Przejdź do zawartości

Suicide Squad w komplecie.

Parszywa szóstka

Jak może zauważyliście ostatnimi dniami niewiele pisałem, a jeśli już, to chwytałem się banalnych tematów. Sprawa Zoe Quinn i wszystko, co z nią związane okazało się dla mnie zbyt trudne do zniesienia (może jednak jestem neurotykiem?). Ilekroć brałem się za notkę, oczyma wyobraźni dostrzegałem płonące nienawiścią internety i natychmiast rezygnowałem, przygnieciony ich widokiem. A że należałoby się wreszcie wziąć w garść, co można uczynić między innymi przez zajęcie myśli czym innym, postanowiłem napisać kilka słów o świeżutkiej animacji od DC.

Batman: Assault on Arkham opowiada historię entego wcielenia Suicide Squad, tajnej jednostki rządowej specjalizującej się w zadaniach niewykonalnych i zarazem mało legalnych, w skład której wchodzą rozmaitej maści przestępcy o niewielkiej szansie na powrót do domu w jednym kawałku. Osoby niekomiksowe mogły ją spotkać w animowanej Lidze Sprawiedliwych, w odcinku „Task Force X” z czwartego sezonu (drugiego serii Unlimited) oraz w drugim sezonie Arrow. Tym razem na rozkaz Amandy Waller sformowana naprędce i bez zgody zainteresowanych grupa ma zająć się przetrzymywanym w Arkham Riddlerem i jego pytajnikową laską. Najlepiej szybko i bez zbędnego rozgłosu, korzystając z faktu, że Batman przetrząsa Gotham w poszukiwaniu brudnej bomby podłożonej przez Jokera.

Wbrew tytułowi Gacka zepchnięto na drugi plan, zaś fabuła skupia się na szacownej ekipie sześciorga zbrodniarzy. Miało byś siedmiorga, ale jeden osobnik zostaje ubity w pierwszych minutach jako przykład dla reszty (spoiler alert), więc poważnie się zastanawiam po co w ogóle wymieniono go w czołówce. Ubijanie jest tu zresztą jednym ze słów-kluczy, stojących w jednym rzędzie z krwią, (sugerowaną) nagością na poziomie krótkometrażówki DC Showcase: Catwoman, (jeszcze bardziej sugerowanym) seksem i sporą dawką brutalności wszelkiego rodzaju. W tym słownej, co jak na standardy animacji DC jest krokiem w całkiem nowym kierunku. Urywania kończyn tutaj nie ma, ale rozrywane głowy, multum dziur po ranach postrzałowych, szkło wystające z rozmaitych fragmentów ciała czy kilkukrotne wbijanie ostrych przedmiotów w te same miejsca to widok całkiem powszechny.

'Batman_Assault_on_Arkham'_coverZresztą nie ma co się dziwić, gdy weźmie się pod uwagę skład ekipy. Złożonej w znacznej części z mniej znanych postaci, za co należy się filmowi wielki plus. Killer Frost to psychopatka rozmiłowana w zamrażaniu czego i kogo się da, King Skark to tępy brutal ze stalową szczęką, Black Spider w większości ponuro milczy, a Harley… powiedzmy, że w porównaniu do seriali albo gier podskoczył jej poziom szaleństwa. Jeden Deadshot do spółki z Captain Boomerang wydają się mieć łeb na karku, ale regularnie ścierają się o byle co, jak przystało na dwa samce alfa. No dobra, jedną alfę i jedną betę z aspiracjami, wyraźnie nie dostrzegającą swojego miejsca w szeregu. I ta ekipa, co również możecie potraktować jako spoiler, nie dotrwa do końca filmu w jednym kawałku, czy to z powodu napotykanych przeszkód, czy sporów we własnym gronie. Jak bowiem przystało na heist film charaktery całej szóstki trudno nazwać ugodowymi i gdyby nie wspólnota interesów oraz doświadczenie Deadshota, wszyscy dawno rzuciliby się sobie do gardeł. Tak więc trup po obu stronach ściele się gęsto, litość wszyscy zostawili w innych spodniach, a sceny akcji są szybkie, brutalne i zarazem bardzo satysfakcjonujące, o ile lubi się takie rzeczy.

Jeśli wzorem Puśka ktoś ma problem z motywem grupy przestępców dokonujących mordów na zlecenie i dla dobra państwa, niech lepiej nie sięga po ten film. Nie znajdzie w nim bowiem ani jednej postaci, której warto byłoby kibicować. Wyjątkiem Gacek, bo wiadomo i od biedy Deadshot, chociaż jego wybielanie nie każdemu przypadnie do gustu (mi przypadło, zwłaszcza ostatnia scena, ale ja dziwny jestem). Wszyscy najważniejsi bohaterowie to albo idioci, albo sukinsyny, albo psychopaci, albo wszystko naraz, każdy knuje przeciwko każdemu lub przynajmniej darzy ograniczonym zaufaniem, a powiedzenie „dzięki” kosztuje więcej, niż cała zawartość Fortu Knox. W zasadzie po seansie powinienem był wziąć długi prysznic, tak bardzo obrzydliwy jest Suicide Squad radośnie wyżynający kolejnych Cthulhu winnych ludzi. Z drugiej jednak strony cały urok filmu oparty jest właśnie na wykorzystaniu typków spod ciemnej gwiazdy. Bez tego „Task Force X” byłby tylko kolejnym odcinkiem Ligi Sprawiedliwych, a Assault on Arkham kolejną animowaną produkcją od DC.

Harley w pigułce.
Harley w pigułce.

Teoretycznie film osadzony jest w uniwersum gier wideo z cyklu Arkham. W praktyce osadzenie ograniczyło się do wyglądu bohaterów – bardzo słusznie, chociaż wolałem Pingwina w wersji dżentelmeńskiej – i logo. Nawiązań do Asylum oraz City brak, Joker żyje i na dodatek ma na pieńku z Harley (wreszcie!), tu i ówdzie przewiną się postacie znane z gry i to w zasadzie tyle. Gdzieś w głowie siedzi mi cyniczna myśl, że to wszystko zostało obliczone na wyciągnięcie pieniędzy od graczy, ale pozwolę sobie nie wyrażać jej głośno. Miło za to było ujrzeć Amandę Waller w swojej jedynej słusznej, potężnej postaci i z jedynym słusznym głosem, chociaż odrobinę zepsuto jej charakter, nie wiedzieć czemu. Zresztą w kwestii głosowej wszyscy się postarali. Deadshot (w tej roli Neal McDonough) jest zmęczony i zirytowany całą sytuacją, Harley (Hynden Walch. Trochę szkoda, że nie Tara Strong) uroczo szalona i radosna w najmniej spodziewanych momentach, Batman (Kevin Conroy, yeah!) to Batman, a i Joker nie brzmi źle, nawet jeśli wziąć pod uwagę nieobecność Marka Hamilla, którego zastąpił Troy Baker.

Assault on Arkham trwa nieco ponad godzinę (dokładnie to 76 minut), w którym to czasie pojawiają się przynajmniej trzy twisty różnego kalibru, niemało mordobić, sceny nieodpowiednie dla młodszych widzów oraz mnóstwo zjadliwego humoru przeplatanego wulgaryzmami (w umiarkowanych ilościach, spokojna głowa). A że akcja dzieje się w Arkham, to i znalazło się miejsce na parę nawiązań do komiksowego uniwersum DC. Całość nieźle ze sobą współgra, co nieco mnie dziwi, gdyż za scenariusz odpowiada Heath Corson, mający na swym koncie takie se Justice League: War (seriously, jak można było tak zepsuć Wonder Woman?). Z drugiej strony za reżyserię odpowiadał Jay Oliva, stojący za The Dark Knight Returns, Flashpoint Paradox oraz wiele epizodów Young Justice, więc może jego wspaniałość przeniknęła na resztę ekipy.

Jedyna słuszna Amanda Waller.
Jedyna słuszna Amanda Waller.

Więc tak, obejrzeć. Jak najbardziej obejrzeć, gdyż czort wie, kiedy powstanie druga tak bezpośrednia produkcja. Nie żebym się domagał więcej krwi w animacjach DC, bo zarówno Liga, jak i Young Justice potrafiły przywalić w żołądek w najmniej oczekiwanym momencie, ale dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, jak mógłby wyglądać świat zamieszkany przez osobników w rodzaju Harley (tak, wielbię tę postać, odczepta się). Tak więc odpowiednie nastawienie wystarczy, by całkiem przyjemnie spędzić godzinę z naddatkiem. Bardzo dziękuję i proszę o więcej.