Przejdź do zawartości

Nie będę płakał po EA

Reading Time: 7 minutes

Nie z powodu rozmaitych błędów i wypaczeń firmy, chociaż na liście powodów plasują się całkiem wysoko. Po prostu na świecie jest tyle gier, że mimo najszczerszych chęci i starań nie odczułbym jej zniknięcia.

Może niektórzy zdołali to zauważyć, ale jestem kiepskim celem dla skoordynowanych ataków marketingowców. W dobie PS4 i Xbox One rozważam sięgnięcie po emulator SNES’a i ogranie Final Fantasy VI. Świat jara się Assassin’s Creed w Londynie, jednak moje serce, zwłaszcza po Unity, pozostaje obojętne. Mam również wywalone na trzeciego Wiedźmina, głównie dlatego, że jeszcze jedynki nie skończyłem, a słysząc enty raz powtórzone cytaty z dwójki Sihil mi się w kieszeni otwiera. Wynika to wszystko z paru powodów, ale najsilniejszą pozycję zajmują dwa. Po pierwsze, mam w sobie żyłkę archeologa i lubię badać historię mediów, z którymi obcuję, nawet jeśli oznacza to wycieczki do lat czterdziestych i wcześniej. Po drugie zaś, zapoczątkowana przed kilkoma laty katastrofalna klęska urodzaju z każdym rokiem staje się coraz gorsza.

Ceny gier są, przynajmniej na pececie, zatrważająco niskie. Megahit kosztujący w dniu premiery 60 euro po miesiącu albo dwóch trafi do jakiejś promocji[1], po pół roku jego cena spadnie o połowę, a dwa lata później trafi do jakiegoś bundla „10 gier za 5 dolarów”. Mniej więcej za tyle zgarnąłem dwie pierwsze części przewspaniałej serii Arkham wraz z zestawem DLC, ledwo dwa lata po premierze. Na GoGu klasyki pokroju trzecich Herosów ze wszystkimi dodatkami, Neverwinter Nights z dodatkami czy Total Annihilation idzie dostać za 5 do 9 euro. Prawie 40 złotych za tytuły zdolne dostarczyć setek godzin rozgrywki, że nie wspomnę o fanowskich modach i mapach. Połowa tej ceny, jeśli akurat trwa zimowa/letnia promocja. Jedna świąteczna wizyta wystarczy, by obłowić się na lata.

EA2

Z powodu nadmiaru gier na rynku obecnie na koncie Steama mam ich około trzystu. Drugie tyle leży na płytach dołączanych do CD-Action, na GOGu, Desurze i w różnych pomniejszych sklepach internetowych. Są wśród nich zarówno niewinne pierdółki na góra dwie godzinki, jak i żarłoczne kolosy pokroju Dragon’s Age: Origins, dla których nawet dwa tygodnie to za mało. Zwłaszcza w przypadku osób takich jak ja, którym ciężko spać po nocach, jeśli wskaźnik ukończenia gry nie pokaże magicznych 100%. Z tego powodu dawno przestałem kupować tytuły z Humble Bundle, Indie Royale czy przecen na Steamie[2], bo najczęściej ich jedyną rolą jest pobrać numerek, usiąść i czekać, aż pan dyrektor łaskawie znajdzie dla nich czas. A będą długo czekać, bo jestem ruchliwym gryzoniem i muszę krążyć między różnymi rodzajami mediów. Zmuszony do oglądania samych tylko filmów po paru dniach wydłubałbym sobie oczy śrubokrętem.

Jednak nawet gdybym był tylko i wyłącznie graczem, widzącym w książkach jedynie martwe drzewa, to w żaden sposób nie dałbym rady wyzerować „zaległości”. W pełni uświadomiłem to sobie w ostatnich dniach, gdy zgodnie z noworocznym postanowieniem rozpocząłem jakże ambitną akcję „jeden film dziennie”. Seans przeciętnej produkcji Mejd Baj Holyłud zajmuje dwie godziny. Przejście przeciętnej gry to przynajmniej osiem dla strzelanek, drugie tyle dla strategii i kilka razy więcej dla RPG i klonów GTA. Jestem więc w stanie, dysponując godzinką bądź dwiema wolnego czasu każdego wieczora, przejść w tygodniu jedną część Call of Duty. Zakładając oczywiście, że nie pojawi się żaden poważny błąd, nie natrafię na morderczo trudną misję, zmuszającą mnie do regularnego wczytywania stanu gry i nie tknę trybu multiplayer. Znacznie lepiej wyglądają weekendy, ale nawet wtedy wolałbym porobić coś więcej, niż przez cały dzień strzelać do terrorystów. Co prawda mogę pójść na łatwiznę i ograniczyć się jedynie do nadgryzienia wszystkich posiadanych tytułów, skazując je tym samym na wieczne niedokończenie, ale jaki w tym sens? To jak oglądać filmy tylko do połowy, bo dużo ich i czasu mało.

EA3

Nadmiar (pop)kultury do pochłonięcia jest zresztą jednym z powodów, dla których rozumiem, lecz nie popieram wielkich dram w rodzaju jęczenia na kobietę-Thora. Cóż bowiem z tego, że nie będzie więcej historii z długowłosym Asgardczykiem – do czasu, jak zwykle zresztą – skoro do dnia dzisiejszego wyszło ich od metra i więcej? Ile musiałbym poświęcić czasu na poznanie ich wszystkich, a przynajmniej większości? Ile w skład tego wchodzi spin-offów albo dłuższych serii, wymagających wiedzy również na temat Avengers bądź innych grup superhero? To nie są miesiące, to są lata czytania i tysiące dolarów wydanych na dzieje tylko jednej z dziesiątek (setek?) postaci z Domu Pomysłów. Idąc zaś tym tropem – dlaczego miałbym łamać ręce z powodu opóźnienia Winds of Winter, gdy każdego roku wychodzą setki tysięcy stron powieści fantasy, nierzadko lepszych od Pieśni Lodu i Ognia? Stojąc przy stosownej półce w Empiku czuję się przytłoczony jej ogromem, więc brak jednej książki w ofercie nie robi mi żadnej różnicy.

Niespecjalnie również jara mnie podejście „nowe jest dobre, nowe jest lepsze”, co może być jednym z powodów, dla których patrzę z dużym przymrużeniem oka na zafiksowane na nowinkach blogi technologiczne. Jarać mnie przestało już dawno, odkąd łatka w dniu premiery stała się standardem, a plaga niedopracowanych tytułów dotarła na konsole. Także obecne, po ledwo roku z hakiem obecności na rynku (kaszl, Unity, kaszl). Jaki jest sens bulić 60 ojro za nowość pokroju Sim City czy Diablo III, gdy komfortowo grać będę mógł dopiero po dwóch tygodniach, bo wcześniej serwery pokazywały wszystkim zainteresowanym soczystego fakulca? Albo z winy wydawcy na rynek trafił niedopracowany produkt, łatany jeszcze przez wiele miesięcy po premierze, jak to miało miejsce chociażby w przypadku Skyrima? To już lepiej poczekać rok do premiery wszystkich DLC i kupić edycję Game of the Year. Wyjdzie znacznie taniej i pewniej.

EA4

Wracając do „nowe jest lepsze” – w jaki sposób ten zwrot odnosi się do gier? Mowa o stronie wizualnej? Piksele z drugiego Warcrafta wciąż są przyjemne dla oka, podobnie jak modele z liczącego piętnaście lat Homeworlda. Jednym z hitów zeszłego roku była platformówka utrzymana w stylu graficznym rodem z 8-bitowców, a Microsoft wydał dwa i pół miliarda dolarów na grę straszącą pikselami wielkości pięści. Spory postęp nastąpił w sferze fabularnej, to prawda, ale nie towarzyszył mu rozwój rozgrywki. Mówcie co chcecie o historii i emocjach oferowanych przez The Last of Us, ale mechanicznie to zwykła strzelanka z widokiem zza pleców postaci, niczym w Resident Evil 4 z 2005. Powszechnie zachwalany Bioshock: Infinite? Mechanicznie Call of Duty w chmurach. The Wolf Among Us? Długa seria Quick (a może Slow?) Time Events oraz okazjonalne elementy zręcznościowe, czyli, ponownie, żadna rewolucja. Ba, w niektórych rejonach, takich jak projektowanie poziomów, cofnęliśmy się o kilka kroków. Określenie corridor shooter nie wzięło się znikąd.

Mam tego pecha, że wiem co nieco o historii elektronicznej rozgrywki i chociaż widzę zmiany, to wciąż nie są one tak wielkie, jak twierdzą niektórzy. Czytelnicy serwisu Gamespot grą roku wybrali Dragon Age: Inquisition, czyli historię grupy śmiałków pod wodzą Wybrańca (pardon, Inkwizytora) walczących ze złymi demonami. Znowu. Do tego ubraną w ciuszki „przynieś mi piętnaście ziół X rozsianych po mapie Y” MMO, stare jak World of Warcraft, jeśli nie bardziej. Są osoby jarające się faktem, że w nowym Asasynie można wejść wszędzie, a na ulicy przewalają się tłumy, ale co z tego, jeśli obie te rzeczy to puste dekoracje, służące głównie patrzeniu na nie i podziwianiu? „Patrz, co potrafi nasz silnik! Widzisz Katedrę Notre-Dame? Rok żeśmy nad nią pracowali!”. San Andreas pozwalało wstąpić tylko do wybranych miejsc, ale za każdym razem miało to sens z punktu widzenia rozgrywki. Mijają lata, a ja wciąż widzę przede wszystkim „więcej”, podczas gdy powinno być „lepiej”.

Dlatego gdyby EA dziś przestała strzelać batem nad głowami biednych twórców gier nie załamywałbym rąk. Pewnie nawet nie zauważyłbym tego faktu, póki jakiś duży serwis nie zacząłbym o nim trąbić 24 godziny na dobę. Masa ludzi by się denerwowała, a ja tylko wzruszyłbym ramionami i spojrzał na katalog starych tytułów, wydawanych jeszcze w czasach, gdy byłem co najwyżej sugestią nowego życia gdzieś w dalekich planach moich rodziców. Są tam pozycje, których ogranie wymaga tygodni, może miesięcy. Są takie, w które tnie się po dziś dzień, a nawet tworzy nowe mapy i modyfikacje. Dlaczego, pomijając wcześniej podane powody, mam patrzeć przed siebie, gdy za mną leży tyle wspaniałych skarbów, których nikt mi, mam nadzieję, nie zabierze? Bo wstyd nie zaliczyć trzeciego Mass Effecta? A czym miałby się on objawiać, poza brakiem jednego z miliardów tematów do rozmowy ze znajomymi?[3] Bo tylko nowości się liczą? Kickstarter do spółki z GOG.com dowodzą czego innego. Bo tak trzeba? Według kogo?

Kiedyś pisałem, że nie uznaję kupek wstydu. Czas mijał, a ja zdania nie zmieniłem. W międzyczasie zgorzkniałem i straciłem zapał dla nowości, a przynajmniej większej ich części. Nie przeszkadza mi to jednak, bo choćbym dożył i dwusetki, to wartych uwagi gier i tak mi nie zabraknie.

[su_divider top=”no” size=”5″]

[1] Ok, nie zawsze i nie wszędzie, gdyż firmy pokroju Blizzarda bardzo powoli obniżają ceny swoich gier, ale nawet one prędzej czy później się ugną. Przecenione Starcrafty dowodem.

[2] Ok, tu się zdarza, ale raz na rok i z wielkimi oporami.

[3] Tak, czasem mi źle, że nie mogę pogadać ze znajomymi o większości gier konsolowych. Nie, to nie jest dla mnie dobry powód do kupna konsoli.