Przejdź do zawartości
Grafika autorstwa Michaela Komarck(a?).

Mój problem z Malazańską Ksiegą Poległych

Bardzo dwuznaczny tytuł, czyż nie? Ale przynajmniej dzięki temu oszczędzę Wam przydługich wstępów i od razu przejdę do wyjaśnień, co po lekturze półtora tomu mnie w Malazańskiej uwiera. Spoiler – bardzo dużo.

Malazańska skala

Może jeszcze tego nie wiecie, ale lubię monumentalność. Lubię bitwy na setki smoków, zaklęcia zdolne tworzyć nowe kontynenty, niezliczone zastępy demonów zamieszkujących wiecznie płonące równiny, wysoce zaawansowane, prastare rasy i tylko odrobinę młodsze artefakty i całą resztę tego typu pierdół. Cenię sobie również taplanie w staroświatowym błocie, ale w ramach równowagi bohater, niekoniecznie ten sam, musi czasem dobyć swojego ognistego miecza i ściąć łeb jakiemuś złemu arcyliczowi. Żeby życie miało smaczek i tak dalej.

Czego jednak nie trawię, to przesada w dowolną stronę. Można mówić, że dające możliwość ubijania bogów Dedeki są przegięte, a Faerun to epickość podlana epickością z epickością i epickością (oraz mielonką), ale Greenwood i spółka, oceniając po opisie trzecioedycyjnym, przynajmniej starali się nadać Krainom pozory życia. Jedni powiedzą, że skutecznie, inni, że ani trochę. Widziałem na ten temat mnóstwo dyskusji, kolejne zapewne czają się tuż za rogiem, ale same starania zawsze są godne pochwały.

A w Malazańskiej? Tak po prawdzie, to sam nie wiem. Niby jest tam jakaś córka rybaka, ale szybko awansuje do rangi awatara boga zabójców. Niby są jakieś osady, ale prędko zostają zniszczone przez wielką rebelię albo Ogary Kaptura (miejscowego bóstwa od umarlaków). Pierwsza bitwa Ogrodów Księżyca to tysiące żołnierzy kontra iluśsetletni arcymag władający latającą twierdza, a kawałek dalej mamy między innymi próbę wskrzeszenia antycznego, uberpotężnego tyrana, legendarne miasto z w pełni funkcjonalnym oświetleniem gazowym oraz napierdzielankę na pięć (albo sześć) smoków, z czego jednym z nich jest wspomniany wcześniej arcyczaruś. Wspominałem, że ma ciemną skórę, białe włosy i zarąbisty miecz? Z kolei w Bramach Domu Umarłych owady albo tworzą fizyczną powłokę sługi Kaptura, albo wraz z ugryzieniem składają w ciele szybko pękające, pełne mięsożernych larw jaja, na pustyni roi się od szukających ascendencji zmiennokształtnych, a całokontynentalną rebelie wspiera potężna burza piaskowa. A sam bunt zwie się Tornadem Apokalipsy. I został przepowiedziany, czort wie jak dawno temu.

Czy to źle, że w powieściach jest tyle dużych i bardzo dużych elementów? Samo w sobie nie, ale średnio mi odpowiadają światy, gdzie każdy kamień ma rozmiar księżyca, a prości chłopi istnieją tylko w legendach. Jasne, Mur Westeros to konkretny kawałek lodu, ale patrolują go mali ludzie, w większości przestępcy. Tak, wieloklasowiec Kane został przeklęty nieśmiertelnością przez szalone bóstwo, ale wciąż może mu swię stać krzywda i niejednokrotnie stawała. Tak, w klasycznej trylogii Dragonlance ważą się losy świata, ale opowieść zaczyna się całkiem niewinnie. Nawet Diablo ma swoje małe Tristram jako przeciwwagę dla czającego się pod nim zła, a Sanktuarium ciężko określić innym mianem, niż „pretekstowe”. No i nikt tam nie bawi się wątkami politycznymi czy społecznymi, zaś miasta dzieli troszkę mniej, niż 300 mil.

Malazańska fabuła

Malaz2Mam sporo pretensji do Martina za budowanie przesadnie skomplikowanych historii – co jest z mej strony niezłym aktem hipokryzji, ale mniejsza – jednak w porównaniu do Eriksona jest on mistrzem prostoty. Wielu faktów z Pieśni Lodu i Ognia nie pamiętam, ale po jednej lekturze wszystko bym sobie przypomniał i poukładał, do ostatniego spoilera. A tutaj? Cóż… Powiedzmy, że w połowie drugiego tomu zaczynam się domyślać, jaka to potężna siła miesza w Imperium i dlaczego ona, w jaki sposób działają Groty, źródła energii magicznej i dlaczego to wszystko niedługo pierdzielnie z dużym hukiem. Ale jakie są i na czym się opierają motywacje niektórych postaci? O czym przed momentem rozmawiali? Co się właśnie dzieje i dlaczego jest to takie ważne? No clue.

Co więcej spora część historii sprawia wrażenie, że użyję erpegowego zwrotu, losowanej z tabelek. Postacie wędrując do morza znajdują okręt na płyciźnie. Ktoś uciął głowy całej załodze i zmienił ją w trupiaki, co to poza wiosłowaniem niczego więcej nie zrobią. W pobliżu kręci się burza wywołała przez maga, któremu moc wyrwała się spod kontroli. Uciekając przed nim grupa spotyka smokowate coś, co prawie zabija ich czystą mocą. Ale udaje im się uciec i trafiają na inny kontynent, a jedna osoba z ekipy oberwała mutacją. Trochę wcześniej ekskomunikowany kapłan jakimś sposobem przywołał swojego boga, czyniąc go jednocześnie śmiertelnym. Jeśli brzmię nieco bełkotliwie, to tylko dlatego, że ledwo ogarniam, co się dzieje, bo akcja tak jest skonstruowana, jakby losowość nie była jednym z wielu jej elementów, tylko fundamentem.

Ktoś mógłby nazwać mnie leniwym albo niekumatym, a co za tym idzie niegodnym ambitnej literatury, którą niektórzy nazywają Malazańską. Nie zaprzeczę, wszak mam już ćwierćwiecze na karku, a to początki Alzheimera. Z drugiej jednak strony nie uśmiecha mi się rysowanie mapy myśli, co by pojąć, kto z kim, jak, kiedy i dlaczego oraz cofanie się i powtórne czytanie już zaliczonych rozdziałów, bo mi jakiś drobiazg umknął. Nie jestem już na studiach, by pisać książkę na podstawie książki i nie tego oczekuję od literatury, nie ważne jak ambitną by nie była. Zresztą jedna rzecz ambicje, a inną niepotrzebne utrudnianie ludziom życia, w imię sam nie wiem czego.

Malazańska narracja

Malaz3W tym miejscu pozwolę sobie wstawić cytat z Ogrodów Księżyca, o którym przypomniał mi blog Rakietowa trasa donikąd:

– Oto wysłannicy Odprysku, koledzy! – W jego oczach lśnił obłęd. – Ci padlinożercy! – Zrzucił płaszcz i uniósł ramiona. – Wyobraźcie sobie władcę, który potrafi wykarmić trzydzieści tysięcy Wielkich Kruków!
Na skalnej półce nad portalem pojawia się jakaś postać, która uniosła wysoko ręce. Włosy miała długie i srebrzyste. Grzywa Chaosu. Anomander Rake. Władca czarnoskórych Tiste Andii, który widział sto tysięcy zim, który kosztował krwi smoków, który rządzi ostatnimi z swych pobratymców, siedząc na Tronie Smutku w królestwie tragicznym i niesamowitym, królestwie pozbawionym własnego terytorium.

Nieźle, prawda? Ale to pikuś. W samej książce jest masa opisów, które poza wprowadzaniem dusznej atmosfery służą również rozpraszaniu czytelnika. Powaga, w tekście można znaleźć zdania brzmiące jak notatki autora, gdzie żadna z trzech otoczonych trzydziestoma (serio, tutejsze opisy są bardzo rozbudowane) przymiotnikami nazw własnych nie jest w żaden sposób wyjaśniona. Coś jest mroczne jak coś innego, bój się. A wystarczyło wstawić krótkie, jednozdaniowe wyjaśnienie. Wyłożenie kawy na ławę? Jasne, ale jak rozjaśniające sytuację!

Albo cytaty. Na początku każdej księgi i każdego rozdziału. Z początku je lubiłem, ale prędko się okazało, że miały mało wspólnego z tekstem. Albo też miały i to od metra dużo, tylko fakt ten nie chciał zbyt długo przebywać w mej pamięci. Szczególnie bezsensowne są te wszystkie nacechowane smutkiem wiersze. Przecie widzę, że jest do rzyci i zbliża się bombardowanie, po co przypominać mi o tym co rozdział? Zwłaszcza że, jak to czasem w przypadku poezji bywa, większość wierszy jest wieloznaczna, więc trzeba i je i stosowne rozdziały przeczytać przynajmniej dwa razy, co by pojąć, co autor miał na myśli.

Malazańskie nazwy

Malaz4Tu zaczyna się niezła jazda. Widzicie, Malaz jest światem autorskim, do tego przygotowywanym pod erpega. A jaka jest jedna z największy wad autorskich światów tworzonych pod erpegi? Słowotwórstwo. Tworzone metodą losową, bez odwoływania się do konkretnych kultur nazwy miast, przedmiotów, słówka czy imiona, których spory słowniczek znajduje się na końcu obu książek. Mógłby być przydatny, jak na ten przykład analogiczne ustrojstwa z Diuny, ale Erikson zdecydował się na styl minimalistyczny. Kallor? Wielki król. Tiste Andii? Pradawna rasa. Durhang? Narkotyk. Do przeżycia, gdyby narracja była w miarę czytelna, ale jak już wcześniej ustaliliśmy nie jest, więc spis nazw (oraz podobnie skonstruowana lista Dramatis Personae) jest równie pomocny, co odręczne studenckie notatki sprzed dziesięciu lat.

Swoją drogą Tiste Andii odgrywają całkiem istotną rolę w Ogrodach Księżyca i są całkiem często wspominani w Bramach Domu Umarłych. Czy autor napisał o nich coś więcej, gdy ich ekipa pojawia się znienacka, coś gadając o swoich złych kuzynach i jakiejś tam magii? E, gdzie tam. Byli, posiedzieli i poszli, może jeszcze kiedyś wpadną.

Wracając – czy któryś fragment słowniczka udało mi się zapamiętać? Imiona bóstw na ten przykład. Ze dwie regularnie pojawiające się nazwy miast i ze trzy ras. Dwuczęściowe nazwy grot? Dobry żart. Mniejsze osady? Jeszcze lepszy żart. Dwuczłonowe, dwuapostrofowe nazwy antycznych nacji? Bez jaj. Trzy różne słowa, które, na wzór Tolkiena, znaczą dokładnie to samo, tylko w różnych językach? Aha, już sięgam po mnemotechniki. Czytając Malazańską zacząłem jeszcze bardziej doceniać The Shadow of Yesterday i settingi pseudo oraz czysto historyczne. Co z tego, że bohater o japońskim imieniu pochodzi z Wolfenburga i walczy przy pomocy szpady oksfordzkiej, skoro po samych nazwach jestem w stanie zorientować się, gdzie jestem i kogo właśnie protagonista kroi? Że to jest mało oryginalny i może nawet niestrawny miszmasz? W jakimś stopniu na pewno, ale przynajmniej łatwy do ogarnięcia.

Malazańskie zło, mrok i cierpienie

Malaz5Malaz nie jest przyjemnym miejscem. Nie był za czasów czterech ras założycielskich, nie był w wiekach formowania się Imperium i nie jest teraz. Jak nie (zazwyczaj urojone) machinacje masowo zsyłanej do kopalni szlachty, to bunty w świeżo podbitych prowincjach. Jak nie przewroty pałacowe, to wypalanie stołecznej dzielnicy biedoty. Jak nie magiczne katastrofy, to ingerencje bogów, toczących bliżej niezrozumiałą grę ze śmiertelnikami. Czasem pojawi się świeżo wskrzeszony przedstawiciel upadłej nacji, któremu smoki niegodne butów czyścić, innym razem jakieś miasto wyleci w powietrze albo olbrzymie tornado zacznie nawiedzać kontynent. Wszystkie wypaczenia Jesiennej Gawędy to pikuś przy tym, co się tutaj dzieje.

I znów, nie jest to problem sam z siebie. Lubię dark fantasy, zwłaszcza dobre dark fantasy, które jest w stanie przekonać mnie do swoich ponurych wizji. Ale Erikson zrobił dla mnie dokładnie to samo, co Nolan przy okazji Dark Knight Rises – postawił krok za daleko. A nawet i trzydzieści. Półtora książki daje w polskim wydaniu jakiś tysiąc stron i jest dość niepokojącym fakt, że po tak długiem lekturze nie znalazłem ani jednego bohatera (albo był, tylko zniknął w tłumie), który nie podchodziłby do swojego losu z absolutnym brakiem nadziei albo chłodną rezygnacją. Motywacje? Zemsta, poszukiwanie odkupienia, zemsta, obowiązek, zemsta, wola bogów, zemsta, chęć przetrwania i powrót zemsty. Żadnego wojaka, który zwyczajnie cieszyłby się z powodu ucinania łbów. Dowcipy? Ponure, wisielcze wręcz. Akcja? Walka, pościgi, pochłaniające tysiące ofiar bitwy i krótkie chwile odpoczynku przed kolejnymi walkami i pościgami. Ewentualnie długie kminienie nad tym, co się dzieje i co czeka nas w przyszłości. Tutaj ktoś wskrzesza trupy, tam się bawi w przenoszenie dusz albo zabójstwo. Nawet gościnna wizyta w jak najbardziej przyjaznym domu jest tak przedstawiona, że tylko wyglądać dobytych z rękawów noży. Magia? Chaos nie powstydziłby się dokonywanej przez nią spustoszeń. Ogólna sytuacja? Do dupy i będzie tylko gorzej.

Ktoś mógłby powiedzieć, że się czepiam. Cykl zwie się, jak się zwie, ma okładki, jakie ma, a w środku znaleźć można takie nazwy, jak Tornado Apokalipsy, Tron Cienia, Talia Smoków, Pora Zgnilizny, Dom Umarłych, Odprysk Księżyca (!) czy Grota Chaosu. Fuck, tutejsi liczą czas na podstawie lat snu bogini ziemi o imieniu Pożoga! Jednak cały ten słownik i książka jako całość przypomina mi gościa, który połknął nie jeden, a dziesięć kijów od szczotki, stanął na ambonie i zaczął czytać fragmenty Objawienia Świętego Jana. Takie to buńczuczne, takie wielkobrzmiące, że aż śmieszne. Gdyby któryś bohater chociaż raz zwrócił uwagę na pretensjonalność nadmrocznych tytułów, skomentował, że ktoś ma tutaj problemy z ego czy coś, to by z miejsca stał się moim ulubionym, ukochanym i w ogóle naj.

Malazański rozmiar XXL

Malaz6Ok, znów wyjdę na hipokrytę, ale książki Eriksona są za grube. Drugi tom to ponad siedmiusetstronicowa, wydrukowana drobną czcionką cegła. 272 tysiące słów, gdy cały dziesięcioksiąg liczy ich 3 miliony 300 tysięcy. Mniej więcej połowę opisów można by wywalić bez szkody dla całości, a niektóre dialogi straszą nadmiarem wody. Co jest szczególnie fascynujące, gdy weźmie się pod uwagę, jak niewiele informacji potrafią przekazać czytelnikowi. Bo, jak zasugerowałem wcześniej, postacie rozmawiają ze sobą jak dwaj dobrzy kumple w towarzystwie kogoś całkiem im obcego. Realistyczne, owszem, ale znów niepotrzebnie rzucając mi kłody pod nogi. Plus takie cegły po prostu ciężko się czyta , a z racji wydania (starszego, może nowsze prezentuje się lepiej) łatwo o uszkodzenia.

Więc nie, nie lubię Malazańskiej Księgi Poległych. Z pierwszym tomem jest dokładnie to samo, co z Man of Steel – im dalej od dnia ukończenia, tym coraz mniej rozumiem, co w niej widziałem dobrego. Nie wiem, czy dokończę Bramy Domu Umarłych. Póki co czytam pchany siłą rozpędu i fascynacji nad produktami wyobraźni Eriksona, ale mam wrażenie, że wyhamuję na długo przed ostatnim rozdziałem.

O knidze można pogadać również tutaj.

PS: Tak, Pusiu i Aeth, tytuł notki zgapiłem od Was.