Przejdź do zawartości

Overlord, czyli towar częściowo niezgodny z opisem

Overlord w swej animowanej postaci uczy, że recenzje, zwłaszcza te pozytywne, należy traktować z dużą dawką sceptycyzmu. Może się bowiem okazać, że produkt przez nie zachwalany oraz produkt właściwy to dwa różne produkty.

Tekst zawiera garść mniejszych spoilerów.

Pan i władca na krańcu nieznanego świata

Overlord to kolejny przedstawiciel superpopularnych ostatnimi czasy ekranizacji (adaptacji?) light novel o ludziach uwięzionych w MMORPGach, jak Sword Art Online, Log Horizon, Re;Zero, Grimgar of Fantasy and Ash czy do pewnego stopnia Konosuba. Żaden sezon animcowy nie obejdzie się bez przynajmniej jednego przedstawiciela tego hybrydowego gatunku, będącego dla anime tym, czym dla współczesnego kina są filmy superbohaterskie. W obu przypadkach szkielet za każdym razem jest z grubsza ten sam, ale można go obudować czym się chce –  mrówkami włamującymi się do laboratoriów, nawalankami goblinów ze smokami wielkości Empire State Building, magią istniejącą tuż obok broni palnej i statków kosmicznych, gadającymi drzewami tańczącymi do Hooked on a Feeling i tak dalej – a i tak będzie pasowało.

Na tle pozostałych przedstawicieli gatunku Overlord miał wyróżniać się unikalnym podejściem do tematu. Jej głównym bohaterem miał być nie Jezus 2.0, jak w Sword Art Online, czy pechowy hikikomori jak w Konosuba, tylko złolec przez duże Z. Wielki szkielet – Ainz dla sług, Momonga dla reszty świata – jeden z ostatnich graczy zamykanego MMO, który z nieznanych sobie przyczyn zostaje uwięziony w środku i dochodzi do wniosku, że równie dobrze może pobawić się w Melkora na sterydach. Ma najwyższy możliwy poziom, odpicowaną siedzibę pełną złota i superdrogiego sprzętu, świtę przegiętych przydupasów wielbiących go niczym bóstwo oraz wolność od czepialskich adminów, więc dlaczego nie? Innymi słowy Dungeon Keeper, Evil Genius albo ten drugi, growy Overlord, tylko przefiltrowany przez azjatycką wizję sieciowych erpegów. A przynajmniej taka wizja powstała w mojej głowie na podstawie recenzji osób, które w tym samym momencie opisywały głównego bohatera słowami overpowered villain oraz pokazywały sceny z hordami szkieletów spuszczającymi wpierdziel armiom ludzi.

Overlord Cocytus walczący z jaszczuroludźmi

Rzeczywistość jest jednak taka, że wizerunek wielkiego złego szkieleta jest dla naszego głównego bohatera jedynie maską. Jedną z wielu, bo inaczej prezentuje się przed podwładnymi, a inaczej przed światem zewnętrznym. W głębi serca ten pracownik biurowy bez szczególnych zainteresowań i życia osobistego jest dość miękki. Jeśli zabija, to tylko z konieczności i wyłącznie prawdziwych złolców, takich co to lubią mordowanie, tortury i w każdym sensownie urządzonym kraju dawno trafiliby do psychiatryka. Gdy trzeba podzieli się miksturką zdrowia z ranną chłopką, obroni wioskę przed wrogim atakiem, pomści grupę awanturników, do której się przywiązał i generalnie stara się tak działać, by w oczach podwładnych wciąż prezentować się groźnie, ale nie dopuścić do strat wśród niewinnych. Wśród swoich zresztą też, głównie dlatego, że każdy z wiernie służących Momondze potworów został stworzony przez jego dawnych towarzyszy z gildii. Sama ich obecność regularnie przypomina mu o minionych czasach oraz przyjaciołach, którzy być może również znajdują się w podobnej do jego sytuacji.

Mamy więc bohatera zmuszonego do życia w całkiem obcej krainie, ukrywania swej prawdziwej natury tak przed wrogami, jak i sojusznikami, bez dawnych przyjaciół w pobliżu oraz pewności, czy i kiedy będzie w stanie wrócić do swojego dawnego życia. Jeśli tak przedstawiona fabuła brzmi interesująco, to pewnie dlatego, że taką właśnie jest. Problem w tym, że po anime ze słowem Overlord w tytule, którego main hero jest starszym liczem, z bandą demonów, wampirów i innych potworów gotowych na jedno jego skinienie zmienić planetę w atomową pustynię, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Lord of the Rings, tylko z perspektywy Saurona i bez kręcącego się po Mordorze Frodo (Ostatni powierniku pierścienia, jakim wielkim okazałeś się zawodem…). Już po dwóch pierwszych odcinkach zrozumiałem, że po tego typu atrakcje będę musiał udać się gdzie indziej. Lord Ains jest bowiem nie tylko potężny, ale i całkiem rozgarnięty, więc zamiast ruszyć na wojnę z całym światem – na co pewnie wszystkie jego sługi by ochoczo przytaknęły – woli go wpierw ostrożnie zbadać.

Overlord bohaterki ze stuprocentowo żeńskiej gildii poszukiwaczy przygód Niebieskiej Róży

Fabuła anime opiera się więc na tym, ze główny bohater małymi kroczkami poznaje nową krainę i rządzące nią prawa, przy okazji prowadząc poszukiwania innych graczy. Nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi chowa się za maską i iluzjami, korzysta z usług agentów, a nawet poświęca trochę czasu na zdobycie tutejszej waluty, bo co prawda do biednych nie należy, ale płacenie czystym złotem z pewnością zwróciłoby nań masę niepotrzebnej uwagi. W międzyczasie zdarzy mu się napotkać kogoś wrogo doń nastawionego – oddział zbrojnych, grupkę potworów i podobne – i bez większych problemów wgnieść go w ziemię, ale daleko temu do oczekiwanych przeze mnie wielkich bitew sił Dobra i Zła. Nawet kiedy w powietrzu latają wysokopoziomowe zaklęcia, a wojownicy stosują zaawansowane techniki bojowe, na polu walki najczęściej kręci się po kilkanaście osób na stronę.

Skala opowieści jest więc zaskakująco kameralna, obejmując jedynie jedną wioskę, jedno miasto, kawał lasu i siedzibę głównego bohatera. O pobliskich państwach wiadomo tyle, że są i się nie lubią, drobne wątki polityczne pojawiają się i znikają równie szybko, co nadzieje fanów DC na dobry film aktorski, zaś świat nie oferuje niczego wykraczającego poza fantaziakowate standardy. Gildie poszukiwaczy przygód, potwory w lasach, nekromanci i magia nie są niczym fundamentalnie złym, ale jako składowe terra incognita wypadają nieciekawie, zwłaszcza kiedy rzeczoną krainę poznaję w zbrodniczo małych dawkach. Co jest zabawno-tragiczne, gdyż w opinii internetów materiał źródłowy robi na tym polu znacznie lepszą robotę, nierzadko przeginając w drugą stronę i poświęcając całe rozdziały postaciom i miejscom, które później odgrywają jedynie marginalne role.

Overlord sześć bojowych pokojówek Pleiades w komplecie

Zły Lord i jego świta

Dwa pierwsze odcinki anime przeznacza na przedstawienie lorda Momongi, siedziby jego superpotężnej gildii (strach pomyśleć ile wydali yenów na opcje premium) oraz podwładnych, byłych NPCów, którzy nagle zyskali świadomość. Tych ostatnich jest około czternastu i już patrząc na tę liczbę możecie być pewni, że większość będzie służyła jedynie za dalekie tło. Albo dostarczycieli informacji dla widzów, gdyż Overlord jest zakochany w gadaniu niczym druga połowa Hellsing Ultimate. Gdyby z odcinków 5 i 6 wyciąć wszystkie sceny akcji, dostalibyśmy łącznie około 20 minut prawie statycznego gadania, gdzie szczytem dynamiki jest przemaszerowanie grupy postaci z pokoju na korytarz i z powrotem. Może się to wydawać niewielkim problemem, ale jeśli przez pół odcinka większość ruchów wykonuje kamera, to zaczynam nabierać poważnych wątpliwości, czy sięgnąłem po właściwe anime.

Wracając do przybocznych Szkieletora – strasznie mi z ich ograniczoną obecnością źle, bo to bardzo kolorowa, uroczo fantaziakowata mieszanka z olbrzymim potencjałem dla wewnętrznych konfliktów, podlizywania się szefowi, wymiatania na polu walki czy zwykłych, codziennych interakcji. Tymczasem wszyscy, nie ważne jakim charakterem i potęgą by nie dysponowali, traktują siebie nawzajem w najgorszym wypadku z chłodną pogardą, zbyt zajęci okazywaniem lojalności swemu panu albo tłumaczeniem, co właśnie się dzieje albo stanie. Wiem, że bycie żywym jest dla nich nowe, otoczenie nieznane, a poza Ainsem nie mają się do kogo zwrócić o wsparcie, jednak rodzi to pytanie po jakiego czorta jest ich aż tyle. W Girls und Panzer nadmiar postaci działał, bo każda grupa funkcjonowała na zasadzie bohatera zbiorowego. Tutaj większość robi głównie za statystów.

Najlepszym dowodem na zmarnowany potencjał postaci jest szóstka Pleiades, bojowych pokojówek (azjatyckie MMO, panie i panowie!), które możecie podziwiać na grafice dwa paragrafy i jeden nagłówek wyżej. W anime większą rolą mogą pochwalić się trzy z nich, z czego w przypadku dwóch ogranicza się ona do pojawienia w paru scenach jednego, może dwóch odcinków. Machnąłbym na to ręką z milczącą rezygnacją, gdyby nie dziesięcioodcinkowa, komediowa miniseria Ple Ple Pleiades, gdzie nie dość, że cała szóstka odgrywa jedną z głównych ról, to jeszcze każdej dziewoi z osobna poświęcono przynajmniej jeden odcinek. Sześć postaci o zróżnicowanych charakterach, rolach i rasach (przykładowo jednooka CZ2128 Delta to pół-maszyna z wielką spluwą, ruda Lupusregina Beta to uroczy wilkołak, a stojąca krzywo Entoma Vasilissa Zeta ma robacze geny, bo dlaczego nie), które spokojnie poradziłyby sobie w solowej serii albo pojedynczych odcinkach skupionych tylko na nich, a zostały w większości potraktowane jako dekoracje.

Overlord-lord-Momonga-oraz-Narberal-jako-awanturnicy

Co gorsza, animowany Overlord kilka razy pokazuje, że cała ta kolorowa menażeria nie tylko może wziąć czynny udział w większej historii, ale gdy to robi jakość serialu gwałtownie rośnie. W większości odcinków Momonga zachowuje się jak komandor Shepard, samodzielnie załatwiając wszystkie istotne sprawy i traktując sługi jako niezdolne do samodzielnego działania wsparcie ogniowe. Gdy jednak w okolicach odcinka 10 jeden przydupas zostaje wysłany z ważną misją, drugi robi za delegata w pobliskiej wiosce, a trzeci wpadł w tarapaty i trzeba mu pomóc, nagle otrzymuję premię +100 do zainteresowania fabułą. Na moich oczach nie dość, że wprowadzany zostaje w życie jakiś większy, intrygujący plan, nie dość, że zaczynają się eksperymenty z tonem i gatunkami, to przede wszystkim anime o grze wideo rozprawia się z jednym z większych trapiących gry wideo problemów. A potem mijają trzy odcinki i następuje cliffhanger, no bo przeież.

Częściowo rozumiem słabe wykorzystanie postaci. Trzynaście standardowej długości odcinków narzuca olbrzymie ograniczenia na każdym froncie. Do tego NPC w grze nie posiadały charakteru, a jedynie zbiór algorytmów, więc uzyskawszy nagle świadomość nie za bardzo mają możliwość zachowywać się jak postacie z krwi i kości o wielowymiarowych, rozbudowanych charakterach. Zwyczajnie brak im do tego predyspozycji oraz doświadczenia życiowego. Tylko że to jeszcze gorzej, bo tworzy wspaniały fundament dla odcinków koncentrujących się jedynie na życiu codziennym w Nazarick, dających postaciom szansę dla nabrania trochę charakteru i zrozumienia jak to jest być naprawdę żywym. Odcinków, których w animowanym Overlord nie ma, a które zastąpione zostały przez pojedyncze, rozsiane tu i tam sceny, czasem sprawiające wrażenie istniejących tylko po to, by były i zajmowały miejsce. Zbiór szortów w kwestii charakteryzacji postaci wspierających robi lepszą robotę od głównego anime, kto by pomyślał.

Diamenty w błocie

Overlord fragment okładki pierwszego tomu visual novel

Póki co tylko kopię to biedne anime i kopię, ale powiem wam, że jest w nim również całkiem sporo do lubienia. Na przykład rockowy opening, równie rockowy ending i przepiękny, instrumentalny soundtrack, którego prawie nie zauważałem w czasie oglądania, ale zacząłem słuchać podczas pisania tego tekstu i nie mogłem wyjść z podziwu jak świetny on jest. Na przemian spokojny i energetyzujący, monumentalny i emocjonalny, zazwyczaj oszczędny, ale nastrojowy i wpadający w ucho. Stojący na tym samym poziomie, co One Punch Man (tak, napisałem to), co w teorii nie powinno mieć miejsca w przypadku trzynastoodcinkowego spotu reklamowego (o tym za chwilę), a mimo to się wydarzyło. Słuchałbym go przy pisaniu kodu wraz z resztą kolekcji, bo dobrze mi robi na myślenie, ale pechowo nie idzie go dostać na Spotify. Muzyki z OPMa zresztą też nie. Bardzo zacnie w animcu wypadają również sceny bitewne, bo chociaż mało ich i skalą nie powalają, to pełno w nich spektakularnych zaklęć oraz krwistego krojenia przeciwników na drobne kawałki. Przodują pod tym względem bardzo horrorowate i nadzwyczaj brutalne odcinki 8 i 9, sprawiające wrażenie, jakby urwały się z całkiem innego anime, jak również monumentalne 12 i 13. Dla tej czwórki warto przecierpieć przegadaną i niezbyt dynamiczną resztę.

Dla okazjonalnych retrospekcji zresztą też. Overlord pod grubą warstwą motywów z fantaziakowatych MMORPG ukrywa bowiem historię o społecznie wycofanym człowieku, który w wirtualnej rzeczywistości odnalazł dużą grupę prawdziwych przyjaciół. Ludzi o różnym znaczeniu w jego życiu, za którymi regularnie tęskni, wspomina czasy, gdy wszyscy pojawiali się regularnie na serwerze i zastanawia się, co się z nimi później działo. Gdy postacie na moment zamykają jadaczki, a walki zostają zakończone, anime zmienia się w zaskakująco tragiczną opowieść o samotności, tęsknocie, odpowiedzialności za innych i ciężarze obowiązków. A przynajmniej takie można odnieść wrażenie, gdy lord Momonga wpatruje się w rozgwieżdżone niebo i zastanawia, czy faktycznie jest na tym świecie sam, otoczony przez istoty regularnie potrzebujące jego przywództwa oraz przypominające mu o dawnych towarzyszach broni (klawiatury?), . Sceny te również sprawiają wrażenie, jakby urwały się z całkiem innej serii, ale nie mam nic przeciwko, gdyż dodają opowieści dużo emocjonalnej głębi.

Overlord scena z miniserii Ple Ple Pleiades z udziałem Momongi, Albedo i Yuri Alpha
Kadr z wielce uroczej miniserii Ple Ple Pleiades.

Dlaczego dwa akapity temu nazwałem Overlord spotem reklamowym? Ponieważ jego pierwszy – i czort wie, czy nie ostatni – sezon stanowi ekranizację jedynie wybranych części trzech pierwszych ksiąg light novel pióra Maruyama Kugane, obliczoną na podbicie sprzedaży oryginału. Jeśli wierzyć TVTropes znacznie od anime ciekawszego i lepiej poprowadzonego, większą uwagę przykładającego do budowy świata oraz psychologii postaci. Co, paradoksalnie, jest dzieła studia Madhouse olbrzymią zaletą. Tych trzynaście odcinków miało mnie zachęcić do sięgnięcia po materiał źródłowy? Zachęciło, gdyż niedługo po obejrzeniu ostatniego zacząłem się rozglądać za jakimś sensownym wydaniem light novel w zrozumiałym dla mnie języku. Historia lorda Ainsa i jego świty ma bowiem olbrzymi potencjał i jestem autentycznie ciekaw, w jaką stronę będzie zmierzała. Rozważałem nawet zakup blurejowego wydania anime, głównie ze względu na tę reklamę oraz bonusowe materiały, ale zerknąłem na cenę wraz z wysyłką, przeliczyłem ją na złotówki i mi przeszło.

Jeśli ktoś nie ma nic przeciwko postaciom o przegiętym poziomie mocy, toleruje wodolejstwo, ma cierpliwość, by przebić się do lepszych fragmentów i nie jest zmęczony lekko już zużytym motywem uwięzienia w MMO, to Overlord powinien przypaść mu do gustu. Tylko niech wcześniej nie ogląda i nie czyta recenzji – poza tą, oczywiście – bo może nastawić się na całkiem inne anime, niż ta konkretna ekranizacja light novel w rzeczywistości jest.

PS: W ramach eksperymentu czwartek ustanawiam dniem premiery nowych zwykłych wpisów. Z sobotą przez pewien czas się udawało, więc jestem dobrej myśli.