyciągając do kina tabuny ludzi. Podobnie dzieje się w każdej innej dziedzinie, od muzyki po sztukę z jej galeriami nowoczesnych rzeźb i obrazów na czele. Czego ludzie mają już trochę dość, patrz narzekania na wypuszczane zbyt często i zbyt podobne do siebie odsłony Call of Duty.

Pisząc „świecie” nie mam na myśli wszystkiego i wszystkich, jednak chyba nie zaprzeczycie, że kondycja mainstreamu, nawet jeśli wypuszcza on z siebie perełki, nie należy do najlepszych. Czy to wina odbiorców, do których twórcy muszą się dostosować, czy też twórców, chcących dotrzeć do jak najszerszego odbiorcy, nie mnie oceniać. Grunt, że jest średnio z tendencją spadkową. Ewentualnie zawsze było średnio, tylko do tej pory mało kto mówił o tym głośno.

W takim oto świecie pojawia się John Bain. Wchodzi on do mainstreamu (bo wchodzi. Starcraft to w końcu nie jest indias) stawiając na jakość i tym zdobywa sobie fanów, osiągając sukces większy od niejednego profesjonalnego serwisu. Unikając wszystkiego, czym przyciąga się współczesnego widza, całego tego taniego efekciarstwa, jakie dominuje w mediach. Wręcz zmuszając go do wysiłku intelektualnego, gdy opowiada o rynku i branży, ich blaskach i cieniach. W świecie, który dąży do krótkiej formy, szybkich wyjaśnień, oszczędności miejsca i czasu, on produkuje się niemal przez godzinę, przedstawiając wady i zalety tej czy innej gry. 

Jak współczesny, zalatany człowiek, mający niewiele czasu na rozrywkę, najczęściej pracujący przed komputerem i pragnący odpocząć od niego po ośmiu godzinach stukania w klawisze  jak może on poświęcać wolne chwile na taki kanał? Jasne, może tylko słuchać, jednak wciąż ma przed sobą więcej, niż pięć minut wideorecenzji, wymagających chociaż odrobiny skupienia. To jak ze słuchaniem radia. Można nie zwracać na nie uwagi, ale wtedy łatwo jest przeoczyć sens omawianego tematu.

Oczywiście tutaj przydałyby się dokładne dane na temat subskrybentów kanału Biscuita, ale bądźmy szczerzy. Na pewno są oni mocno zróżnicowani. Przy takiej liczbie muszą być.

Cuda nad Tamizą

Dwie ikony internetu na jednym obrazku.
Tyle wygrać!

Cieszy mnie fakt, że w czasach współczesnych wciąż są ludzie, którzy potrafią się wybić dzięki jakości tworzonego przez siebie contentu (jak ja nie lubię tego słowa). To przywraca mi wiarę w ludzkość i udowadnia, że nie trzeba się zachowywać jak pajac i skracać swoje wypowiedzi do minimum, by zdobyć przychylność ludu. Casus poczytnego blogera, zwierza, który wyliczył średnią długość swoich notek na pięć stron A4, również jest tutaj istotny.

Jaki stąd wniosek? Że mimo wszystko wciąż żyją ludzie, dla których warto pisać długie, merytoryczne teksty. I oby tak zostało.
 
 
Ojciec Chrzestny Biscuit znaleziony wśród grafik HashtagPeppera. Trolla Biscuit zawdzięcza Dawidowi Huesco. Kot wygrzebany z otchłani Sieci.