Przejdź do zawartości
Dzisiejszy wpis zdobią fotografie Nicolasa Cage'a. Bo tak.

Notka bez tytułu

Piszę, by odreagować wczorajszy dzień. I bo Mysza mi kazała, ale głównie dla odreagowania. Nie, żaden pies nie użarł mnie w rękę, nie uczestniczyłem w kłótni stulecia i nie przeżyłem wizyty komornika w towarzystwie smutnych panów w dresach. Po prostu dopadło mnie coś, co się fachowo (jest nawet obszerny tekst na Wiki nazywa writer’s block. Znaczy gdyby rzeczywiście istniał.

Od razu wyjaśnię, że nie uznaję istnienia blokady pisarskiej, twórczej czy jak inaczej by się to po polsku nazywało. Kiedyś się tłumaczyłem, że mnie wena opuściła, nie mam pomysłów albo zdania się nie chcą układać w całość, bo blokada. Teraz powiedziałbym, że jestem po prostu zmęczony, czy to z powodu zbyt długiego dnia, nieodpowiedniego ciśnienia albo temperatury (pechowo zła pogoda źle na mnie wpływa) czy pobudki w środku ciekawego snu, po której mózg nie chce zacząć normalnie funkcjonować. Może za czterdzieści lat stukania w klawiaturę dojdzie do tego wypalenie[1], ale może nie dotrwam do tej wielkiej tragedii. Znaczy taką mam nadzieję.

Dlaczego nie uznaję istnienia blokady pisarskiej? Bo w moim mniemaniu wynika ona nie z braku Weny, Inspiracji czy innego Natchnienia, tylko podejścia do pisania. Albo dowolnej innej dziedziny artystycznej. Wena to według definicji słownikowej łatwość tworzenia, natchnienie, zapał twórczy. Chce mi się robić, wiem, co mi się chce robić, więc siadam
i robię, póki z sił nie opadnę. Można, oczywiście, powiedzieć, że to po prostu ten moment, gdy człowiekowi znudziło się lenistwo albo po prostu na tyle dobrze się wyspał (dobry sen lekarstwem na wszystko, nawet na brak chęci), by od ręki machnąć poemat, ale lepiej jest powiedzieć, że go Wena dopadła, więc rzuca wszystko i siada do pióra albo sztalugi. To brzmi wznioślej, dumniej, nadaje czynności nieco powagi oraz mistycznego posmaku. Dotyku samego Absolutu, który postanowił dać śmiertelnikowi szansę na pokazanie światu drzemiącego w nim potencjału.

I tak może być, jeśli uznamy czynności artystyczne za coś więcej, aniżeli stawianie słowa za słowem, szarpanie strun albo rysowanie kresek na czystej kartce. Pewna pisarka, której nazwisko wyleciało mi z pamięci, ma ponoć (bo to w wywiadzie się przyznała, więc mogła ściemniać) cały rytuał pisarski: zakłada kimono, parzy zieloną herbatę, siada w odpowiedniej pozycji przed laptopem (ołtarzykiem?) i zaczyna. Brzmi nieźle, prawda? Jak opisywany w Herrenvolk artysta, który nazistowskiemu dygnitarzowi miał namalować obraz, co wyglądało mniej więcej (opis niedokładny, z pamięci przywołuję) tak: siedzi pół godziny, gapiąc się na płótno, potem wstaje, przechadza się, znów siada, kładzie się, przez godzinę gapi w sufit z zamyśloną miną, coś zje, wypije, znów położy, wreszcie energicznie wstaje, macza pędzel, agresywnie machnie kilka kolorowych pasków i gotowe, tyle a tyle reichmarek się należy. Prawie jak Maude Lebowski, malująca na sposób wybitnie awangardowy.

Beztytulu2

Czytany właśnie przez Was tekst piszę bez dodatkowego przygotowania. Wstałem w miarę wyspany, mózg już od rana zaczął pracować normalnym rytmem (podsuwać myśli, łączyć wątki, puszczać muzykę, takie tam podstawowe funkcje), więc siadłem i piszę. Na nie moim lapcoku i za pośrednictwem konta pocztowego, bo wciąż nie mogę spamiętać nowych haseł do blogaska albo Evernote’a, a przypominajka leży sobie gdzieś. Czy mi to jakoś przeszkadza? Pomijając kwestię braku potrzebnych do projektu notatek nie, ani trochę. To tylko tekst, zrobię kopiuj-wklej, w edytorze wordpressa stosownie sformatuję, dodam obrazki i voila. Może nawet wyjdzie lepszy, bo przy ograniczonych możliwościach odpada potrzeba (?) prokrastynacji. Co prawda pierwsza wersja jest mocno spontaniczna, brak w niej chociażby śródtytułów oraz jasno określonej puenty, ale od czego drugie czytanie?[2]

Sopocki rysownik Spellcaster tłumaczy komiksiarzom, że błędem jest przesadnie bojaźliwe podejście do swojej pracy (druga plansza, ostatni kadr). Ja również nie piszę ósmego cudu świata płynnym złotem i nie wiem, czy kiedyś będę mógł (ale spróbować chciałbym). Ja piszę notatka na blogaska. Tekst do poczytania w wolnej chwili przez grupkę osób wiedzących o jego istnieniu. Ale nawet gdybym tworzył drugą sagę wiedźminowską z planem zawojowania internetów i połowy fandomu, to nie robiłbym tego z namaszczeniem. Ja tylko piszę. Z planem albo bez, na podstawie notatek albo nie, co by wywalić nadmiar myśli z głowy i dać innym chwilę relaksu przy lekturze. Albo zmusić do myślenia, ale to nie wymaga okadzania laptopa, tylko dobrze skonstruowanego tekstu.

Martin pisze w starym, DOSowym programiku, na komputerze bez internetu. Ja ostatnio korzystam z FocusWritera, którego odpalam do spółki z Foobarem, co by mi cisza w słuchawkach nie szumiała. Internet wciąż mam, ale staram się doń nie zaglądać przed odfajkowaniem codziennego planu minimum. Co mam wspólnego z zabójcą Neda Starka? Obaj piszemy. Każdy na swój sposób i co innego, ale z grubsza robimy to samo. Co nas dzieli? Pomijając rozpoznawalność i stan konta, to w moim przypadku internauci raczej nie będą się doszukiwać związku między moją pisaniną a wykorzystywanym oprogramowaniem. Bo jak stwierdzili niektórzy (żartobliwie, mam nadzieję) Wordstar 4.0 przyczyną, dlaczego Pieśń tak wolno powstaje. Bo jak program stary, to pewnie wolny, a jak wolny, to i praca na nim musi być wolna. W końcu bestseller nie ma prawa powstać na byle czym, to by źle pijarowo wyglądało.

Beztytulu3

Ale wybór oprogramowania wcale nie jest taki prosty. Znaczy jest, ale droga do celu daleka i wyboista. Miałem okazję dziergać słowa w Notatniku zwykłym i z dwoma plusami, Wordzie tak starym, że pamiętał czasy Niebieskiego Ekranu Śmierci(TM), Open Office sprzed przepoczwarzenia się w Libra Office, windowsowym demie Scrivenera i paru innych jeszcze. I gdzie skończyłem? Z Focus Writerem z jego ośmioma funkcjami na krzyż i dźwiękami maszyny do pisania (uwielbiam). Oraz z Openem, bo lubię patrzeć na ładnie sformatowany tekst w formacie ODT i PDF. I Evernote dla notatek. Żadnych kombajnów i stacji roboczych, tylko mały programik z okienkiem na cały ekran i szarym tłem. I ustawialnym licznikiem słów/znaków, zliczających dzienny przerób, który okazuje się być najlepszym znanym mi motywatorem. Zaraz za kawą. Oraz czekoladą. Oraz… No dobra, prawie najlepszym.

Ktoś mógłby powiedzieć, że wszystko ładnie i pięknie, ale o czym ja w ogóle piszę? A poza tym co z inspiracją? Przecież nie zawsze wiadomo, jak coś opisać, jak ująć myśl w słowa, czy też nad jakim tematem się pochylić. Prawda, ale rozwiązanie problemu jest banalnie proste, bo inspiracja jest wszędzie: w obrazkach na DeviantArcie, w piosenkach na playliście czy w krótkiej rozmowie z kumplami z netu. Tekst o Malazańskiej powstał dlatego, że raz, aktualnie wciąż ją czytam i dwa, że podzieliłem się wrażeniami na Twarzoksiążce, wywołując krótką dyskusję. Zachciało mi się napisać coś więcej, to i napisałem. Co prawda gdyby wzorem wczorajszego dnia mój mózg pracował przez cały dzień na jałowych obrotach, to z pisania pewnie nic by nie wyszło, ale skoro dziś udało mi się nadrobić opóźnienie i to ze sporym naddatkiem, to chyba tak długa przerwa nie jest poważnym problemem.

Od pewnego czasu nie uznaję czegoś takiego, jak brak inspiracji. Co najwyżej brak pewności, czy dany pomysł jest dobry. Tak miałem w przypadku wszystkich growych projektów. Póki koncept nie został omówiony albo przetestowany, póty nie było jasne, czy się do czegoś nada. Ewentualnie czy nie będzie wymagał poważnych, może nawet fundamentalnych poprawek. Nie wiadomo, czy pomysł nadaje się na zacny tekst? Usiąść i go spisać, bo we łbie jego wartość zawsze będzie stała pod znakiem zapytania. Na papierze wygląda ok? Fajnie. Nie wygląda ok? Poprawić. Rozbudować. Coś wywalić, coś innego przyciąć. Zostawić na moment, wrócić i znów poprawić. Nie zliczę, jak wiele słów posłałem na literacki cmentarz, gdy do pisanych z rana tekstów siadałem wieczorem. W notce o fantasy i historii bez litości wycinałem całe akapity. Z drugiej strony analizując poczynania nowej Lary poprawek wprowadziłem mało. No ale temat głębiej osiadł mi w mózgu, a i tamtego dnia jakoś łatwo budowało się złożone zdania.

Beztytulu4

Wszystkie twórcze dziedziny opierają się na ciągłym poprawianiu. Tak, zdarzają się wielkie dzieła, które autor napisał na rolce papieru toaletowego stawiając porannego klocka, ale to są wyjątki. Może nawet nieprawdziwe, bo budujące legendę wielkiego artysty lepiej od „dziergałem osiem godzin dziennie przez cały rok”. Martin w podziękowaniach na końcu kolejnych tomów Pieśni zawsze (albo prawie zawsze?) pisze o diabłach, które pomagano mu wyłapywać. Od tego jest zresztą redakcja i beta-testerzy (także poza branża grową. Jeśli się nie mylę korzystają z nich między innymi panowie Piskorski i Ćwiek), a także te wszystkie dni między napisaniem pierwszego drafta, a posłaniem go do dalszych prac. Dobre scenariusze filmowe nie powstają w jedną noc (pierwsza trylogia Star Wars przykładem), pierwszy pomysł zazwyczaj nie jest tym najlepszym, a pierwszy szkic często musi zawrzeć bliższą znajomość z gumką. Oczywiście może się zdarzyć, że w trakcie poprawek coś dobrego stanie się byle jakie – jak na ten przykład ta notka – ale z mojej perspektywy zazwyczaj jest na odwrót. No chyba, że autor nie wie, co robi albo nie jest w stanie wskazać, co takiego fajnego jest w jego dziele, ale czy nie od tego są współpracownicy i osoby trzecie? By ocenić, pochwalić albo zganić?

Czasem trzeba nie tyle poprawić, co wywalić jakiś kawałek do kosza. W wyjątkowych przypadkach – bo rzadko zdarza się potworek, którego można jedynie zaprowadzić za dom i zastrzelić – do śmietnika leci wszystko, ale nawet pośród morza bylejakości da się znaleźć coś dobrego. Jeden pomysł, jeden kadr, jeden riff, cokolwiek. Od tego można zacząć budować coś nowego. Bo wielkie (i małe też) dzieło można stworzyć na bazie wszystkiego. A co z gnijącymi resztkami? Przydały się. Tak, wywalenie 10 stron boli, ale jest to 10 stron, które czegoś mnie nauczyły. Pokazały, że idę w złym kierunku, ciążyły mi (świetna metoda na poprawienie tekstu – napisanie go od nowa, albo bez patrzenia na już istniejący, a co za tym idzie bez sugerowania się nim), pozwalały mi sprawdzić jakieś pomysły. Że szkoda ich? Że ma się świadomość zmarnowanej pracy i fajnie by było ją gdzieś wykorzystać dalej? Nie zaprzeczę, serducho boli na myśl o nieprzespanych nocach, ale zazwyczaj nie warto. Bo zamiast skupić się na zbudowaniu nowego gmachu, człowiek będzie się zastanawiał, jak połączyć go ze stosem zepsutych cegieł z zeszłego tygodnia. A stąd już tylko krok do kompromisów i równania w dół, w imię desperackiego zachowania tego, co już się zrobiło.

Beztytulu5

To swoją drogą ciekawe, jak bardzo ludzie fetyszyzują pomysł. Jak często mówi się, że bez pomysłu to ani rusz. Najlepiej genialnego, co by nie przepaść w tłumie okupujących tę samą gałąź rynkową. Sęk w tym, że wyjść można od wszystkiego, nawet pęknięcia na płycie chodnikowej, która da komuś inspirację do namalowania współczesnej wersji Ostatniej Wieczerzy. Gry wideo tworzy się według pewnego schematu, ale czasem zdarza się autorom cofnąć, miast ciągle iść do przodu. Bo koncepcja się zmieniła, bo połowa ekipy trafiła na bruk, bo wyciekł kawałek kodu albo zakończenie (cześć, Mass Effect 3!). Przy Uncharted 3 Naughty Dog ponoć wpierw opracowało wspaniale wyglądające sceny, a dopiero potem dokleiło do nich fabułę, chociaż formalnie winno być odwrotnie. Można napisać powieść bez pomysłu i celu i znaleźć go dopiero później. Albo wcale, ostateczną ocenę zostawiając czytelnikom.

Oczywiście gdy mowa o blokadzie twórczej pojawia się również zagadnienie „po prostu siądź i rób”. Tak też można. Niejeden raz mój mózg nie tyle nie działał, co jedynie potrzebował rozruchu i jak już odpalił, to praca szła błyskawicznie. Tylko że jak w wielu podobnych przypadkach, tak i to rozwiązanie nie jest uniwersalne. Mi na ten przykład cholernie ciężko jest zmusić się do pracy, gdy słowa nie chcą się układać. Albo myśl siedzi sobie w głowie, ale nie idzie za nią kolejna, nie ma żadnych skojarzeń. Jako osoba często myśląca obrazami wiem, że jeśli takowe nie zaczną się pojawiać i łączyć w coś na kształt amatorskiego filmu, to dziś nici z pracy. Albo jeśli denerwuje mnie głośno lecąca w słuchawkach muzyka. Na przykład to. Albo to. Nie gibię się przy klawiaturze? Państwo wybaczą, dziś nic nie powstaje. No i są jeszcze dni, takie jak wczorajszy, gdy się nawet seriali oglądać nie chce i w sumie najlepiej byłoby się kimnąć z godzinkę czy dwie, ale jakoś tak w środku dnia głupio.

Nie tylko dlatego, że odzywają się mój perfekcjonizm do spółki z „ludzie wynajdują właśnie lek na raka, a ty drzemać idziesz?”, chociaż obaj panowie mają w tym spory udział. Zwyczajnie głupio mi kończyć dzień bezproduktywnie, chociaż zdaję sobie sprawę, że od czasu do czasu mogę. Że się zdarza. Że są takie momenty, gdy nawet najprostsza czynność sprawia problemy, a nawet najlepszy kawałek tekstu nagle staje się beznadziejny. Taka tam chorobliwa ambicja połączona z motywującą do pracy zazdrością o wyniki innych. Chyba. Dyplomu z psychologii nie mam, więc równie dobrze mogę mieć jakiś zaburzenie i za rok wyląduję na Srebrzysku[3].

Beztytulu6

Szesnasty paragraf, wypadałoby więc wreszcie napisać, o co mi chodzi i machnąć jakieś podsumowanie, prawda? Wypadałoby, ale czy trzeba? Mógłbym w nim oznajmić, że writer’s block nie istnieje, że te wszystkie rytualia związane z pisaniem to kwestia tego, co siedzi w głowie autora, a nie rzeczywistej potrzeby, że nie należy przedkładać narzędzia ponad twórcę i efekty jego pracy, że pisanie to redagowanie, a każdy tekst da się poprawić i uratować i że wreszcie dobry sen (i kawa) lekarstwem na wszystko. Ale tego nie uczynię, bo [podlizywanie się] wierzę w inteligencję moich czytelników, zdolnych skupić się na tekście dłużej, niż piętnaście sekund i nie potrzebujących wielkich, neonowych napisów z wyjaśnieniami[4] [/podlizywanie się]. Prawdopodobnie z tego powodu nigdy nie napiszę bestsellera, który sprzeda się w milionowym nakładzie, ale to może i lepiej.

Obrazki z serii „co to miało być?!” można zostawiać tutaj.

PS: Przyznać się – kto pomyślał, że zapomniałem wstawić tytuł notki?

PS 2: Napisanie tego tekstu zajęło mi jakieś dwie godzinki, czyli w praktyce półtora z przerwami. Poprawki kolejną (formatowanie się wykrzaczyło przy kopiowaniu), wyszukanie grafik, wrzucenie ich do tekstu, tagowanie i inne drobiazgi kolejne pół. I to wszystko niemalże od ręki. Dobry sen czyni cuda.

 

Przypisorum:

[1] Jak pokazuje praktyka wypalenie się przed trzydziestką oznacza najwyżej konieczność zrobienia sobie paru(nastu) dni przerwy od zagadnienia. Działa w 10 przypadkach na 10.

[2] Spoiler alert – drugie czytanie niewiele w tej kwestii zmieniło.

[3] Dla nie-Gdańszczan – w miejscowym psychiatryku.

[4] To mnie uwiera przy wielu tekstach blogowych albo artykułach z dużych serwisów. „10 sposobów na…”, „25 super pędzli do Fotoszopa”, „30 faktów, które rozwalą twój mózg”, czyli zachęta, by tylko przejechać wzrokiem, wychwycić śródtytuły i pogrubione fragmenty i pójść dalej. Co też zresztą czynię, bo przy takim sposobie pisania nie ma potrzeby zatrzymywać się na dłużej. Sytuacja identyczna w przypadku ocen na początku recenzji. Na co mi czytać nawet krótki tekst, skoro najważniejszą jego część już dostałem?