Przejdź do zawartości

Niedoceniany drugi szereg

Tak sobie myślę, że mówiąc o grach wideo z punktu widzenia odbiorcy, ewentualnie gotowego produktu, najbardziej przerąbane mają programiści. Najwięcej ich stuka w klawiatury, siłując się z najgorszą częścią projektu, szukając błędów w tysiącach linii kodu i pilnując, by się komuś stan gry nie wykrzaczył, jak padnie połączenie z siecią, ale gracz i tak tego nie zobaczy. Nie dlatego, że nie może, przynajmniej na pececie, ale z powodu trudności tego zadania.

Nikt nie ma pretensji, jeśli gra działa dobrze. Nie ma powodów, bo taki jest stan domyślny, zakładany i pożądany. W większości przypadków łzy i łacina płyną, gdy coś się psuje, a nie powinno. Opcje nie działają, broń bije za słabo i takie tam. Jak wszystko śmiga pięknie, to żodyn dobrego słówka nie powie, bo przecie o to chodziło. Wyjątkiem jak ósmy cud świata działa w full detalach i 60 klatkach na mikrosekundę na pececie sprzed pięciu lat, wtedy ten i ów nieśmiało wspomni, że optymalizacja na medal i premia się należy.

SupportSęk w tym, że o ile pracę większości studia widać i słychać, tak kod jest starannie ukryty i jeśli kto się nie bawi w modowanie albo drobne modyfikacje plików konfiguracyjnych, to w zasadzie nigdy nie powinien go zobaczyć. Jak rusztowania czy innego fundamentu konstrukcji. Grafika wiadomo, rzuca się w oczy, dialogi można przeklikać, ale z mówionych coś zawsze w ucho wpadnie, a to przecie też robota scenopisarza. Muzykę jak dobra, to pochwali każdy, oryginalne mechanizmy rozgrywki wymyślone przez projektanta albo interesujące misje od quest designera takoż. Ale kod? No działa i się nie wykrzacza, czyli minimum spełnione i nie ma o czym rozmawiać. Co wydaje się słuszne i zbawienne, ale stawia programistę trochę w roli budowlańca, którego nikt po plecach nie poklepie za dobre ułożenie cegieł, chociaż spędził przy tym niemało czasu i ze dwa razy prawie którąś po łbie oberwał.

Powiedzcie zresztą, jak wielu znacie sławnych programistów gier? Gdzieś po głowie krążą mi nazwiska ze starej ekipy id Software, jakiś Romero czy inny Carmac, ale to w zasadzie wszystko. Kompozytorów? Od ręki wymienię kilku(nastu), gdyż maniakalnie wręcz słucham soundtracków. Graficy? Gorzej, ale łatwo bym odnalazł nazwiska, starczy rozejrzeć się za concept artami. Scenarzyści? Dużo łatwiej, Rhianna Pratchett albo Chris Metzen pierwsi mi do głowy przychodzą. Projektanci? Sid Meier, Peter Molyneux, David Cage, Ken Levine, Richard Garriott et cetera. Niby to jasne i zrozumiałe, bo główny projektant albo dyrektor artystyczny to zdecydowanie lepszy materiał na wywiad, tak jak chętniej się przesłuchuje i łatwiej kojarzy piosenkarzy niż dźwiękowców. Z drugiej strony powstaje przekonanie, że ci stojący w drugim i dalszych szeregach są mniej istotni. Bo się ich nie zauważa, póki coś się nie zepsuje. Kamienie lecą za słabe nagłośnienie, ale kwiatów za dobre ze świecą szukać, podczas gdy taki wokalista może liczyć na pełne spektrum krytyki. Dowcipy o niesłyszanym basie nie wzięły się znikąd.

Idąc tropem gier widać to doskonale w takim League of Legends (uwaga, growe słownictwo na horyzoncie!). Na setki przegranych przeze mnie godzin widziałem garstkę osób gotowych grać wsparciem i deklarujących się jako głównie grających wsparciem. Support ma generalnie przerąbane: nie nabija fragów, nie zdobywa pieniędzy za utłuczone miniony, musi dbać o rozstawienie wardów, podleczać carry, kupować stosowne przedmioty, nie ginąć zbyt często, o co trudno przy zazwyczaj słabym zdrowiu i niskim pancerzu i generalnie jak coś pójdzie nie tak, to jego wina, bo przecie miał pomagać i plecy osłaniać, gdy więksi koledzy odwalają czarną robotę. Jak coś się skaszani, to wiadomo, że wina healera. Podobna sytuacja panowała zresztą na każdym serwerze vallheru, jaki miałem okazję odwiedzać. Większość osób brała profesje pierwszoliniowe, najlepiej bojowe, bo taki wojak może liczyć na więcej akcji i ciekawszych przygód niż medyk. A potem się szukało iluzjonisty jak przysłowiowej igły w stogu siana, podczas gdy piromanci i inni nekromanci za każdym rogiem się czaili.

Support2Smutne to, gdy się głębiej zastanowić. Pisarz może wstawić na pierwszej stronie dedykację dla swojego redaktora i wszystkich osób pomagających, podsuwających pomysły i pilnujących drobiazgów, ale tylko jego nazwisko zostanie zapamiętanie i docenione. Ewentualnie tłumacza, patrz przykład pana Cholewy, ale ten od lat siedzi w przekładach Pratchetta, a to autor u nas znany i lubiany. Podejście takie nie jest złe samo z siebie, ostatecznie w teatrze pierwsze skrzypce należą do aktora, nie suflera, ale miło byłoby od czasu do czasu pamiętać o istnieniu tego drugiego. Powiedzieć dobre słowo na temat korekty, składu i łamania, pochwalić kamerzystę i montażystę, poklepać po plecach kobitkę rabotającą w studiu nagraniowym. Sam zresztą nie jestem tu bez winy, bo ostatni raz doceniłem pracę redaktora przy okazji recenzji Gdzie mól i rdza, a i to tylko dlatego, że jej jakość stała na bardzo wysokim poziomie.

Uderzyło mnie to szczególnie przed paroma dniami, gdy postanowiłem wreszcie potrenować pixel art. Może i siedziałem pół dnia nad jednym obrazkiem, grzebiąc się z każdym pikselem i kolorkami, ale było go widać, możliwy był do obejrzenia, oceny, skrytykowania. Gdybym przez ten czas jedynie czytał tutoriale, przygotowywał oprogramowanie albo coś tam szkicował, skończyłbym dzień z poczuciem, że nie zrobiłem niczego, nawet jeśli od przygotowania warsztatu zależał sukces całego projektu. Bo ważny jest efekt, najlepiej namacalny, a o całej reszcie się zapomina. W tym osobach ową resztę przygotowujących, nawet jeśli bez nich spektakl nie mógłby dojść do skutku. Co zresztą tyczy się także tak zwanego dnia codziennego. Ile osób powiedziało pani przy kasie „dzień dobry” sama z siebie, a nie w odpowiedzi na jej miłe słowa?

Tyle ode mnie, wnioski wyciągnijcie sami, a o temacie można podyskutować też tutaj.

PS: Dzisiejszy tekst (chyba) jest dość krótki, bo ćwiczę ograniczanie słowotoku. Trzymajcie kciuki.

PS 2: Obiecany wpis eksperymentalny (Mejn Gott, jak to brzmi…) pojawi się za jakiś czas. Okazuje się bardziej problematyczny, niż sądziłem.