Przejdź do zawartości

Mój problem z Power Rangers

Pi razy oko cztery miesiące temu Michał rzucił mi w twarz wyzwaniem obejrzenia Power Rangers: RPM, czyli siedemnastej serii jednego z seriali mojego dzieciństwa. Bo mi się na pewno spodoba, tak jak spodobało się Aeth i będziemy mieli o czym rozmawiać i w ogóle tęcze i kucyki dla wszystkich. Obiekcji żadnych nie miałem, bo dziwniejsze rzeczy w życiu oglądałem i było mi z tym dobrze, a po zapoznaniu się z trailerami sądziłem, że podejdzie. Po pierwszym odcinku wciąż tak sądziłem. Gdzieś w okolicach piątego zmieniłem zdanie, a przy ósmym ostatecznie zrezygnowałem. Mur okazał się zbyt gruby.

Wbrew pozorom nie jestem z tego powodu zadowolony, bo w serialu nie brak rzeczy zasługujących na polubienie. Podoba mi się koncept ostatniego miasta na Ziemi obleganego przez wszechpotężny wirus komputerowy i Power Rangers jako jego głównej i w praktyce jedynej – milicja to mięso armatnie – linii obrony. Przyjemna odmiana po planecie atakowanej przez skrzeczącą wiedźmę i goryla w złotej zbroi. Podobają mi się bohaterowie (wszyscy, nawet pewna irytująca, fejspalmogenna pokraka o złotym sercu), zwroty akcji praktycznie co odcinek, nieźle napisane i zabawne dialogi oraz dużo dystansu do siebie (do czego jeszcze wrócimy). Podoba mi się wreszcie rockowa muzyka, przywołująca miłe wspomnienia związane z pierwszymi Power Rangers, których oglądałem jakieś 15 lat temu i czasem wciąż nucę motyw przewodni. Skoro zatem tyle tu piękna i dobra, to dlaczego nie łyknąłem wszystkich trzydziestu dwóch odcinków jak ten przysłowiowy pelikan?

Zanim otrzymacie odpowiedź podrzucę jeszcze jedno pytanie. Oglądaliście może Knights of Badassdom (nie zniżę się do napisania polskiego tytułu), historię dużego larpa gdzieś w USA, na którym przypadkowo uwolniono złą magię? Z Tyrionem Lannisterem w jednej z głównych ról? Jak podobał mi się ten przepięknie nerdowski pomysł, tak zdołałem przetrwać tylko pół godziny seansu. Bo to nie jest film o larpie z domieszką czarów, niezależnie od tego, co twórcy próbowali wmówić publice. To film z larpa, z brzuchatymi czarodziejami 30 poziomu, wojowniczkami o odsłoniętych brzuchach i gildiami z nadmiarem słów „czerń, mrok i zło” w nazwach. A odbierałem go tak, gdyż nie wyglądał i nie traktował siebie poważnie. Zupełnie. Nie wyglądał, bo nie było na to kasy i być może chęci, a nie traktował, bo takie było założenie. A skoro tak, to nie byłem w stanie podejść do niego na serio, a co za tym idzie czerpać przyjemności z oglądania. Wyglądał, brzmiał i pachniał tak amatorsko i ironicznie, że aż odrzucał. Moja tolerancja dla amatorszczyzny jest wysoka, ale rycerze przegięli pałę goryczy.

Power Rangers 4

Z RPM mam dokładnie ten sam problem. Wiem, że Power Rangers nigdy nie byli, nie są i pewnie nie będą wysokobudżetową produkcją i fakt ten stanowi część ich uroku, ale pojazdy wyglądające jak zabawki (czy raczej zabawkami będące) bądź broń zmontowana na pięć minut przed kręceniem z tego, co akurat walało się w magazynie skutecznie wytrącają mnie z rytmu. Tak samo potwory znające cztery ruchy na krzyż (od razu widać, że to gość w przebraniu) czy ginące dziesiątkami kartonowe budynki w jeszcze bardziej kartonowym mieście (do CGI się nie przyczepię, wygląda ok). Tak, to jest stylistyka tego serialu, tak go kręcono od lat i będzie się kręcić nadal. Problem w tym, że nie istnieje kołek, na którym mógłbym zawiesić swoją niewiarę podczas oglądania i przyznać, że tak, ludzkość zdecydowanie ma przerąbane w starciu z dziwadłem noszącym na plecach całą sekcję dętą pobliskiej filcharmonii. Ewentualnie dlatego, że na ulicach widać jednocześnie góra garstkę ludzi, a ataki zdają się powodować niewielkie straty. Ciężko mi również obserwować poważniejsze wątki, takie jak konflikt na linii ojciec-syn z rodzinną tragedią w tle, gdy w sprawę zamieszani są wydający mechaniczne odgłosy statyści w spandeksowych kostiumach (THAT IS NOT SPANDEX!). I pisze to osoba, która nie ma problemu zarówno z komiksami i serialami superbohaterskimi, jak i serowymi starociami pokroju Farscape. Z tą tylko różnica, że przy wszystkich swych wadach Farscape zdołało mnie do siebie przyciągnąć i przekonać do swego świata. RPM próbowało i szybko poległo.

Kolejnym problemem jest dla mnie gra aktorska, a raczej jej brak. Jeszcze przez pierwsze dwa odcinki myślałem, że widzę aktorów na planie. Jakieś mało znane nazwiska, może dobrze rokujących amatorów – pojęcia nie mam, na IMDB nie zaglądałem – ale jednak odgrywających swoje role. Starających się, co zasługuje na trochę uznania ze strony widza. Jednak gdzieś przy trzecim, ni stąd, ni zowąd, wpadła mi do głowy myśl „Coraz lepsze te amatorskie seriale”. Wpadła, rozejrzała się i zadomowiła, zadowolona z siebie. Od tego czasu nie byłem w stanie podejść do RPM poważnie, bo ilekroć widziałem tę niepowstrzymaną burzę uczuć na twarzach rangersów, zwłaszcza w połączeniu z larpowymi rekwizytami, zaczynałem w nim widzieć fanowską wrzutkę na YouTube’a, a nie ciąg dalszy znanej i całkiem popularnej marki. Do tego fanowską wrzutkę robioną perfidnie słabo, nie wiedzieć czemu. Momentem krytycznym okazał się odcinek ósmy, jeden z dwóch poświęconych w całości historii żółtej wojowniczki. Jak tylko zobaczyłem i usłyszałem jej wersję sprzed dołączenia do grupy natychmiast spauzowałem, zrobiłem kwadrans przerwy, wróciłem, obejrzałem kolejną minute, upewniłem się, że umysł nie płata mi figli i wyłączyłem. Podjąłem jeszcze trzy próby obejrzenia tego odcinka, ale każda zakończyła się klęską. Poziom mojego wewnętrznego żenua nawet jak dla mnie był zbyt wysoki, a do oglądania na procentach brakuje mi desperacji.

RED EAGLE RANGER, GREEN SHARK RANGER

No i wreszcie nie traktowanie się serio. Zapewne kiedyś wspomniałem, że śmiertelna dawka patosu zabiła dla mnie nolanowskiego Batmana i trochę luzu tylko by mu wyszło na dobre. Albo jeszcze bardziej zepsuło, czort wie. Tymczasem RPM nie jestem w stanie umieścić na żadnej skali luzu, bo dawno ją przekroczyło, przy okazji psując urządzenie, co okazało się dla mnie równie śmiertelne. Bo ja lubię samoświadomość ze strony twórcy, lubię żartowanie z własnego dzieła, z konwencji, dostrzeganie granicy, których przekroczenie poskutkuje jedynie zepsuciem całości. W przypadków rangersów ciągle towarzyszyło mi poczucie, że twórcy nie tylko swoje dziecko, ale i mnie nie traktują poważnie. Że gdzieś pośród autoironicznych sucharów i mrugnięć w stronę widza coś się zgubiło. Coś istotnego, pozwalającego mi cieszyć się, a nie irytować seansem. Bo do tego w końcu doszło, że od fascynacji konceptem (serio, pierwsze odcinki oglądałem z permanentnym „co ja oglądam?” bananem na gębie) przeszedłem do znudzenia, a wreszcie irytacji. Bo ja lubię luz na ekranie. Nie lubię, gdy jest go za dużo, gdyż wtedy filmowa magia, wrażenie, że oglądam Wojnę o Pierścień, a nie widokówki z Nowej Zelandii, znika jako te łzy w deszczu.

Może po prostu podszedłem do tej produkcji zbyt poważnie? Do Batman: The Brave and the Bold zapałałem wielką miłością mimo wszystkich obecnych w serialu bzdurek rodem ze srebrnej ery komiksu. Ale może o to właśnie chodziło? Wiedziałem, że to hołd złożony tamtym czasom i albo przyjmę go z dobrodziejstwem inwentarza albo do widzenia, więc dałem sobie siana z analizowaniem i po prostu oglądałem. Tutaj zaś, mimo znacznych wysiłków, nie byłem w stanie się przełamać. Z animacją pewnie nie miałbym takich problemów, ale serial aktorski mnie pokonał. Może spróbuję do niego wrócić z czystą głową, tak za rok albo dwa, ale obawiam się, że efekt będzie ten sam. Szkoda.