Przejdź do zawartości

Sponsorem dzisiejszego wpisu są zwierzęta siedzące na kapibarach.

Mistycyzm (pop)coolturalny

Gdy nie tak dawno temu Marcin Zwierzchowski napisał mało sensowną notkę, (pop)kulturowa część internetów eksplodowała polemikami i komentarzami. Na tamten pociąg się nie załapałem, ale szczęśliwie na stację właśnie wjechał kolejny.

Tym razem Marcin ponarzekał na to, że ostatnio w (pop)kulturze źle i będzie gorzej. Niedługo później przyszedł Michał i stwierdził, że koledze z fandomu peron odjechał. Na moje obaj z deka popłynęli – Marcin wpadając w emocjonalny, niemal histeryczny ton, a Michał rzucając tekstami w stylu „kto uczynił cię arbitrem w tych sprawach?” – ale nie dziwi mnie to specjalnie. Jesteśmy w internecie i rozmawiamy o delikatnych kwestiach, a te zazwyczaj generują silne emocje. Plus nie widziałem jeszcze gróźb śmierci i wyzywania od śmieci, więc póki co jest nieźle.

Miałem jednak polemizować. Co też uczynię, ale nie z całymi tekstami, a fragmentami, które zwróciły moją uwagę. Wzięcie się za bary ze wszystkim to materiał na solidne TL;DR (jakby teraz było lepiej…), plus słusznie zauważono, że temat jest zbyt złożony na jedną notkę. Może być odrobinę chaotycznie i niepotrzebnie złośliwie, za co z góry przepraszam.

Na pierwszy ogień idzie Marcin za słowa:

Czy wolno protestować przeciwko dziełom kultury? Tak, choć to śliski grunt.

Khem. W czasach, gdy dostęp do sieci i kawałek prądu wystarczą, by w ciągu jednego dnia przypiąć komuś łatkę zboczeńca bądź całkowicie zmienić sens zdjęcia, a jedna obcykana z technologią osoba jest w stanie namierzyć i rozpowszechnić wszystkie twoje dane osobowe (albo nagie foty, jak jesteś znaną gwiazdą filmową), protestowanie przeciwko czemukolwiek to śliski grunt. Gdy kilka kliknięć dzieli mnie od miliardów indywidualnych istnień o różnym temperamencie, poglądach i metodach dyskutowania, szansa na pyskówkę i wzajemne obrzucanie się błotem rośnie do zatrważająco wysokiego poziomu. Niezależnie od tego, czy mówimy o artykule na temat feminizmu na Frondzie czy wrzuconej na JuTuba piosence o małych kucykach. I nie jest to narzekanie, tylko stwierdzenie faktu, zauważalnego po pięciu minutach w internecie.

Dlaczego o tym wspominam? Bo kawałek dalej pada:

Coraz częściej jednak protestujący nie potrafią samym sobie narzucić ograniczeń.

Miałem dziką ochotę rzucić Godwinem, ale weźmy na warsztat coś mniej kontrowersyjnego, czyli śmierć pierwszego Sherlocka. W grudniu 1893 Arthur Doyle ubija detektywa, z zadowoleniem otrzepuje ręce i bierze się za inne projekty. Dziesięć lat później przywraca do życia pod naporem regularnej krytyki fanów, którym nie w smak było zabicie ulubionej postaci. Plotka głosi, że autor został nawet zaatakowany parasolką przez wkurzoną czytelniczkę. Nawet jeśli uznamy ten incydent za fałszywy, to wciąż zostaje nam strumień krytycznych listów, które autor otrzymywał nawet w trakcie służby w południowej Afryce.

Ktoś mógłby powiedzieć, że jest spora różnica między hejtem na Whedona i hejtem na Doyle’a i przyznam tym osobom rację. Zwracam jednak uwagę na wspólny element – niezadowolonego i wyrażającego swe niezadowolenie fana, gotowego zmarnować lata życia na krytykę, póki autor nie zrozumie i nie naprawi swego „błędu” (Zainteresowani bardziej współczesnym przykładem niech wyguglają sobie Hal’s Emerald Advancement Team). Różnica tkwi tylko w możliwościach i skali. Dajcie XIX wiecznych Londyńczykom Twittera, a Sherlock zostałby wskrzeszony w ciągu góra miesiąca. Bo co by ich powstrzymywało?

Cooltura2

Dalej Marcin pisze:

Seksistowski dupek rzucił seksistowskim żartem. A ludzie naskakują na Whedona. Ktoś widzi w tym logikę? Bo ja nie.

Na co Michał odpowiada:

Argument „To powiedział Tony, czemu czepiacie się Whedona” jest tak absurdalny, że trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś był w stanie wygłosić go na poważnie.

Michał – ty chcesz rozmawiać, co deklarujesz w swojej polemice, czy pokazać drugiej stronie, że jest głupia? Bo ja tu dostrzegam nacechowane wyższością podejście „co ja będę o tym gadał”, które obserwuję zdecydowanie zbyt często po obu stronach ideologicznej barykady. Co jest frapujące, bo sam w komentarzach narzekasz na „zaczepną, konfrontacyjną formę”, która może odrzucić od mądrej treści, czyli problem regularnie trapiący mnie w czasie wędrówek przez bezdroża internetów. Tymczasem może nie wiem lub nie rozumiem, co z tym podejściem jest nie tak? Może chcę sprawdzić, co masz na ten temat do powiedzenia? Może chcę skonfrontować twoje zdanie z moimi poglądami? Ja wiem, że z pewnymi poglądami się nie dyskutuje, bo to je nobilituje i powinniśmy milczeć, ale na moje antywacki i #GamerGate nie byłyby takim problemem, gdyby nie traktować ich jak powietrza.

Wracając do tematu – nie mam problemów z krytykowaniem autora za to, co stworzył. Jednak raz, że preferuję merytorykę nad metkowanie i nie, nazwanie kogoś seksistą nie jest merytoryczne. Zwłaszcza teraz, gdy słowo to rzucane jest jak i gdzie popadnie, najlepiej w pakiecie z cis white homophobic transphobic trash (się internauci śmieją, że w kategorii obelg to już zestaw standardowy). Dwa, że wolę podchodzić do tego typu tematów w sposób praktyczny, jako człowiek, który do ideologii wszelkiej maści czuje co najmniej niechęć. Wiecie kiedy stałem się przeciwnikiem fizycznego karania dzieci? Gdy Wojciech Orliński w którejś notce u siebie na blogu wyjaśnił, że skuteczność tej metody wynosi góra kwadrans. Z tego samego powodu nie akceptuję wycofania pewnej kontrowersyjnej okładki komiksu z Batgirl, bo to pochwała kultury gwałtu czy coś. Trafiło za to do mnie krytykowanie tejże okładki jako niepasującej do treści komiksu albo jego targetu. Podejrzewam, że takich jak ja jest nieco więcej, co łatwo rodzi nieporozumienia w dyskusjach.

Znów Michał:

Mam zrezygnować z wygłoszenia swojej opinii o jakimś tekście kultury w strachu, że biedny twórca poczuje się nią urażony albo uzna to za wywieranie presji?

Czy twórca ma zrezygnować z umieszczenia w swoim dziele wątku, postaci albo motywu w strachu, że biedny odbiorca poczuje się nią urażony? Pewnie parę lat temu bym powiedział, że to głupie pytanie, ale dziś można dostać groźby śmierci za delikatne zmniejszenie szybkostrzelności broni w sieciowej strzelance bądź film, który część widzów uznała za zły albo kontrowersyjny. Bo to, Michale, że ty wyrażasz opinię w sposób kulturalny nie oznacza, że inni też tak robią. Internet codziennie udowadnia, że jesteś jednak w mniejszości, a twórca w każdej chwili może zostać obrzucony kontenerem błota. Co zmusza mnie do zadania pytania – czyje uczucia są tu ważniejsze, twórcy czy odbiorcy? Odnoszę bowiem wrażenie, że ostatnimi, wypełnionymi słowami „triggered” i „offensive” czasy, za bardzo patrzymy na to, czy treść może kogoś obrazić, ignorując fakt, że naszą krytyką możemy też skrzywdzić twórcę. Albo za często zaglądam do tej mniej przyjemnej części Tumblera i mam zaburzoną percepcję, dunno.

Cooltura3

Dla odmiany Marcin:

Bo do tego to prowadzi – do dyktatu widzów, którzy zaczną narzucać twórcom, co i jak mają opowiadać.

Dyktat widzów. Bardzo urocze określenie, z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że taki istniał zawsze, odkąd jeden człowiek zdecydował się zapłacić drugiemu człowiekowi za rzeźbę albo wiersz. Jak stary jest mecenat albo muzycy grający za „co łaska”? Jak często twórca musiał naginać się do woli publiki, czasem pod groźbą przerwania integralności gardła? Po drugie dlatego, że określenie doskonale pasuje mi do czasów, w której rano obejrzę film, popołudniu nazwę reżysera ludzkim śmieciem, a wieczorem będę z uśmiechem obserwował narastającą gównoburzę. The power of the internet, gdzie można napisać wszystko i ktoś prędzej czy później to podchwyci.

Dzisiejsza rzeczywistość społeczna (przynajmniej w tych cywilizowanych krajach) jest znacznie bardziej otwarta na różnorodności, co znajduje swoje odzwierciedlenie w kulturze masowej. Stąd te zmiany płci, koloru skóry i orientacji seksualnej naszych pupili – żeby każdy mógł znaleźć kogoś, z kim w jakimś stopniu mógłby się identyfikować.

Zapomniałeś dodać, Michale, że docelowo chodzi o wzrost sprzedaży. Bo nie dam sobie wmówić, że żeński Thor jest ruchem prospołecznym mającym za cel szerzenie równości w świecie superbohaterskim. Marvel to korporacja, a korporacje myślą kategoriami pieniądza, bo i też on stanowi ich fundament oraz główny powód działalności. Reszta to ładna otoczka marketingowa, zapewniająca wzrost sprzedaży.

Pytasz, czy grzebanie przy bohaterach to dobra metoda promowania różnorodności. Można by na ten temat cały tekst stworzyć, ale (chwilowo?) podsunę jeden argument – fakt, że wciąż pisze się o pani z młotkiem per FemThor, a nie Brunhilda, Astrid czy jak inaczej się nazywa, oraz że na okładkach z jej komiksami widać słowo „Thor”, to są to dla mnie dowody, że metoda jest słaba. Bo to nie jest postać na własnych zasadach, tylko żeńska wersja Thora, powstała dzięki niemu i dla niego (?), która prawdopodobnie długo będzie oceniana przez pryzmat oryginału. Marny to sposób promowania czegokolwiek, zwłaszcza jeśli scenarzyści jej komiksów wykazują się subtelnością walca drogowego.

cooltura4

I na sam koniec cosik od Marcina:

Widzicie, o co mi chodzi? Popkultura zaczyna być kastrowana.

Miałem ostatnio sporą zagwozdkę w kwestii „czy w grach wideo jest aby na pewno tak mało kobiet, jak się powszechnie uważa?”, a która pojawiła się po lekturze tej oto całkiem długiej listy. W tym samym mniej więcej czasie montowałem pyrkonową prelekcję o nazistach w grach wideo, więc szukałem materiałów. Po godzince grzebania odkryłem z dobrych trzydzieści tytułów, w sporej części zapomnianych, starych, dawno nieopisywanych, nierzadko dostępnych tylko dzięki szemranym serwisom i usługom. W tym momencie narodziła się prosta teoria – a może my tych bohaterek mamy aż za dużo, tylko sporą część z nich z jakichś powodów wywaliliśmy na śmietnik historii? A idąc tym tropem rozumowania – może podobny los regularnie spotyka całość (pop)kultury?

Powiedzcie, jaka jest średnia przeżywalność filmów, książek, komiksów? Jak często ludzie potrafią się zdziwić na wieść o istnieniu jakiegoś filmu, niekiedy nawet świeżutkiej premiery kinowej? Ile średnio postaci oraz historii może znać przeciętna osoba i jak głęboko sięga jej wiedza? Dlaczego istnieją (pop)kulturowi archeolodzy pokroju Michała? Jestem graczem od pi razy oko piętnastu lat, starającym się zgłębić hobby pod każdym możliwym kątem, lecz mimo to wciąż natrafiam na tytuły i rozwiązania dla mnie całkiem nowe, interesujące, czasem niesłusznie uznawane za martwe. To nietrudne przy tak dużej ilości towaru na rynku i powszechnym nastawieniu na pożeranie nowości. Wszystkiego mamy tak dużo, że mniej znane, gorzej reklamowane, bądź zwyczajnie za stare pozycje zwyczajnie nam umykają. Albo znikają pod natłokiem innych, nawet jeśli są przynajmniej dobre.

Wniosków nie będzie, bo tekst i tak wyszedł mi za długi. Zapraszam do dyskusji. Byle spokojnej, bo tych za głośnych w internetach ostatnio pełno.

PS: Tytuł jest taki, a nie inny, bo nie miałem pomysłu na lepszy. Deal with it.