Przejdź do zawartości

Mój problem z Neon Genesis Evangelion

Reading Time: 9 minutes

Mam wrażenie deja vu. Już tu byłem, dwa lata temu, ściskając w ręku pierwszy tom Berserka. Po raz kolejny poznaję dzieło uznawane przez wielu za wybitne, przełomowe wręcz, i po raz kolejny zastanawiam się o co ten cały szum. W przypadku Gutsa i spółki olśniło mnie po trzech tomach, a niedługo później pojawiła się ochota na zebranie pozostałych. Evie etap pierwszy zajął serial, film oraz garść analiz, a drugi nigdy się nie pojawił. Dlaczego?

Poniższy tekst nie jest analizą. Tych w sieci jest od metra, a wszystkie bijące na głowę wszystko, co mógłbym napisać. To (chaotyczny?) zbiór myśli próbujący wyjaśnić, dlaczego, mimo wielu sprzyjających okoliczności, nie zakochałem się w Evie. Z tego powodu zawiera on spoilery do całego animca i obu jego zakończeń. Remasterów nie tykałem, mangi są mi obojętne, a Rebuild jeszcze bardziej, bo niedokończony.

Mankind’s greatest fear is Mankind itself.

Pierwszą dużą przeszkodą stojącą między mną i miłością do animca okazała się fabuła. Neon Genesis Evangelion należy do paskudnej kategorii prostych historii opowiedzianych w niepotrzebnie skomplikowany sposób1, tylko że przez pierwszą połowę udaje, że wcale nie. Tu są Anioły, tu mechy do ich tłuczenia, tu miasto-twierdza wybudowane w celu uskuteczniania tłuczenia, a tu tłukący kosmitów czternastoletni piloci, ostatnia nadzieja ludzkości. Jeśli przymknąć oko na toczące się w tle przepychanki między NERV i Seele, bliżej niesprecyzowane byty w rodzaju Zwojów znad Morza Martwego, czy złożone stosunki między pi razy oko dwudziestoma postaciami, to Eva staje się banalnie prosta do zrozumienia. Gdyby była książką, to nawet najlepszy redaktor nie miałby czego z niej wyciąć.

A potem Shinjiego zjada Anioł, jego jestestwo kilka dni pływa w pierwotnej zupie, dusza / esencja / cholera-wie-co jego matki okazuje się częścią jednostki 01, Gendo wspina się na wyżyny sukinsyństwa, poznajemy historię NERVu, który z jednej strony potrzebuje młodocianych pilotów, ale na wszelki wypadek tworzy ich sztuczne zamienniki, w tle przewija się Włócznia Longinusa, Lilith i śledztwo w sprawie Instytutu Marduka, Rei pływa w probówce otoczona przez setkę innych Rei, swoje trzy grosze dorzuca Kaworu i stopniowo przekaz staje się coraz bardziej i bardziej niezrozumiały, osiągając apogeum w czymś, co tylko przy dużej dawce dobrej woli nazwałbym zakończeniem2.

Ponieważ bądźmy szczerzy – pierwotny epilog Evy jest obiektywnie zły. Koncentruje się tylko na jednej z trójki głównych postaci, nie wyjaśnia ciągnących się przez cały serial wątków, nie pozwala wywnioskować, czy problem Aniołów został zakończony i z jakim efektem, nie tłumaczy czym są Anioły, Lilith i Włócznie, czy NERV i Seele się dogadały, nic. Na dwa epizody przed finałem fabuła nie tyle się zatrzymuje, co urywa, jakby Ano zgubił scenariusze i storyboardy i był zmuszony wymyślać wszystko na poczekaniu. Taki wniosek można wysnuć na bazie niepotrzebnie rozciągniętych dialogów czy licznych scen o tym samym znaczeniu. Epilog Evy ogląda się jak – i nigdy nie sądziłem, że napiszę to o czymkolwiek – filler.

Filler, który, paradoksalnie, posiada wartość jako koniec historii Shinjiego, ale Eva to dużo, dużo więcej niż tylko Shinji. Z kolei jako „End of Evangelion z perspektywy młodego Ikarego” staje się jedynie dodatkiem dla „właściwego” zakończenia, co jeszcze bardziej umniejsza jego wartość i stawia pod znakiem zapytania sens istnienia. Dodatkiem o tyleż gorszym, że możliwym do zignorowania, o niewielkim wpływie na „właściwe” zakończenie 3, nie uzupełniającym go, przez co tym bardziej sprawia wrażenie fillera. Nie pomaga widoczna na każdym kroku budżetowość, ale tę od biedy można uznać za artystyczną wizję czy coś.

Humans forget their foolishness and repeat their mistakes. If humans do not redeem themselves willingly, they will not change.

Przy okazji epilogu i End of przypomniała mi się jedna z rzeczy, które mnie w japońszczyźnie ciut drażnią. W produktach Zachodu też, ale odnoszę wrażenie, że Wschód bardziej z tym przegina. Mam na myśli niepotrzebne komplikowanie marki. Wydawanie hurtowo prequeli wyjaśniających sytuację z sequeli spin-offów toczących się dwadzieścia lat przed trzecim sezonem głównej serii prowadzących do wydarzeń z komiksów podpartych light novelą. Produkcje wymagające skomplikowanych wykresów co i w jakiej kolejności konsumować, żeby nie pogubić się w chronologii i nie tracić czasu na słabsze albo nieistotne fragmenty. Slayers, Metal Gear4, Fate, Shin Megami Tensei, Gundam, Pokemon, do pewnego stopnia Ghost in the Shell, żeby wymienić kilka. W porównaniu do konkurencji – zwłaszcza Fate’a i SMTEva to waga piórkowa, ale również ona straszyła mnie szczegółowymi rozpiskami co poznać warto, co trzeba, co przed czym i dlaczego tak. Różnica jest taka, że GitS nie posiada dwóch zakończeń i zremasterowanych odcinków, które dodatkowo zaciemniają sytuację.

GitS nie miał być również zagadką, którą każdy widz powinien samodzielnie rozgryźć5. To też poczytuję tej marce za minus biorąc pod uwagę jakie informacje od niej dostaję. Co innego bowiem zagrać w Dark Souls i ułożyć narrację z porozrzucanych fragmentów, a co innego montować długie, fanowskie artykuły o rzeczach, które w animacji nie są nawet wspomniane6. Na przykład First Ancestral Race, których istnienie jest niepewne ze względu na brak oficjalnych, kanonicznych informacji, co nie przeszkodziło fanom natrzaskać dziesiątek akapitów na ich temat. Albo rozwiązujemy zagadki, albo piszemy fanfiki.

Living alone is fine with me. I’m alone anyway.

Wracając do fabuły Evy – jestem pod wrażeniem jej nieanimcowego tempa. Przejścia między wątkami i scenami są znacznie płynniejsze niż u konkurencji, dialogi żywsze i pozbawione dłużyzn, a montaż równie dobrze mógł zostać zrobiony zagranicą. Gdyby nie kreska i konieczność czytania napisów mógłbym przysiąc, że oglądam coś wyprodukowanego w USA 7, tak bardzo Eva nie pasuje mi do swojej gałęzi (pop)kultury. Może dlatego miałem problem z jej pełnym zrozumieniem? Bo przywykłem do dialogów subtelnych jak wkurzona tsundere, niepotrzebnego rozciągania scen i chamskich fillerów, więc gdy przyszło do obejrzenia czegoś szanującego moją inteligencję mózg zaczął generować błędy? Nie pomogło również nocne maratonowanie drugiej połowy, przed czym ostrzegano mnie na każdym kroku. Zignorowałem, mój błąd.

Skoro mowa o tsundere, to mam spory problem z postaciami. Połowicznie z Shinjim, który przez długi czas nie zasługiwał na tytuł króla angstu8 i irytował mnie tylko od czasu do czasu. Jednak gdy już się rozkręcił, to moją jedyną reakcją było jego ignorowanie, inaczej po domu latałyby ciężkie przedmioty. Najwyraźniej mam ograniczoną tolerancję dla płynących z prądem popychadeł. Rei akceptuję taką, jaka jest, bo jej generalna nijakość ma dobre uzasadnienie fabularne. Poza tym jej pasywność i opanowanie były przyjemną odskocznią od szaleństwa reszty ekipy. Nie jestem za to w stanie zdzierżyć jej koleżanki po fachu, która przy każdym otwarciu ust powinna dostawać 220 voltów na język. Jej przerażona mina po uświadomieniu sobie, czym są Evangeliony, była najwspanialszym prezentem, jaki mógł sprawić mi Ano, a przy bitwie w End of bez ściemy kibicowałem Aniołom.

I mało mnie obchodzi, że problemy rodzinne. Pół obsady tego animca ma nieprzepracowane traumy związane z ojcami i matkami. Nawet epizodyczna operator z centrum dowodzenia, czego dowiadujemy się z End of. Idę o zakład, że z dwójki jej kolegów jeden jest sierotą zakochanym w siostrze-bliźniaczce, a drugi był molestowany przez matkę-alkoholiczkę z kompleksem Electry. Ciężko o empatię z mojej strony, gdy poznając nową postać moją pierwszą myślą jest „ojciec czy matka? Pewnie obydwoje. Porzucili, zginęli w wypadku, a może nigdy nie istnieli?”. Rozumiem, że jest to jeden z motywów tej historii – co rodzina, a zdecydowanie częściej jej brak, potrafi zrobić z ludzką psychiką – ale przy takim nagromadzeniu traum mój kołek do zawieszania niewiary zaczyna groźnie trzeszczeć i domagać odmiany9. A przynajmniej tak patrzy na to wszystko prawie trzydziestoletnie, trochę cyniczne ja, które dawno zrozumiało, że ma wokół siebie mnóstwo kochających i przyjaznych ludzi, a „nikogo nie obchodzę” nawet w epoce gimnazjalnego buntu było bzdurą na resorach. Będąc o połowę młodszy moje uczucia wobec Shinjiego i Asuki byłyby pewnie znacznie cieplejsze. Wobec animca jako takiego zresztą też.

Never underestimate the ability of the human animal to adapt to its environment.

Problem z oglądaniem czegokolwiek w mojej obecnej sytuacji polega na tym, że owe coś może zawierać treści już mi znane. Bezpośrednio, przez kulturalną osmozę, wygenerowane przez moją spaczoną wyobraźnię, obojętnie. Neon Genesis Evangelion jest jednym z tych pechowców. Widziałem już wielkie roboty naparzające się z innymi dużymi robotami i potworami. Oglądałem biologiczne maszynki do mielenia mięsa pstryknięciem palców rozwalające miasta. Obserwowałem przeżywających psychiczne katusze dziecięcych żołnierzy i ich sukinsyńskich zwierzchników. Miałem również styczność z rozczarowującymi zakończeniami (kaszl, Mass Effect 3, kaszl) oraz narracjami przeskakującymi między „prosta jak drut” oraz „nonsensowna”. Ten serial zwyczajnie nie miał szans mnie zachwycić. Zainteresować, utrzymać uwagę aż do ostatniego odcinka, zachęcić do sprawdzenia analiz, ale nie rozkochać w sobie. Ewentualnie trafił na nieodpowiedni moment, jak wiele dzieł przed nim.

Trochę tego żałuję, ponieważ Evangelion zawiera mnóstwo pomysłów wartych podkradnięcia. Mówimy o produkcji, gdzie uzbrojony w karabin snajperski mech strzela do obcej formy życia o kształcie lewitującej, podwójnej piramidy pociskiem energetycznym zasilanym wszystkimi elektrowniami Japonii. Gdzie ludzkość broni się w mieście-twierdzy, której wieżowce służą jednocześnie za osłony oraz składy uzbrojenia i energii. Gdzie każdy wróg posiada unikalny wygląd i sposób działania, wymagający całkiem nowego podejścia, jak zagadka logiczna, a nie cel, w który można bezmyślne tłuc. Wyczyny Shinjiego i ekipy ociekają kreatywnością, w przeciwieństwie do powszechnie chwalonego Pacific Rim, w prostej linii potomka Evy10.

Man cannot erase this sadness, because all men are fundamentally alone.

Pewien problem sprawia mi również ton serialu, skaczący między depresyjnym dramatem przedapokaliptycznym oraz sajfajową historią wojenną z przymrużeniem oka. Chyba lepiej trafiłaby do mnie poważna od początku do końca, pełnokrwista historia ostatniego bastionu ludzkości i psychicznych tortury czternastoletnich żołnierzy11, zwłaszcza że tak próbowano mi sprzedać Evę. „Nie wiesz, w co się pakujesz”, głosił jeden z poradników z cyklu „Jak to oglądać?”, na co w odpowiedzi zacząłem odliczać czas do momentu, kiedy zaczną się dziać Bardzo Złe Rzeczy i będę mógł powiedzieć „Ha, wiedziałem!”12. Z tego też powodu wbitą w ziemię głową w dół Evę czy serious Shinji z filiżanką w łapce traktowałem jako zmyłkę, próbę zastawienia pułapki na łatwowiernego widza. Średnio udaną, bo przed zagrożeniem ostrzegły mnie krwiste pierwsze odcinki i spoilery z odmętów internetów, ale całkiem efektywne, gdy zastanowić się nad nimi. Udające, że sytuacja jest poważna, ale w miarę opanowana i można z niej żartować, a tu nagle urywająca głowy bohaterom i sikająca na ich groby.

I tak krok po kroku docieramy do mojej największej bolączki związanej z serialem. Neon Genesis Evangelion, „zbawca anime i punkt zwrotny w dziejach medium”, oglądany dwadzieścia dwa lata po premierze okazał się „tylko” porządną, aczkolwiek średnio zrozumiałą, historią walki ludzkości z kosmicznym zagrożeniem przyprawioną odrobiną mistycyzmu i chrześcijańskiej symboliki. Zadziwiająco dobrze zmontowaną i poprowadzoną jak na anime13, bez (nadmiaru) fillerów i męczących przestojów, ale nie tak zachwycającą, jak twierdzą fani. Za co w pierwszej chwili winiłem głównie siebie, bo mogłem trochę pokopać, rozeznać się w sytuacji przed i po premierze Evy i tak dalej, ale potem doszedłem do wniosku, że bzdury gadam. By zrozumieć przełom trzeba albo być jego świadkiem, albo zapoznać się z nim w odpowiednim momencie. Nie jest to jednak powodem do samobiczowania i przepraszania skrzywdzonego dzieła. Zwłaszcza Evy, która żarliwych obrońców ma od metra i jeszcze paru.

I hate myself.

Ktoś mógłby powiedzieć, że ton, nieczytelna opowieść i reszta wad jest nieistotna, ponieważ oś Evy stanowią bohaterowie z Shinjim na czele. Cały ten interes z Aniołami i robotami równającymi z ziemią miasta to tylko tło dla dramy, pretekst do psychicznego torturowania nastolatków i pobawienia się tropami. Po części się zgodzę, jednak idąc tym tokiem rozumowania:

  1. Wątpliwą staje się konieczność wsadzania do Evangelionów czternastolatków. Nigdzie nie jest wyjaśnione skąd taka bariera wiekowa. Sprawia ona wrażenie wymyślonej tylko w celu uzasadnienia obecności młodych, bardziej podatnych na psychiczną presję postaci,
  2. Liczenie Aniołów, pełniące jednocześnie rolę odliczajki do kolejnej apokalipsy, staje się niepotrzebne, podobnie jak Włócznia Longinusa, Zwoje znad Morza Martwego i reszta tego religijnego dziadostwa14,
  3. End of Evangelion to strata czasu, odpowiadająca na pytania niewymagające odpowiedzi i wyjaśniająca kwestie niewymagające wyjaśnień.

Chyba że tło fabularne jest tylko dodatkiem, a budowanie świata i szczątkowe informacje to zmyłka przygotowana na zbyt ciekawskiego widza. Tego z gatunku szukających ukrytego znaczenia rozstawu kamieni w dwunastej minucie odcinka piątego. Jednak poza trollowaniem nie widzę w takim ruchu żadnego sensu. Może po prostu doszukuję się w serialu czegoś, czego w nim nie ma. Zupełnie jak jego fanbaza, ha ha ha…!

Przepraszam, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że popularność Evangeliona wynika w znacznym stopniu z jego fanfikowego potencjału. Z prób odpowiedzi na pytania skąd wzięły się Anioły, do czego dążą, a przede wszystkim co się wydarzyło po ostatnich epizodach. Kanoniczne zakończenie oraz brak odpowiedzi na wiele pytań zachęcają do spekulacji, co jeszcze mocniej wiąże odbiorcę z dziełem, czyni z niego nieoficjalnego współtwórcę, może nawet kogoś, kto jest w stanie je „naprawić” bądź „udoskonalić”. End of próbował zmienić sytuację, ale kończy się w takim momencie, że miejsca na ciąg dalszy jest nawet więcej, niż epilog wcześniej. W tym aspekcie Eva jest bardzo podobna do Soulsów, z tą różnicą, że Soulsy posiadają wszystkie niezbędne kawałki układanki, zaś w przypadku Evy trzeba kombinować. No i Eva jest na rynku dłużej, co przekłada się na większą liczbę hentajców.

Więc nie, nie chwyciło, ze zbyt wielu powodów. Może Rebuild zdołałby to zmienić, ale ostatnia część wyjdzie pewnie niedługo po ostatnim tomie Berserka, a tyle to mi się nie chce czekać. No i cholera wie, czy i on nie zostanie zremasterowany, tuż przed ogłoszeniem prac nad Upgrade of Evangelion or some shit. W końcu seria opowiada m.in. o ciągłej pracy nad sobą, a ta może trwać potencjalnie nieskończenie długo.