Przejdź do zawartości

Fota zgarnięta ze strony Game Revolution.

Nie jesteś na to za stary?

Czyli o wyrastaniu z gier (i nie tylko) słów kilkaset.

Jesteś za duży na klocki LEGO

Wyrosnąć z czegoś, czyli stać się za dużym na coś. Na ubrania, bo rozmiar od dawna nie ten, a i brzucha przez ostatnie lata przybyło. Na określone zachowania, bo nie jest się już dzieckiem i społeczeństwo krzywo patrzy na dwudziestoparolatka ciągnącego dziewczynę za warkocz. Zwłaszcza nieletnią. Na produkty kultury, bo według informacji na opakowaniu ta planszówka z masą kolorowych elementów przeznaczona jest dla dzieci w przedziale wiekowym 3-9 lat. Z tego, co według producenta ma być wykorzystywane przez ludzi zdecydowanie ode mnie młodszych, zaspokajając ich potrzeby i oczekiwania. Z tego, co nie jest już dla mnie.

Wydaje się to proste i zrozumiałe, ale powiedzcie mi, kto będzie miał większą radochę z wieloelementowego superzestawu klocków LEGO: dziewczynka lat siedem, chłopiec lat dziesięć, czy może ich czterdziestoletni ojciec, który kupił wielkie pudło między innymi, a nie tylko i wyłącznie ze względu na swoje dzieci? Kto lepiej będzie się bawił oglądając Shreka: dzieciaki słuchające przekomarzanek Ogra i Osła, czy zachwyceni świeżym podejściem do znanych motywów i wychwytujący nawiązania do Matrixa rodzice? Co zrobić z Kucykami, z równym zapałem oglądanymi zarówno przez małe dziewczynki, jak i czterdziestoletnich zawodowych żołnierzy sił powietrznych USA, filmami Disneya (Król Lew i „nazistowskie hieny” anyone?), grami video (chociażby z serii LEGO: Tu Wstaw Obecnie Popularną Serię Filmową), literaturą młodzieżową w rodzaju Harrego Pottera i wszystkimi innymi dziełami kultury skierowanymi do osób młodszych, reklamowanymi jako rozrywka dla młodszych, a rozchwytywanych, recenzowanych, analizowanych i uwielbianych przez starszych?

Można oczywiście powiedzieć, że produkcja okazała się trafiać w gusta szerszej grupy, niż zakładali twórcy. Że głowa rodziny lubi filmy z czasów swojej młodości, bo przypominają mu o szczęśliwych czasach posiadania włosów na głowie. Że retro w modzie i lata osiemdziesiąte nowym królem Polski i tym podobne, ale rzecz sprowadza się do jednego – starsi korzystają z rzeczy nieprzeznaczonych dla nich. Czerpią przyjemność z przyglądania się losom złodziejaszka, któremu trafiła się lampa z dżinem w zestawie. Jedyny wyjątek od tej reguły widzę w założeniu, że produkt skierowany dla pewnej grupy wiekowej ma ją przy okazji czegoś nauczyć i dorosły oglądający „bajeczkę dla dzieci” zupełnie niczego z niej nie wyciągnie, ale tu mam jeszcze większą wątpliwość. Bo skoro ludzie regularnie potrzebują motywacji i przypominania, że jednak dadzą radę zdobyć każdą górę, to czym to się w różni od przekonywania, że przyjaźń to magia? Albo, że z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność? Bo dorośli o tym od dawna wiedzą? I może jeszcze stosują w codziennym życiu?

Wychodzę z założenia, że z dzieł kultury zwyczajnie nie da się wyrosnąć. To nie para spodni, w którą człowiek się już nie mieści i wymienia na większe. Nie w czasach, gdy Królewna Ścieżka jest ekranizowana na kilka różnych sposobów, Alicja wędruje po zrujnowanej wersji Krainy Czarów (tak jakby oryginał miał więcej sensu…), a klocki LEGO toczą bitwę o Helmowy Jar. Co więcej, nawet jeśli ktoś głośno powie „ej chłopie, nie jesteś za stary na Króla Lwa?”, to zaraz znajdzie się setka osób nie podzielająca tego poglądu, a nawet patrząca wilkiem na jego autora. Pewien wyjątek widzę w bajkach dla trzylatków czytanych przez trzydziestolatków, ale zaraz potem wyobrażam sobie rodzica z dzieckiem na kolanach, czytającego historię, która obu podoba się w równym stopniu – dziecku, bo to opowieść przeznaczona dla niego, a rodzicowi, bo obcuje z dobrze skonstruowaną, prostą historią, będącą dla niego odskocznią od „dojrzałych, dorosłych” opowieści, z jakimi styka się na co dzień.

Doom? Wyrosłem z niego

Skoro zatem nie da się wyrosnąć z dzieł (pop)kultury, to i z gier również. Tak? Nie. Znaczy nie w tym pierwszym przychodzącym na myśl sensie.

Z samego grania wyrosnąć się nie da, bo granie nie jest rozrywką ograniczoną dla pewnej kategorii wiekowej, podobnie jak oglądanie kreskówek albo czytanie. Było, ale tylko do momentu, w którym panowie w garniturach zrozumieli, że ludzie „z zewnątrz”, spoza zdefiniowanej grupy graczy, mogą czerpać przyjemność z sadzenia marchewek albo cięcia kataną latających im po ekranie owoców. Można czuć zmęczenie graniem i po dwudziestu latach ściskania pada sprzedać konsolę i zająć się hodowlą rybek, jednak nie znaczy to, że wyrosło się z gier. Jedynie przestały dawać fun, co wymaga albo dłuższej od nich przerwy, albo zmiany hobby. Powiedziałbym raczej, że gracz „wyrasta” nie z samego grania, ale z jego składowych.

Przykładowo, wiele wiele lat temu strzelałem do demonów w Doomie. To była prosta, lekka rozrywka, w której byłem ja, wielka baza na Marsie i setki rozpikselowanych istot po niewłaściwej stronie lufy. Bohater nie miał głosu, charakteru ani imienia nawet, fabuła istniała w tak szczątkowej formie, że równie dobrze mogło jej nie być, a esencją był bezmózgi fun wynikający ze strzelania do ruchomych celów bronią jak największego kalibru. I to była wspaniała forma spędzania wolnego czasu dla mojego dużo młodszego ja, niezainteresowanego filozofią, poezją czy problemami współczesnego społeczeństwa w krajach rozwijających się. Owszem, w tamtych czasach istniały niezłe erpegi czy przygodówki, ale przy mojej ówczesnej nikłej znajomości angielskiego nie byłem w stanie ich przejść. Poza tym nie interesowały mnie jakoś specjalnie.

Minęło kilka lat, przynosząc wirtualnym światom spore zmiany. Bohaterowie strzelanek zyskali imiona, osobowości, historię, przyjaciół i wrogów. Poziomy przestały być zbiorem pomieszczeń bez ładu i składu, pojawiły się cele misji oraz fabuła korzystająca z bardziej złożonych metod narracyjnych, niż ściany tekstu między misjami. Autorzy doszli do wniosku, że chcą mi coś opowiedzieć, wywołać emocje, na kilka godzin wmówić mi, że jestem wykonującym ultraważne zadanie kosmicznym marine w pancerzu wspomaganym wartym miliony dolarów. I to było równie dobre, jak wcześniejsze strzelanie bez odwracających uwagę pytań w stylu „dlaczego?”. Dawało rozrywkę, ale w inny sposób, zarazem ujawniając pewną miałkość rozwiązań z poprzednich lat, gdy gry video wciąż były na etapie raczkowania i doustnego sprawdzania właściwości napotkanych obiektów.

Bo to już było i nie jara mnie

Do czego zmierzam. Z pewnością znajdzie się grupa graczy, którym model rozgrywki „tu jest karabin, a tam wrogowie, do roboty” nie wystarcza. Którzy nie są już w stanie patrzeć na entego space marine tłukącego Obcą Rasę numer 15232224, z uzasadnieniem „bo tylko ty możesz uratować świat”. Którzy potrzebują jakiejś historii, motywacji, interesujących postaci, dodatkowej zachęty do spędzenia tych kilku godzin przed ekranem. Oni „wyrośli” z prostej rozrywki w stylu Ponga i pragną czegoś innego, bardziej rozbudowanego, świeżego. Być może kiedyś zatęsknią za pozbawionym głębi strzelaniem, może znudzą ich popisy growych scenarzystów i zapragną powrotu do korzeni, ale chwilowo chcą czegoś więcej, co będzie stanowiło odskocznię od tytułów, jakimi byli karmieni przez ostatnich kilka(naście) lat. „Wyrośli” z gier.

Piszę „wyrośli” w cudzysłowiu, bo nie uważam, żeby niechęć do prostych rozrywek była wyznacznikiem jakiejkolwiek dojrzałości, co słówko to może sugerować. Nikt nie jest niedojrzały z powodu czytania lekkich powieści rozrywkowych i patrzenia wilkiem na Tołstoja czy innego Kafkę, tak jak oglądanie filmów Almodóvara automatycznie nie nadaje charakterowi głębokości Rowu Marjańskiego. W innym wypadku większość ludzkości musiałaby otrzymać metkę niedojrzałych, bo śmiała sięgnąć po coś lżejszego i pozbawionego głębi, co w środowisku Ludzi Kulturalnych I Ze Światem Obytych uznawane jest za najgorszą ze zbrodni.

Inną kwestią jest, czy można permanentnie „wyrosnąć” z czegoś. Patrząc po sobie mogę powiedzieć, że niezbyt, bo jednego dnia mam ochotę na rozbudowane dzieło pokroju Pieśni Lodu i Ognia, która bez trójwymiarowego grafu kto z kim, jak, gdzie i dlaczego po pewnym czasie staje się nieczytelna, podczas gdy innego chcę zobaczyć kosmiczną nawalankę w pełnym 3D, z masowo umierającymi postaciami i Oceanem Spokojnym krwi. Spotykam się jednak z ludźmi nie potrafiącymi już czerpać przyjemności z prostych rzeczy. Mających zdecydowanie wyższe wymagania wobec (pop)kultury i patrzących wilkiem na, dajmy na to, komiksy superbohaterskie inne, niż Strażnicy i pokrewne. „Bo szkoda czasu na byle co”, powiadają, a wyobraźnia sama podnosi im nosy o jakieś czterdzieści stopni w górę. Dla nich animowana Liga Sprawiedliwych, mimo mnóstwa wplecionych w narrację niuansów, zauważalnych jedynie przez nieco starszego widza oraz scen, które rozgrzeją serce każdego fana DC, jest rozrywką dla dzieci. Bo co on z niej wyniesienie? Co ona mu da? Tknie samą istotę jego duszy? Nauczy czegoś nowego? Nie? To nie zawracaj mi pan głowy.

Dlatego nie sądzę, by można było „wyrosnąć z gier”, bądź czegokolwiek innego (pop)kulturalnego. Prędzej poczuć zmęczenie jakimś powtarzającym się nazbyt często motywem, mechaniką, konwencją, gatunkiem albo Tu Wpisy Coś Swojego, które to zmęczenie może być tak silne, że nigdy nie przeminie.

Chcecie pogadać o wyrastaniu z gier? Może tutaj?