Przejdź do zawartości

Idris Elba jako nowy Bond. Jednocześnie z całego serca chcę i nie chcę.

Ogłupiająca siła przyzwyczajenia

Obserwując dyskusję – czy może raczej awanturę – na temat koloru skóry nowego Bonda odnoszę wrażenie, że wszystkim umknęła jedna istotna zmienna, jaką jest niechęć tak zwanego przeciętnego odbiorcy do szeroko rozumianych nowości.

Osoby oglądające na JuTube filmiki z Jokerem być może zauważyły pewną prawidłowość – ilekroć w komentarzu ktoś zejdzie na temat głosu dżentelmena o wyjątkowo szerokim uśmiechu, prędzej czy później jeden z komcionautów rzuci z namaszczeniem „Mark Hamill Joker is best Joker” i będzie czekał zarówno na ostrą kontrę, jak i wór łapek w górę. Tak jest pod urywkami z seriali bądź filmów animowanych, zdarza się pod scenami z nolanowskiej trylogii, zapewne znalazłbym kilka nawet pod trailerami Dawn of Justice (co za gupia nazwa…), tuż obok „Batfleck go home” czy „I am Groot!”.

Te same osoby mogły również zauważyć, że większość komcionautów wychwalających głos Hamilla bądź zgadzających się z peanami na jego cześć często przyznaje, że kocha The Animated Series. Nierzadko przyznają się, że był to serial ich dzieciństwa, który wyrobił w nich miłość do postaci, uniwersum, czy komiksów jako takich. To w nim Luke Skywalker zrobił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał, czyli wcielił się w Jokera. Wcielił się tak dobrze, że swój występ powtórzył w wielu innych miejscach, m.in. pełnometrażowych animacjach oraz grach wideo. Dla wielu komcionautów był więc on pierwszym posiadającym głos Jokerem w ich życiu i fakt ten sprawił, że po trzech latach nadawania serialu przywykli do niego. Dla nich Joker = Hamill. Tak jak dla wielu innych Bond = biały mężczyzna.

Obserwując dyskusje w sieci czy profile moich znajomych widzę, że – uwaga, truizm – podejście ludzi do (pop)kultury kształtują często pierwsze jej produkty, z którymi mieli do czynienia. Rozmawiam z zagorzałymi fanami „mrocznego fantasy”, którzy wychowywali się na Wiedźminie albo Warhammerze, bądź ich kolegami od Władcy Pierścieni, dla których nie ma fantasy bez smoków i mieczy. Widzę fanów gier wideo, którzy jęczeć będą gdzie się da, że „prawdziwe RPG” to w Baldur’s Gate było, a najlepsza część Heroes of Might and Magic to III i ewentualnie V, czyli w praktyce ładniejsze III. W dyskusjach na temat Star Wars argument „Nowa trylogia ssie” jest zaś tak powszechny, jak szturmowcy zagubieni wśród licznych poziomów Gwiazdy Śmierci.

Przyzwyczajenie3
Gra zła, bo niepodobna do poprzedniczki.

Wspomniane wcześniej HOMM to zresztą interesujący przykład łańcuchów narzucanych przez przyzwyczajenie. III wraz z dodatkami uznawana jest za klasyka, obiekt westchnień i niemalże siódmy cud świata. Gdy więc okazało się, że w części czwartej wprowadzono sporo zmian, mocno odbiegających tak od trójki, jak i wcześniejszych odsłon cyklu, fani nie zareagowali ciepło. Gra praktycznie zniknęła z ludzkiej pamięci i do dziś traktuje się ją z pogardą. Jako złą grę, ale głównie jako złych Herosów. Chcecie dowodów? Zróbcie wiedzówkę albo puśćcie na konwencie fragmenty rozgrywki z obu części i obserwujcie reakcje. Podobnie zresztą ma się sytuacja z częścią VI, tak w porównaniu do V, jak i III. Bo trójka najlepsza, wszyscy to wiedzą.

Wielu komentatorów poczęło bić na alarm, gdy padły głosy krytyczne pod adresem Idrisa Elby czy damskiej wersji Thora. W jakimś stopniu zasłużone, w końcu ludzie mają różne poglądy, w tym takie średnio pasujące do dzisiejszej rzeczywistości. Nie jestem jednak przekonany, czy całą winę można zrzucić na rasizm czy inny seksizm. Które nie wiem, jak często występują wśród komiksiarzy, ale jak znam życie znacznie rzadziej, niż się sądzi. Wracając – widziałem za dużo fanów pomstujących na zmiany dowolnego kalibru, od drobnych poprawek w statystyce ulubionej broni, po restart całego komiksowego uniwersum, by słyszeć w ich jękach jedynie nienawiść do kobiet czy niebiałych ludzi. W przypadku części z nich i owszem, ale większość raczej boli zmiana sama w sobie. Odstępstwo od obowiązującego od lat kanonu, zmiana status quo czy decyzja niezgodna z ich poglądem na daną sprawę. Tak było w przypadku wyboru Ledgera do roli Jokera, z nową wersją Dantego z Devil May Cry, z przerobieniem Twilight Sparkle na alicorna (ten dźwięk tysięcy fanów krzyczących w unisono…), ze zmianą stylu graficznego Diablo na „zbyt cukierkowy” i mnóstwem innych decyzji, których fani nie zaaprobowali, bo spodziewali się czegoś innego. Dokładniej to tego samego, co wcześniej, tylko więcej i być może lepiej (co to znaczy nikt nie wie). Ostatecznie na tym opiera się sukces wielu tasiemcowych serii, Call of Duty do spółki z Assassin’s Creed najlepszymi dowodami.

I nie dziwię im się specjalnie. Craig jest Bondem od lat dziewięciu, co daje aż nadto czasu na przyzwyczajenie się, a co dopiero mówić o osobach, które swoją przygodę z agentem zaczęły od Dr. No. Czy aktor i nastrój filmów się zmieniał? Owszem, ale kolor skóry bohatera ani trochę. Mówimy o ponad pięćdziesięciu latach obecności w zbiorowej świadomości, gdy ślepotę jest w stanie wywołać ledwo ułamek tego czasu. U niektórych permanentną, u innych tylko czasową, ale obecną. Ja sam na nią choruję od czasu do czasu i to przez nią podpisałem główną ilustrację tej notki tak, a nie inaczej. Bo Elbę w roli Bonda chętnie bym zobaczył i zapewne cieszyłbym się z każdej sekundy (Pacific Rim, ach!), ale gdzieś w środku mnie siedzi złośliwa bestia, która na samą myśl o tym zaczyna piszczeć „Connery! Moore! Brosnan!” i machać zdjęciami. Duża jest, bo i miała czas, by urosnąć.

Nowy, komiksowy Lobo, czyli DC też ma swoją kobietę Thora.
Nowy, komiksowy Lobo, czyli DC też ma swoją kobietę Thora.

Czy mam taki sam problem z Jokerem? Nie, ale tylko dlatego, że pewnego dnia postanowiłem wyjść ze swojej strefy komfortu i sprawdzić inne jego wersje. Niektóre mi się spodobały, inne niekoniecznie, ale nie skanduję „Hamill na prezydenta!” przy byle okazji. Sęk w tym, że ja z tej strefy wyszedłem, bo chciałem. Część fanów Bonda zostałaby z niej wypchnięta, co tłumaczy, dlaczego zapierają się przed tym rękami i nogami. Do dziś pamiętam moją reakcję na pierwszy odcinek drugiego sezonu Young Justice, gdy okazało się, że między nim a poprzednikiem minęło parę lat. Przyzwyczajać się musiałem z dobrych kilka odcinków, a sytuacji nie poprawiał Lobo. Lobo, którego po raz pierwszy widziałem w Justice League i jego tamtejszy wizerunek stał się dla mnie normą. Zmianie uległ głównie jego wygląd, ale to wystarczyło, bym poczuł dyskomfort. Bo ja tej zmiany nie chciałem, nie spodziewałem się. Ostatnie polubiłem ją, ale to wymagało czasu.

Możliwe, że trochę zamotałem, ale generalnie chodzi mi o to, by dać ludziom czas. Skrajniacy pokrzyczą, bo tak mają w zwyczaju. Nie ma sensu się nimi przejmować. Reszta będzie piszczeć z niezadowolenia, ale z biegiem czasu przyzwyczai się do czarnoskórego Bonda, kobiety Doktora i podobnych, mocno odbiegających od obecnej sytuacji pomysłów. Bo ich reakcja, chociaż średnio mądra, jest podyktowana właśnie nim – przyzwyczajeniem. Gdy zaś okaże się, że Elba jako Bond sprawdza się znakomicie, większość malkontentów zamilknie, a nawet dorzuci swoje trzy grosze do litanii pochwał.

Co z pozostałymi pytacie? Zawsze byli, są i będą. Olać ich i tyle.